„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” II

W 2006 roku Chiny wydawały się nam tak odległym, egzotycznym i nieznanym państwem, że nie mieliśmy z nim żadnych konkretnych skojarzeń.  Może z wyjątkiem niechlubnego okresu rewolucji kulturalnej lub tego, że jest to kraj komunistyczny. Wstyd się przyznać, ale myśląc wtedy o Chinach przed oczami miałam jedynie Mur Chiński i obrazy z Korei Płn.. Tak to jest, gdy nie wie się o kraju zbyt wiele.

Trzeci Świat?

Nie ciężko wyobrazić sobie nasze zdziwienie, gdy dotarliśmy na miejsce. Wiele osób mówiło nam, abyśmy uważali na to czy na tamto, bo przecież jedziemy do „kraju Trzeciego Świata”. Szczerze powiedziawszy już w drodze z lotniska w Szanghaju transrapidem – super szybką koleją magnetyczną – do centrum  miasta, to ja czułam się jak przybysz z Państw Trzeciego Świata…Gdy trafiliśmy do serca Szanghaju, czyli dzielnicy Pudong przed naszymi oczami stanęła nowoczesna metropolia z drapaczami chmur ciągnącymi się wzdłuż linii brzegowej rzeki Huangpu.                                                                                                                                              Pod koniec dnia musieliśmy się jeszcze przeprawić na drugą stronę rzeki do naszego hostelu. Zmęczeni i w poszukiwaniu zimnego Tsingtao (chińskie piwo) wjechaliśmy na ostatnie piętro naszego Captain Hostel i o to naszym oczom ukazał się fantastyczny widok na pięknie oświetlony Pudong. Oh, to była wspaniała nagroda dla młodych podróżników po bardzo długim dniu, którą przez następne dni delektowaliśmy się z tarasu naszego hostelu.

DSCN05571.JPG

Ok, bądźmy szczerzy. Nie wszystko tego dnia było takie piękne. Zanim zdążyliśmy przekroczyć próg naszego hostelu widzieliśmy jak dziecko wypróżnia się na talerzyk po frytkach na środku chodnika…Trzeba jednak spojrzeć na to optymistycznie i dodać, że pełna kultura została zachowana, bo przecież zawsze mogło zrobić bezpośrednio na chodnik…

W drugiej połowie naszej wyprawy udaliśmy się do Pekinu. Miejscem, które nie najlepiej wspominam jest zdecydowanie plac Tiananmen (Niebiańskiego Spokoju).  Znajduje się naprzeciwko Zakazanego Miasta, co sprawia, że nawet jeżeli nie ma się ochoty na zwiedzanie tego placu i tak się tam trafi. Będąc na nim człowiek uświadamia sobie, że Chiny w dalszym ciągu są krajem komunistycznym. Ilość policji, która obserwuje i kontroluje osoby z ulotkami czy gazetami nie daje o tym zapomnieć.

DSCN11811.JPGStojąc na Placu Niebiańskiego Spokoju widziałam oczami wyobraźni przykre, a raczej makabryczne wydarzenia czerwca 1989, które miały tutaj miejsce, a ja znałam je tylko z lekcji historii.                                                                                                                                               To właśnie jest dla mnie zawsze niesamowite w podróżowaniu. Wyprawy pozwalają zobaczyć miejsca, o których słyszało się na geografii czy historii i które z perspektywy ucznia wydawały się niedostępne, a dzięki podróżom nagle są na wyciągnięcie dłoni.  W nawiązaniu do mojego wpisu „Lecimy do Kanady” (https://bodychtravellers.wordpress.com/2016/10/20/lecimy-do-kanady/) podróżowanie to również interaktywna lekcja historii.

Podczas tego wyjazdu udało się nam odwiedzić Szanghaj, Suzhou, Wuhan, Xian, Pekin, Guangzhou, Hong Kong, odbyć  kilkudniowy rejs po rzece Jangcy, pozdrowić pandy w Chengdu oraz nacieszyć się Wielki Murem Chińskim bez tłumu turystów.

DSCN12801.JPG

Każde z tych miejsc nas zachwyciło. Zaczynając od jedzenia, widoki na nowoczesności kończąc. Wszystko przerosło nasze oczekiwania. Zaskoczył nas fakt, że Pekin miał więcej linii metra niż Warszawa.  Stolica Polski dorobiła się w miedzy czasie drugiej nitki, Pekińczycy ok. 14…

Miłą niespodzianką była dla nas również łatwość komunikacji z obywatelami Chin, która na pewno nie wynikała z tego, że mówimy po chińsku…bo nie mówimy (pokładamy nadzieje w naszej córce). Powodem nie jest również świetna znajomość angielskiego ze strony Chińczyków. Brak wspólnego języka rekompensowała ich chęć  niesienia pomocy innym. Czasem wystarczyła mowa ciała. Alternatywnie szukali w pobliżu kogoś, kto mówi po angielsku lub po prostu brali nas za rękę i doprowadzali na miejsce. Obywatele Chin to bardzo ciepły i pomocny naród oraz wspaniali gospodarze, o czym napisze przy innej okazji.

Jestem świadoma tego, że niecałe Chiny są piękne i nowoczesne. Wiem, że nie każde miasto wygląda jak Szanghaj czy Guangzhou. Np.: Północno-wschodnie Chiny to rejon typowo industrialny, a więc nie przypadnie do gustu każdemu. Istnieją także miejsca, gdzie bieda aż piszczy i nikt w te rejony przypadkowo nie trafi. Jednak w Polsce również nie wszędzie wygląda jak w Warszawie, a miejmy na uwadze, że Państwo Środka to ogromny kraj i o powierzchni zbliżonej do Europy.

Chiny mają wiele do zaoferowania. Od wielkich miast z drapaczami chmur po „małe wioski” z polami ryżowymi i typową chińską zabudową: każdy znajdzie tu coś dla siebie. Odnaleźć tu można ponadto  fantastyczne piesze szlaki oraz szerokie autostrady, riksze, a także ekskluzywne limuzyny. Nie można zapomnieć o wspaniałej, różnorodnej kuchni, która nikomu się chyba nie znudzi.                                                                                                                                                               Jak każdy kraj Państwo Środka ma również strony, które szokują lub odpychają. Ciężko było mi się np.: przyzwyczaić do głośnego mlaskania Chińczyków podczas jedzenia. Dość niecodziennym widokiem dla nas było także rzucanie śmieci pod stół w trakcie posiłku w lokalu. Natomiast gdy siedząc w restauracji słyszałam, że chińscy goście wołali na kelnerkę „fúwùyuán”, co dla nas brzmiało jak „fuja”, to nie mogłam sie powstrzymać od śmiechu. Obrazek chaosu pod stołem i słowa „fuja” bardzo dobrze tutaj do siebie pasowały. Także dziura w ziemi zamiast normalnej toalety była  czymś, do czego musieliśmy się najpierw przyzwyczaić.                                                                                                                                 Szokującym przeżyciem był dla mnie nasz przejazd autobusem do Wuhanu, podczas którego pod moimi nogami leżały dwa związane żółwie…Gdy już uświadomiłam sobie, że nie jadą one z nami w ramach prezentu jako zwierzątka domowe, a jako wkład do zupy nie mogłam zmrużyć oka. Zastanawiałam się, jak je uratować.

DSCN08511.JPG

Innym razem jechaliśmy autobusem akurat w dniu, kiedy cały czas padało. Do tego stopnia, że z otworów klimatyzacji autobusu zamiast świeżego powietrza leciał deszcz. Jeden z chińskich pasażerów, który najwyraźniej był przygotowany na taką ewentualność rozłożył nad sobą parasol. Nie wiedzieliśmy czy mamy w tym momencie podziwiać jego kreatywność czy śmiać się z tego widoku.

DSCN10271.JPG

Nasza wyprawa do Chin była bardzo udana i gdybyśmy mogli zostalibyśmy dłużej. O mały włos tak się nie stało. Przez ogromne korki, opóźniony lot do Pekinu i chęć maksymalnego skorzystania z pobytu prawie przegapiliśmy nasz lot powrotny do Europy.  Dzięki miłemu, ale szalonemu kierowcy taksówki, który wziął sobie za punkt honoru dowiezienie nas na czas na lotnisko oraz  obsłudze lotniska, która widząc nasze spanikowane twarze  przepuściła nas poza kolejką i  w bardzo sprawny sposób udzieliła nam informacji dokąd mamy teraz biec, nie przedłużyliśmy sobie wakacji.

Dwa lata później wróciliśmy do Chin i jestem przekonana, że będziemy tam wracać, gdy tylko nadarzy się taka szansa, bo pokochaliśmy ten kraj i jego naród. Tą miłością chcielibyśmy zarazić naszą córkę, bo jest to jak najbardziej ta część świata, którą warto pokazać swojemu dziecku.

 

 

 

 

 

Po pierwsze: kochaj!

 

14706792_1778445382429776_5722177786125361377_o1

Kluczem do udanego wyjazdu z dzieckiem jest zasada 3 x KOCHAM.

Pierwsze KOCHAM tyczy się podróży. Żaden wyjazd nie ma sensu, jeżeli nie włożysz w niego swojego serca. Nigdy nie przekładaj miłości do kanapy nad miłość do przygody, ponieważ kanapa będzie zawsze czekać w tym samym miejscu, a przygoda może uciec nam z przed nosa.  Nie zrozumcie mnie źle. Te rzeczy się wzajemnie nie wykluczają. Jednak, jak to w każdej miłości, chwilowa rozłąka dobrze robi i pozwala nam spojrzeć świeżym okiem na nas samych i wszystko  wokół.

Nie mówię tutaj od razu o dalekich podróżach. Wystarczy spontaniczny wypad do znajomych lub wyjazd nad morze, jezioro, czy w góry. Jeżeli tego rodzaju wycieczkę traktujemy jak skomplikowaną logistycznie misję i szukamy powodów, dla których powinniśmy jednak zrezygnować z tego pomysłu, to oznacza to tylko jedno: dopadł nas tzw. „kanapowiec”. Jest to wirus, który najczęściej atakuje jesienią, gdy pogoda za oknem nie zachęca kompletnie do niczego.   Kanapowiec wywołuje wrażenie, że tak bardzo kochamy naszą kanapę i ulubione powycierane spodnie, że nie jesteśmy w stanie się z nimi rozstać, a każde choćby najkrótsze rozstanie z nimi spowoduje uszczerbki na ciele i umyśle. Zdiagnozowałeś u siebie „kanapowca”? Nie panikuj! Kanapowiec nie utrzymuje się zbyt długo, jeżeli wykażesz odpowiednią motywację do walki z nim. Prędzej czy później miłość do przygody bierze górę.   Na wszelki wypadek nie planuj od razu  dalekiej podróży, bo gwarantuję, że może to być nieudana wycieczka. W takiej sytuacji trzeba podejść do tematu spokojnie i małymi kroczkami dążyć do przełamania strachu z wyjścia poza swoją strefę komfortu.

Drugie KOCHAM należy się  dorosłemu kompanowi wycieczki (chłopakowi, mężowi, przyjaciółce, przyjacielowi itd.). Musicie lubić spędzać ze sobą czas, ponieważ wspólny wyjazd to praktycznie 24/h z tą samą osobą…Na wstępie trzeba ustalić wspólne cele i oczekiwania. W przypadku dużych rozbieżności to właśnie miłość do drugiej osoby ułatwi  nam osiągnięcie kompromisu.

Co prawda dorosłego współtowarzysza można zostawić na trochę samego, gdy widzimy, że sytuacja robi się napięta. Tej metody nie zastosujemy jednak wobec towarzyszącego nam dziecka.

W ten sposób dochodzimy do ostatniego KOCHAM.

Miłość do dziecka przychodzi nam najłatwiej i kochamy je bez względu na to czy płacze, rozrabia i utrudnia nam życie. W takich momentach lubimy je trochę mniej, ale trwamy niezłomnie w tej miłości. Jednak wyjazd z potomstwem to zupełnie nowy sprawdzian dla naszego rodzicielstwa. Po pierwsze nie będzie przedszkola, babci czy sąsiadki, która na chwilę zajęłaby się dzieckiem. Po drugie musimy przestać być egoistami. Przy tworzeniu planu lub podejmowaniu decyzji nie liczą się już głównie nasze zachcianki, a komfort małego człowieka. Z niektórych rzeczy trzeba zrezygnować. Po trzecie zachowajmy umiar w  spontanicznych inicjatywach  w trakcie wyjazdu. Decyzje w kluczowych sprawach powinny być odpowiednio przemyślane. Inaczej ucierpi na tym przede wszystkim nasza pociecha.  Podróż z dzieckiem zawsze będzie inna niż wszystkie. Wierzcie mi jednak, że ten wspólnie spędzony czas z dala od obowiązków domowych, pracy, komputera i innych przysłowiowych „rozpraszaczy” jest wart tych wyrzeczeń.

Myślę, że pamiętając o tej zasadzie 3 x KOCHAM stworzymy solidne podwaliny pod wspólną wycieczkę.

Nie oszukujcie się jednak, że dzięki niej unikniecie konfliktów i spięć. Każdy z nas jest inny. Ciężko o idealnie dobrane grono uczestników. Ważnym jest jednak, abyśmy spostrzegali naszą odmienność charakterów jako coś pozytywnego i się dzięki temu uzupełniali.