Szlakiem Cabot´a – część III

Następnego dnia pogoda nie mogła się zdecydować, czy chce nam zafundować trochę słońca czy postraszyć deszczem. Warunki były jednak o wiele przyjemniejsze i zachęcały do aktywności na zewnątrz.  W planie mieliśmy m.in.: przejechanie ostatniego odcinka Cabot Trail aż do Cheticamp.

Po drodze odwiedziliśmy rybacką wioskę Pleasant Bay, w której mieszka ok. 150 osób. Mieszkańcy cenią sobie życie z dala od zgiełku dużych metropolii.

DSCN3375.JPG

Oprócz dziewiczej natury w tej okolicy znajduje się buddyjski klasztor Gampo Abbey. Założony został w 1983 roku przez buddyjskiego mnicha Chögyam Trungpa. Niestety nie załapaliśmy się na wycieczkę po jego wnętrzach.

DSCN3376

Udało nam się obejrzeć jedynie budowlę z zewnątrz.  Zwiedziliśmy również stupę, która symbolizuje przebudzony umysł Buddy.  Sam budynek klasztoru wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej. Spodziewaliśmy się budowli podobnych do tych, które widzieliśmy w Azji. W to miejsce jednak warto przyjechać, aby zobaczyć z bliska życie mnichów, dowiedzieć się czegoś o buddyzmie oraz ze względu na rewelacyjne położenie klasztoru. Więcej informacji o Gampo Abbey znajdziecie tutaj: https://gampoabbey.org/tours-2/.

Pleasant Bay słynie również z najlepszego  wielorybowego safari na Cape Breton. Nie skorzystaliśmy jednak z tej opcji. Po pierwsze siedzenie na łodzi w deszczu to średnia przyjemność, a po drugie wieloryby udało nam się zobaczyć kilka tygodni wcześniej w Les Bergeronnes, w prowincji Quebec.

Nie zabawiliśmy długo w tej części wyspy. Ze względu na niewielką ilość turystów i kiepską pogodę za wiele się w tym miejscu nie działo, a leżenie na plaży z wiadomych względów nie wchodziło  w grę.

Postanowiliśmy pojechać dalej w kierunku Parku Narodowego Cape Breton Highlands. Niestety nie mieliśmy przy sobie żadnej mapy parku, w której zaznaczone byłyby szlaki, ich długość oraz stopień trudności. Pierwszego dnia naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapomnieliśmy o to zadbać przejeżdżając obok informacji turystycznej. Stwierdziliśmy, że prędzej czy później trafi się ponownie jakaś okazja na jej zdobycie.

DSCN3345.JPG

Za nim się taka szansa nadarzyła wypatrzeliśmy po drodze jedną z pieszych tras parku, która prowadzić miała do Beulach Ban Falls. Jako fani wodospadów stwierdziliśmy, że robimy tutaj kolejny stop naszej samochodowej wycieczki i idziemy.

DSCN3317.JPG

Spacer do celu okazał się niestety zbyt krótki.  Postanowiliśmy więc podążyć jeszcze innym szlakiem, który znajdował się w tym miejscu. Oczywiście nie znaleźliśmy jego długości przez co nie mogliśmy oszacować ile czasu potrzebujemy na tę wędrówkę. Droga wyglądała jednak na dość łatwą i szeroką, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy hiking bez informacji o szlaku.

Błąd! Jeżeli nie wiesz, ile kilometrów masz do przejścia, jaki poziom trudności ma trasa, nie dysponujesz odpowiednią ilością wody pitnej, a dodatkowo w nosidle niesiesz dziecko, nie wybieraj się na hiking.

Szkoda, że wtedy tacy mądrzy nie byliśmy. Dziś wiemy, że droga, którą szliśmy to 10 kilometrowy Aspy Trail, a wędrówka po nim nie jest zwykłym spacerem.

DSCN3333

Trasa z początku bardzo nam się podobała. Delektowaliśmy się ciszą i zapachami lasu.

DSCN3334.JPG

Co prawda brakowało jakichkolwiek oznaczeń, jak to w Kanadzie, ale za to co jakiś czas widzieliśmy ławeczki,  na których można było sobie spocząć.DSCN3340

Im dalej w las, tym ścieżka robiła się węższa. Po jakimś czasie dotarliśmy do małej chatki, która służyła jako schronienie dla osób, które się zgubiły, źle oszacowały czas lub chcą się ukryć przed niedźwiedziem. Na szczęście żaden z tych przypadków nie dotyczył nas.

W środku znaleźliśmy zarys trasy. Wyczytaliśmy z niego, że do końca mamy jeszcze 4 km. Zdecydowaliśmy się więc na dalszą wędrówkę. Niestety od tego momentu zmienił się poziom trudności. Ścieżka zaczęła prowadzić w górę i była coraz węższa.

DSCN3342.JPG

Jak na złość zaczął padać deszcz. Poza tym informacja dotycząca długości szlaku na mapie w chatce okazała się fałszywa lub my ją źle odczytaliśmy, więc jak się zapewne domyślacie do przejścia mieliśmy więcej niż 4 kilometry. Na naszej drodze coraz częściej zaczęły pojawiać się odchody zwierząt. Nie jestem ekspertem od zwierzęcych „numerów dwa”, więc nie wiem kto zostawił dla nas taką niespodziankę. Nawet gdyby był to łoś, to w tych okolicznościach nie miałabym ochoty na bliskie spotkanie. Wtedy albo musielibyśmy uciekać w las albo turlać się w dół po stromym, zalesionym zboczu. Rajcujące opcje, nieprawdaż? Miejscami wędrówka zmieniała się we wspinaczkę, połączoną ze ślizganiem na błocie. Zastanawialiśmy się, w jakim stanie będzie trasa, gdy będziemy wracali do samochodu. Oczywiście nadal deklarowaliśmy chęć dojścia do końca trasy.

DSCN3343

Jednak  wraz z zagęszczającą się mgłą i zwiększającymi się opadami zaczął odzywać się w nas głos rozsądku, który kazał nam zawracać. W pamięci mieliśmy też naszą przygodę sprzed paru lat. Podczas schodzenia z wulkanu Concepción na wyspie Ometepe w deszczu wywróciłam się i wybiłam sobie nadgarstek.  Przez resztę trasy byłam skazana na asystę Pana Męża. Teraz towarzyszyła nam nasza córka, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na takie dodatkowe wrażenia. Przecież jesteśmy rodzicami i to odpowiedzialnymi…ponoć. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że musimy podjąć „męską” decyzję: iść dalej czy zawracać.

Stwierdziliśmy, że wolimy być żywymi leszczami niż wrócić z podróży jako kaleki i idioci, którzy wybrali się na hiking bez informacji o trasie. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie na wypadek, gdyby to miałoby być nasze ostatnie wspólne zdjęcie i zaczęliśmy zawracać. Schodząc w dół modliliśmy się o to, aby ścieżka jeszcze istniała. Powrót przebiegł na szczęście bez przygód. Trafiliśmy bez przeszkód na parking, gdzie czekał na nasz nas samochód i woda pitna.

Tego dnia nie mieliśmy już więcej ochoty na spacery i obiecaliśmy sobie, że bez mapki nie chodzimy na piesze wędrówki. Grzecznie pojechaliśmy dalej, zatrzymując  się od czasu do czasu przy kolejnym punkcie widokowym.

DSCN3369

Ścieżek dla pieszych minęliśmy sporo, ale trzymaliśmy się umowy, choć pokusa była duża. Największa, gdy przejeżdżaliśmy obok Skyline Trail. Doszliśmy jednak do wniosku, że w taką pogodę i w przemoczonych ciuchach hiking nawet po najładniejszej trasie nie ma sensu. Na szczęście pod koniec dnia, gdy dojechaliśmy do Cheticamp wypogodziło się.

WP_20160815_17_21_27_Rich_LI

Zanim udaliśmy się do naszej noclegowni w Margaree Harbour pozwoliliśmy więc sobie na krótki spacer po plaży i po Cheticamp.

WP_20160815_17_20_22_Rich_LI.jpg

Końcowy odcinek Cabot Trail nas zachwycił. Ustaliliśmy więc, że następnego dnia przejedziemy ten odcinek jeszcze raz  i wrócimy do parku, aby przejść się Skyline Trail. Poza tym nie spotkałam jeszcze łosia, a bez tego doświadczenia nie miałam zamiaru wyjeżdżać z Kanady.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część I

Latem 2016 roku  w ramach naszej 6-tygodniowej podróży po Kanadzie zwiedziliśmy m.in. Wyspę Cape Breton. Higlight´em tego regionu jest Cabot Trail. Szlak Cabot‘ a to 300 km trasa widokowa, która prowadzi przez Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz wzdłuż wybrzeża wyspy. Zaczyna się ona w Cheticamp, a kończy w Baddeck. Więcej o niej przeczytacie tu.

Spośród wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy podczas naszego wyjazdu, to spodobało nam się najbardziej. Można by rzec, że była to wisienka na naszym kanadyjskim torcie.

Wiele osób przejeżdża 300 km szlak Cabota´a w ciągu jednego dnia. Jako osoby kochające naturę i preferujące parki narodowe niż centra zachodnich miast z góry zadecydowaliśmy, że poświęcimy na tę trasę więcej czasu. W naszej decyzji utwierdzaliśmy się za każdym razem, gdy każdy napotkany Kanadyjczyk po tym, gdy dowiedział się, że wybieramy do tej części Kanady reagował z zachwytem i zazdrością. „To musi być jakieś fantastyczne miejsce” myśleliśmy sobie.

DSCN2942.JPG

Zwiedzanie Wyspy Cape Breton rozpoczęliśmy w Baddeck, które leży na zachodnim brzegu Jeziora Bras d’Or. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na odwiedzenie dwóch muzeów. Pierwsze było poświęcone wynalazcy telefonu, a drugie Guglielmo Marconiemu, który wynalazł radio. Fani Marconiego muszą się udać do Glace Bay w celu odwiedzenia tego muzeum. Niestety nie zdążyliśmy już do kopalni węgla kamiennego, którą również można w tym miejscu zwiedzić.

Wieczorem zastanawialiśmy się, co zaoferuje nam Kanada w kolejnych dniach. Ja miałam jeden cel: Zobaczyć łosia.

Następnego dnia  ruszyliśmy szlakiem Cabot´a. W pełnym słońcu  przejechaliśmy trasę od Baddeck przez Ingonish aż po Cape North.

WP_20160813_17_18_36_Rich_LI.jpg

Po drodze mijaliśmy piaszczyste plaże, na których wypoczywała nasza córka, urokliwe restauracje i hotele położone w malowniczych miejscach oraz zatrzymywaliśmy się w licznych punktach widokowych.

DSCN3063.JPG

Wzbijaliśmy się w górę naszym autem, aby za chwilę toczyć się w dół. Podziwialiśmy przy tym błękitny ocean wyłaniający się zza kolejnych zakrętów.

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce o nazwie Bay St. Lawrence. Była to jedna z najładniej położonych noclegowni, jaką mieliśmy w historii 10 lat naszego podróżowania. Aby się tam dostać musieliśmy zjechać z Cabot Trail i udać się na północ w bardziej opustoszałą część Wyspy Cape Breton. Nasz motel znajdował się na wzgórzu. Otaczał nas tylko ocean, drzewa… i pewnie jakieś dzikie zwierzęta, które czaiły się w krzakach. Wolałam się jednak nad tym nie zastanawiać. Szczególnie, że tydzień wcześniej w prowincji Nowy Brunszwik nie byłam w stanie cieszyć się relaksującymi chwilami w jacuzzi na tarasie naszego domku. Oczami wyobraźni widziałam  niedźwiedzie i kojoty, które czekały tylko na to, aby nas zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Ucząc się na własnych błędach nie chciałam popsuć nam kolejnych miłych chwil tego wyjazdu i udawałam, że widzę tylko piękny zachód słońca na horyzoncie.

WP_20160813_20_28_15_Rich_LI1.jpg

Brakowało jeszcze butelki szampana jak na filmach i wzbilibyśmy się na wyżyny romantyzmu w naszym związkuKładąc się spać liczyliśmy na to, że kolejnego dnia również  będziemy mogli zwiedzać ten zakątek ziemi w pięknym słońcu. 

Czytaj dalej tu.

Wyspa Cape Breton

W związku z drugimi urodzinami naszej córki wzięło mnie na wspomnienia z naszych podróży w trójkę. Stwierdziłam, że na blogu nigdy nie wspomniałam szerzej o naszej podróży do Kanady w 2016 roku, a przecież to właśnie w tym kraju trafiliśmy do jednego z naszych ulubionych miejsc na ziemi.

W północno-wschodniej części Nowej Szkocji  znajduje się Wyspa Cape Breton. Głównym higlight´em tej części Kanady jest szlak John´a Cabot´a (tzw. Cabot Trail). To jedna z najładniejszych tras widokowych świata o 300 km długości, która prowadzi przez  Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz zapierające dech w piersiach krajobrazy wyspy.  

DSCN31031

W 1497 roku dotarł w te okolice jako pierwszy Europejczyk włoski żeglarz John Cabot (Giovanni Caboto), któremu ta malownicza droga zawdzięcza swoje imię. Celem jego wyprawy była Azja. Los sprawił jednak, że wylądował on po przeciwnej stronie globu. Przypadek zaprowadził go w dziką część Ameryki Północnej, która znana była tylko rdzennej ludności wyspy, Indianom Mi´kmaq . Tak właśnie Cabot odkrył wyspę Cape Breton i otworzył furtkę do tej części świata mieszkańcom Europy. W 1734 Francuzi zbudowali na wyspie pierwszą latarnię w Kanadzie, która była również w tym czasie jedyną w całej w Ameryce Północnej. 

Ponad 200 lat później – w 1961 roku – miejscowości leżące na szlaku Cabot`a zostały połączone ok 300 km  odcinkiem utwardzanej drogi. To ułatwiło przemieszczanie się między miejscowościami zamieszkałym tam Indianom, jak i europejskim osadnikom. W tym samym czasie ruszyła promocja  tego regionu wśród turystów, a parędziesiąt lat później okrzyknięto go jednym z najładniejszych miejsc na ziemi.

DSCN3109

Obecny Cape Breton zdecydowanie odbiega od obrazu, który ukazał się oczom John Cabot´a w średniowieczu. Nadal mieszkają tu Mikmakowie, ale również potomkowie Szkotów, Irlandczyków, Brytyjczyków czy Francuzów. Doświadczyć tu można nie tylko indiańskich rytuałów, ale również celtyckiej muzyki. 

Cape Breton wraz z napływem turystów nie uniknął zmian spowodowanych działaniami ręki człowieka. Zaczęły się tu pojawiać hotele, restauracje, zadbane plaże, infrastruktura w parku. Przyznajemy jednak, że w tym przypadku nie osiągnięto takiego poziomu komercji, jak przy wodospadzie Niagara. Udogodnienia pojawiają się tam, gdzie odwiedzający potrzebuje odrobiny komfortu, a znikają, gdy tylko zejdzie się kawałek z utartego szlaku.

Większość osób przyjeżdża na Wyspę Cape Breton, aby w ciągu jednego dnia przejechać 300 km Cabot Trail. Odwiedzający mogą podziwiać cudowne krajobrazy z licznych punktów widokowych.

DSCN3360

Szlak Cabot´a rozpoczyna się w Cheticamp, a kończy się w Baddeck. My zwiedziliśmy go poruszając się  w przeciwnym kierunku. Skąd taka decyzja? Powód jest bardzo prosty. Chcieliśmy jak najdłużej delektować się niesamowitymi widokami. Przemierzając tę trasę niezgodnie z ruchem wskazówek zegara rowerzysta czy pasażer  w aucie ma szansę dłużej oglądać krajobraz za oknem, ponieważ całą drogę jedzie się wtedy po zewnętrznym pasie.

DSCN3403

Przejazd Cabot Trail trzyma w napięciu, każdy odcinek tej trasy jest inny. Raz jest szeroką szosą, a raz wąską drogą, na której ledwo mieszczą się dwa samochody. Za każdym zakrętem pojawić się może jakieś zwierzę, punkt widokowy w jakimś oszałamiającym miejscu lub nadjeżdżające z naprzeciwka auto 😊

DSCN3143.JPG

26 szlaków pieszych w Parku Narodowym, wielorybowe wycieczki, plażing czy odwiedzenie buddyjskiego klasztoru to jedne z atrakcji, które czekają na Was na szlaku Cabot`a. 

DSCN3461.JPG

Przyznajemy, że przeznaczenie na tą część świata tylko jednego dnia sprowadzi się do tego, że „przelecicie” tylko tę trasę bez delektowania się nią. Będziecie za to mogli odhaczyć kolejny punkt na Waszej liście podróżniczych marzeń. Jednak czy poznacie to magiczne miejsce w taki sposób na jaki zasługuje, czy poczujecie jego klimat? Czy uda Wam się wypatrzyć łosia lub niedźwiedzia? Raczej nie. Oczywiście piękne widoki towarzyszyć Wam będą od początku do końca, niezależnie jak długo tu zostaniecie.  Jednak im więcej czasu zainwestujecie w to miejsce, tym bardziej odpłaci się Wam ono niezapomnianymi wrażeniami. Im dalej od głównej trasy, tym piękniej i tajemniczo się robi. Na to wszystko potrzeba jednak dodatkowych dni.

O tym, jak my to zrobiliśmy dowiecie się w kolejnym poście.

Jak przeżyć lot z małym dzieckiem i nie odlecieć?

Rodzice, którzy mają przed sobą pierwszy lot z małym dzieckiem często nie wiedzą czego się spodziewać. Zastanawiają się, czy i jak uda im się przetrwać  tę podróż.  Potwierdzają to także zapytania, które od Was dostajemy.

Pytacie głównie o to, czy istnieje jakiś złoty środek, który pomógłby ujarzmić brzdąca podczas (szczególnie długiego) lotu.

Być może zawiodę teraz niektórych rodziców, a jeszcze bardziej bezdzietnych współpasażerów, ale nie, nie ma żadnego uniwersalnego sposobu, ani magicznego zaklęcia, które gwarantowałoby spokojne spędzenie x godzin w samolocie, gdy na pokładzie  jest dziecko.

Każdy maluch jest inny i inaczej reaguje w takich sytuacjach. Nasza córka co prawda nie zapłakała ani razu podczas lotu do Kanady, nadrobiła jednak „straty”  podczas wycieczki do Sofii. Zatem czy dziecko będzie płakać NIE zależy od długości lotu. Wiadomo, wielogodzinna podróż zwiększa prawdopodobieństwo płaczu czy zniecierpliwienia ze strony potomstwa… Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Kto z nas sam nie miał czasem ochoty zawyć do księżyca, gdy lot dłużył się niemiłosiernie?

Na szczęście istnieje kilka metod, które na pewno ułatwią Wam przetrwanie podróży samolotem z własnymi dzieciakami. Przedstawiam Wam 8 sprawdzonych sposobów na „Jak przeżyć lot  z bobasem i nie odlecieć.”

1. Nie wychodź z domu bez nosidełka.

Moim zdaniem nosidło zalicza się do tzw. „must have” podczas podróży samolotem. Nadaje się nie tylko do usypiania dziecka podczas przechadzki po pokładzie maszyny, ale także do ujarzmiania go, gdy  zaczyna wydziwiać. Poza tym dzięki niemu poruszanie się po lotnisku staje się prostsze.

DSCN4080.JPG

2. „Polejcie mu.”

Niezależnie od tego czy karmisz piersią, podajesz dziecku mleko (zwykłe lub modyfikowane), czy wodę podczas startu warto mieć pod ręką butelkę lub cycka 😊. Gdy samolot się rozpędza, należy położyć dziecko na kolanach i wyciągnąć przygotowany „sprzęt”. Po pierwsze ułatwi to mu uporanie się ze zmieniającym się ciśnieniem. Po drugie maluch będzie miał zajęcie na czas, gdy zostanie unieruchomiony pasami. The last, but not least jest szansa, że zaśnie i prześpi część lotu.

dscn0031

3. Spanie dopiero w samolocie

W zależności od długości trwania podróży proponuję, przemęczyć dziecko i „pozwolić” mu zasnąć dopiero w samolocie. Maluch będzie tak zmęczony, że uśnie przy butelce lub najpóźniej przy kołysaniu w nosidle. Jeżeli naładuje baterie przed startem (czytaj: wyśpi się), to przy długim locie to Wam może zabraknąć sił, aby ujarzmić taką kulkę energii.

4. Przekupstwo

Podróż to idealny czas na prezent. Przed wyjazdem wybierzcie się na zakupy i wybierzcie dziecku odpowiednią wielofunkcyjną zabawkę. Mały towarzysz będzie się nią bawił dłużej niż znanymi mu już dotąd gadżetami z dziecięcego pokoju, a Wy będziecie mieli chwilę wytchnienia w trakcie lotu (może obejrzycie nawet 15 minut filmu ;D).

PS. Ze względu na pozostałych pasażerów jednym z kryteriów wyboru zabawki powinna być regulowana głośność.

5. Miejsce przy oknie

Kolejną formą urozmaicenia dziecku czasu w samolocie jest oglądanie widoków za oknem: czy to przy starcie, lądowaniu, czy nawet w trakcie samego lotu (nawet jeżeli przez większość trasy widać tylko chmury). Gdy podziwianie krajobrazów znudzi się naszemu małemu podróżnikowi, można zagrać z nim w grę „zamknij okienko”. Pokazujemy mu wtedy, że okiennicą można poruszać. Pod żadnym pozorem nie róbcie tego, gdy w samolocie akurat symulowana jest noc, a za oknem właśnie budzi się dzień. Inaczej Wasze dziecko zafunduje pobudkę promieniami wschodzącego słońca osobom, które siedzą obok Was.   Nie zapominajcie, że przedstawione metody mają Wam pomóc w zorganizowaniu dziecku czasu, a nie w zdenerwowaniu innych pasażerów.

6. Wycieczkę zacznij od zwiedzania samolotu.

Zwłaszcza w trakcie dłuższego lotu dziecko będzie chciało się ruszać i nie wysiedzi  ani na swoim miejscu, ani na Waszych kolanach. Ma do tego prawo. W tej sytuacji warto wybrać się z nim na spacer po pokładzie. Można też stanąć w tylnej części samolotu i poobserwować pracę załogi.

WP_20161125_19_17_01_Pro[1404] (3)1.jpg

7. Uspokojacze.

Jak w przypadku każdej wycieczki przygotuj ulubione snacki tzw. „uspokojacze”. Przydadzą się wtedy, gdy wszystko inne zawiedzie.

8. Keep calm and be patient.

Na którymś etapie podróży Wasze potomstwo może zacząć marudzić. To normalne, zdarza się nawet dorosłym pasażerom. Nie rozglądajcie się wtedy nerwowo dookoła szukając krytycznych spojrzeń. Nie dajcie się zestresować, a przede wszystkim zachowajcie spokój. Udawajcie, że to nie Wasze dziecko … ;-D.  A tak poważnie… Wiadomo, że niektórzy będą przewracać oczami i ostentacyjnie zaczną wyciągać stopery. Nie powinno być to dla Was istotne w tym momencie. Nie robicie nic nielegalnego zabierając swoje dziecko w podróż, oni też to kiedyś będą mieli to przed sobą. Nie zapomnijcie również o dużym zapasie cierpliwości, tego nie da się nigdzie kupić ;-).

Jeżeli twierdzicie, że „moje dziecko na pewno nie będzie płakało podczas lotu”, to cóż…mogę tylko rzecz, że oszukiwanie się, również stanowi jakaś metodę ;).

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

Przenośne krzesełko do karmienia

Znacie ten problem, kiedy próbujecie zjeść kolację w restauracji, a wasze dziecko, które co prawda opanowało sztukę siedzenia, zaczyna się wiercić? Często pojawia się wtedy pytanie, czy tym razem uda nam się dokończyć posiłek bez przygód lub czy w ogóle coś zjemy?

W pewnym momencie dzieci są już zbyt ciekawe świata, aby mogły w spokoju wysiedzieć w wózku. Trzymanie ich na kolanach też przestaje się sprawdzać, gdyż stają się zbyt ruchliwe. Rodzic zaczyna się wtedy zastanawiać jak nakarmić  swoją pociechę poza domem bez większych akrobacji? Zazwyczaj na ratunek przychodzą wtedy restauracyjne krzesełka dla maluchów. Jak  wiemy rzeczywistość często odbiega jednak od naszych wyobrażeń.  Meble te niestety nie wszędzie są ogólnie przyjętym standardem. Cóż począć, gdy nie ma gdzie posadzić dziecka? Kolana zawsze są opcją. Jednak wtedy możemy zapomnieć o spokojnym posiłku, kiedy maluch kręci się na wszystkie strony i próbuje zrzucić jedzenie z naszego talerza. Jeżeli na kolacje czy obiad wybraliśmy się w towarzystwie, to możemy spróbować zagrać w grę „Podaj dalej”.  Wtedy szkraba przekazuje się kolejno z rąk do rąk do osoby, która już skończyła posiłek. Gorzej tylko, gdy nikt nam nie towarzyszy lub gdy wybraliśmy się właśnie na danie, które spożywa się wspólnie. W takich sytuacjach idealnym rozwiązaniem jest przenośne krzesełko do karmienia. Przyznać jednak muszę, że na rynku nie ma zbyt dużego wyboru. My zdecydowaliśmy się na produkt Mobiseat marki Totseat.

Jak wygląda?

Określanie tego produktu mianem krzesełka uważam za lekką przesadę. Tak naprawdę jest to kawałek materiału, który przymocowuje się do prawdziwego krzesła.

wp_20170212_16_19_55_rich_li111

Po odpowiednim przygotowaniu siedziska dziecko siedzi w taki sposób, jakby zostało przypięte pasem do oparcia. 

WP_20170212_11_50_02_Rich_LI11.jpg

Wygląda to bezpiecznie, ale lepiej nie zostawiajmy dziecka bez nadzoru. Jak zresztą w przypadku każdego innego fotelika.

Co je wyróżnia?

Dobra jakość wykonania, łatwe zapięcie, rozmiar oraz kształt, który pasuje do wielu rodzajów krzeseł. Produkt zrobiony został z przyjemnej w dotyku bawełny i sprawia wrażenie wytrzymałego. Mamy więc nadzieję, że trochę nam posłuży. Jego „montaż” trwa ok. 30 sekund, pod warunkiem, że wiemy, jak to zrobić. Dlatego dla bezpieczeństwa własnego dziecka przeczytajcie wcześniej instrukcje obsługi. Gadżet został tak zaprojektowany, że pasuje do różnych modeli krzeseł, o czym przekonaliśmy się podczas ostatniego wyjazdu. Moim osobistym highlight´em jest zdecydowanie jego rozmiar. Po złożeniu i wsadzeniu do specjalnie przeznaczonego dla niego worka zamienia się w malutki tobołek, który zmieści się nawet do najmniejszej damskiej torebki. Idealnie nadaje się na wszelkiego rodzaju wyjścia czy wyjazdy.

WP_20170217_09_33_22_Rich_LI 1.jpg

Dodatkowe plusy

To „krzesełko” z powodzeniem można prać w pralce! Bez wyrzutów sumienia możemy pozwolić dziecku na samodzielne próbowanie potraw, nawet jeżeli będzie jadło całym sobą. Kawałki jedzenia mogą bezkarnie lądować na otaczającym go materiale. Krzesełko jest poza tym niezwykle lekkie, więc ograniczenia bagażowe nie stanowią dla  niego problemu.

Krótko mówiąc: Polecamy! Więcej praktycznych gadżetów dla małych podróżników znajdziecie TU.

 

 

Sofia na weekend – co zwiedzić?

Ze względu na ilość atrakcji Sofia świetnie sprawdzi się jako miejsce wypadowe na krótki, kilkudniowy urlop. Ponadto jest jedną z najtańszych stolic Europy, więc nie zrujnuje żadnej, nawet najbardziej dziurawej kieszeni.

dscn3957

Zwiedzanie miasta warto zacząć od spaceru z Free Sofia Tour. Jest to organizacja non-profit oferująca darmowe piesze wycieczki po centrum Sofii. Pracujący dla niej przewodnicy w ciągu dwóch godzin pokazują najbardziej interesujące i najważniejsze zabytki miasta. Wycieczka nie sprowadza się tylko do podziwiania budowli. Podczas spaceru usłyszeć można m.in. o historii Bułgarii i architekturze Sofii. Nie zabraknie też informacji o lokalnych zwyczajach. Wycieczka z Free Sofia Tours na pewno pomoże przełamać pierwsze lody w obcowaniu z  miastem. Dzięki zgromadzonym informacjom łatwiej zaplanować resztę pobytu w Sofii. Osobom, które chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej o stolicy Bułgarii, polecam płatne wycieczki tematyczne, takie jak np.: wycieczka szlakiem komunistycznej Sofii. Zniżki na nie rozdawane są podczas darmowego zwiedzania.

45f01882-aa5b-4979-826c-7dee54a611561

Przewodnicy Free Sofia Tour spotykają się z turystami pod Pałacem Sprawiedliwości, a żegnani są wielkimi brawami przy kościele św. Sofii. Będąc w tym miejscu warto udać się na drugą stronę ulicy, gdzie znajduje się mały targ. To właśnie tam polecałabym zakupić pamiątki. Wybór jest co prawda dość ograniczony, ale ceny są za to najniższe w całym mieście.

Z atrakcji, które widzieliśmy zdecydowanie najbardziej przypadła nam do gustu cerkiew Alexandra Newskiego. Budowla robi wrażenie nie tylko z zewnątrz, zachwyca również swoim bogatym i pięknie wykonanym wnętrzem. W związku z tym, że robienie zdjęć w środku jest zabronione, musicie uwierzyć nam na słowo.

91c2eb15-96c5-4abe-add2-42e4c841b2d71

„Serdika to mój drugi Rzym”  mawiał rzymski cesarz Konstantyn Wielki o swoim ulubionym mieście. To właśnie ruiny rzymskiego miasta są naszym zdaniem jednym z najbardziej interesujących zabytków stolicy Bułgarii. Pozostałości po Imperium Rzymskim znaleźć można w wielu zakątkach dzisiejszej Sofii. Na szczególne wyróżnienie zasługuje archeologiczny kompleks Serdika, który znajduję się w przejściu podziemnym przy stacji metra o tej samej nazwie oraz na Placu Tolerancji. Odkryto go podczas budowy drugiej linii metra. Oczywiście przez prace archeologiczne z tym związane projekt przeciągnął się w czasie. Myślę jednak, że mieszkańcy Sofii ostatecznie nie mieli nic przeciwko, bo w końcu niecodziennie odkrywa się ruiny miast z innego stulecia. Budowa drugiej nitki warszawskiego metra też trwała wiecznie i bynajmniej nie dlatego, że lokalne władze znalazły jakieś antyczne ruiny…;).

dscn39381

Polecamy również odwiedzić pięciogwiazdkowy hotel Arena di Serdica, który został wybudowany ponad fragmentami ruin amfiteatru Serdika. Jego arena jest mniejsza od rzymskiego Koloseum tylko o 10 metrów i należy do jednych z największych na świecie tego typu budowli.

Interesującą częścią Sofii jest Plac Tolerancji. Stojąc na nim ujrzymy świątynie różnych religii: kościół, cerkiew, meczet i synagogę. Mimo, że większość mieszkańców tego miasta należy do bułgarskiego kościoła prawosławnego, to również obiekty sakralne innych wyznań znajdują się w samym centrum stolicy Bułgarii. W ten sposób ukazany został szacunek do  współistniejących w Sofii czterech wielkich religii , a tym samym wszystkich mieszkańców miasta.  To idealne miejsce, aby na chwilę zwolnić i zastanowić się nad pytaniem: „Co oznacza bycie tolerancyjną osobą w dzisiejszych czasach?”.

Sercem miasta, które skupia wiele restauracji i kawiarni jest deptak, znajdujący się za cerkwią św. Nedelya. Jego atmosfera niczym nie różni się od klimatu innych europejskich miast. Ta zamknięta dla ruchu samochodowego droga prowadzi do wielkiego placu, przy którym znajduje się hala koncertowa, tzw. Bulgaria Hall. Tak jak inne socjalistyczne budowle zbudowana została z wielkim rozmachem. Muszę przyznać, że robi wrażenie.

dscn39501

Poszukującym miejsca na klimatyczny obiad  zdecydowanie NIE polecamy skorzystania z ofert „deptakowych” restauracji. Wystarczy skręcić w jedną z bocznych uliczek. Gwarantujemy, że będzie ciszej, taniej i bardziej lokalnie.

Zmęczeni zgiełkiem dużego miasta powinni zaplanować jeden dzień na wycieczkę na masyw Witosza. Na szczyt dostać się można na kilka sposobów. Jeden z nich to przejazd autobusem 123 (podróż trwa ok. 30 min w jedną stronę) ze stacji metra Dimitrov. Obok pętli autobusu znajduję się gondola Simeonovo, która za 10 lewów wwiezie nas na górę. Alternatywnie wybrać się można z Dragalevtsi autobusem 66  lub taksówką do Aleko.  Na szczycie czekają na turystów piękne widoki i piesze szlaki. Więcej informacji tutaj: http://freesofiatour.com/blog/how-to-get-to-vitosha-mountain.

dscn39591

Dla poszukujących lokalnego folkloru oraz smacznego posiłku punktem obowiązkowym na liście to-do jest kolacja w restauracji, w której oprócz dobrej kuchni podziwiać można bułgarskie tańce i śpiewy. My trafiliśmy do lokalu Chevermeto. Gorąco zachęcamy do odwiedzenia tego miejsca, również rodziny z dziećmi. W celu uniknięcia niespodzianki przy płaceniu ostrzegamy, że restauracja dolicza opłatę za wstęp w wysokości 5 bułgarskich lewów.

wp_20161127_21_26_49_pro1

Ze względu na obecność na tym wyjeździe naszej córki zrezygnowaliśmy ze zwiedzania muzeów czy galerii. Zamiast tego resztę czasu przeznaczyliśmy na spacery.

Podczas naszych podróży zazwyczaj nabijamy kilometry na licznikach naszego obuwia, ponieważ w ten sposób najłatwiej poczuć atmosferę miasta. Stolica Bułgarii idealnie się do tego nadaję. Z metra korzystaliśmy głównie, gdy planowaliśmy jakąś dalszą wycieczkę.  Komunikacja miejska była dobrą alternatywą również wtedy, gdy temperatura na zewnątrz i odległość do miejsca, w którym nocowaliśmy sprawiały, że kolejny spacer nie wydawał się już tak atrakcyjny.

dscn39311

Spacerując sofijskimi ulicami mieliśmy miejscami wrażenie, ze przenieśliśmy się do Szczecina lat 90-tych. Spacerując codziennie m.in.: bulwarem Madrid i spoglądając na budynki i układ ulic  wydawało nam się, że przenieśliśmy się na ul. Wojska Polskiego. Niesprawiedliwym byłoby jednak wysnucie wniosku, że czas się u nich zatrzymał po upadku komunizmu. To państwo się zmienia. Jednak Bułgarzy potrzebują trochę więcej czasu na dogonienie zachodniej Europy. Może nie są 100 lat za Murzynami, ale na pewno jakieś 30 za Polakami.

Sofia to miasto, do którego warto zawitać. Nie trzeba tu spędzać tygodnia, jak w przypadku innych europejskich stolic, ale sofijskie atrakcje wypełnią nam na pewno miło parę dni.  Nie oczekujmy jednak, że wybierając się w te rejony w listopadzie czy w grudniu uciekniemy przed niskimi temperaturami w naszej części Europy. Tam też znają zimę ;-).

 

Goodbye 2016!

Do tej pory grudzień był dla mnie czasem zadumy. Moje urodziny i zbliżający się Sylwester skłaniały mnie zawsze do przemyśleń o tym, czy był to dobry czy zły rok. Czy mając x lat jestem w tym miejscu, w którym chciałabym być.

W moim kalendarzu życia rok 2016 zapamiętam jako pierwszy rok kalendarzowy, który spędziliśmy od początku do końca z naszą córką. W naszym życiu dzieje się teraz tyle, że nie miałam nawet czasu zastanowić się nad tym, czy te 12 miesięcy spełniło moje oczekiwania. O jednym jestem jednak przekonana. Na pewno był to rok inny niż wszystkie do tej pory.

WP_20160723_11_54_52_Pro.jpg

Rok 2016 był na pewno bogaty w wachlarz różnych emocji: od strachu, niepewności, zdziwienia, niecierpliwości, wzruszenia, miłości po zachwyt. Większość z nich spowodowana była nowym członkiem rodziny. Niesamowite, że taki mały człowiek potrafi wyzwolić w nas tyle uczuć. Fascynujące, jak nasze emocje potrafią w jednej sekundzie przejść ze zniecierpliwienia w najprawdziwszy zachwyt oraz jak każdy dzień z dzieckiem może być wielką niespodzianką. W tym roku staliśmy się także ofiarami fenomenu „Czekam aż podrośniesz. Albo nie jednak nie dorastaj zbyt szybko”. Na początku nie mogliśmy się doczekać, aż nasza córka trochę podrośnie. Ciągle tworzyliśmy w głowie listę z planami, które moglibyśmy realizować jako rodzina. Teraz, gdy ma już 14 miesięcy odnosimy wrażenie, że czas ucieka w zastraszającym tempie. Czasem nachodzą nas myśli, czy na pewno zdążymy nacieszyć się naszym szkrabem. Boimy się, że moment, w którym nasz dziecko oznajmi nam: „Mamo, Tato, to jest Menel z gitarą, wprowadzam się do niego” przyjdzie szybciej niż nam się wydaję. Tak…”Menel z gitarą”… W ten sposób będzie określany każdy potencjalny chłopak naszej córki – tak przynajmniej twierdzi Pan Mąż.

Rok 2016 to jednak nie tylko rollercoaster uczuć, ale również czas realizacji marzeń i rodzinnych podróży. Przez te 12 miesięcy nasza córka odwiedziła 9 państw na dwóch kontynentach. Zaliczyła swoje pierwsze loty samolotem, helikopterem, jazdę statkiem, motorówką, gondolą i nie wiem czym jeszcze. Jesteśmy z siebie dumni, że udało nam się połączyć macierzyński z tacierzyńskim i że spędziliśmy ten czas jeżdżąc po świecie. Marzyliśmy o tym od momentu kiedy zaszłam w ciążę. 6 tygodni razem przez 24/h poza domem z dala od przyjaciół i rodziny dużo nam dało jako rodzinie. Każdemu polecam takie doświadczenie Cieszymy się, że mimo rodzicielskich obowiązków udało nam się pozostać ludźmi z pasją do podróży i że możemy ją  pielęgnować w zupełnie nowej konstelacji.

2016 to również czas, większych i mniejszych niepowodzeń. Nie można z nimi walczyć, ale można się dzięki nim wiele nauczyć. Najważniejsze, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość i nie oglądać się za siebie.

Rok 2016 wiązał się dla mnie także z próbą udowodnienia sobie i światu, że bycie rodzicem czy matką nie wiąże się z domowym aresztem. Nauczyłam się, że dzięki sprawiedliwemu podziałowi obowiązków nawet matka karmiąca jest w stanie wyjść z domu na dłużej niż tylko na zakupy do SuperSamu. Wcale nie trzeba rezygnować ze spotkań ze znajomymi, czy ze sportu. Tyczy się to także wyjść do kina, na kolację czy do teatru. Możliwy jest także szybszy powrót do pracy czy realizacja pasji. Znajdzie się nawet czas na babski wyjazd, co zamierzam przetestować w ten weekend. Wierzcie mi, to wszystko jest możliwe, gdy ma się przy boku partnera, który nie chce, aby świeżo upieczona mama zatraciła siebie w rodzicielstwie. Pomogli nam także nasi wyrozumiali i otwarci na dzieci przyjaciele, którzy nie mieli nic przeciwko temu, aby podczas naszych spotkań towarzyszył nam bobas. Nie zostaliśmy wykluczeni z towarzystwa, a nasi przyjaciele stali się dla naszej córki rodziną.

2016 to również czas, w którym niestety musieliśmy zrezygnować ze spontanicznych wyjść we dwójkę. W tym roku spędzaliśmy czas osobno lub razem z naszą córką. Udało nam się pójść na jedną randkę do kina. Postanowiliśmy obejrzeć „Dzień Niepodległości: Odrodzenie”. Jak wszyscy wiedzą, ten film akurat Oscara nie zdobędzie. Wieczór nie mógłby być bardziej romantyczny, prawda? A jednak… Wychodząc z kina Pan Mąż wsiadł do windy, której drzwi zamknęły się tuż za nim. Tak… zjechał beze mnie ;). Śmiejemy się, że dobrze, że to nie była nasza pierwsza randka, bo kto wie, jakby to wpłynęło na przyszłość naszego związku. Postanowiliśmy, że w 2017 będziemy więcej randkować. Co prawda spędzamy sporo czasu razem, ale jednak momenty poza domem, które mamy dla siebie jako para nie powalają na kolana. Dlatego zaplanowaliśmy, że w styczniu zrobimy podejście drugie.

2016 to również rok, w którym postanowiłam zrealizować przedsięwzięcie, z którym nosiłam się od lat. Zaczęłam prowadzić bloga. Jutro miną dokładnie dwa miesiące odkąd moje zapiski wyświetlają się na ekranach urządzeń moich czytelników. Nie żałuję, a wręcz dobrze się bawię. Mam nadzieję, że blog również w następnym roku będzie wzbudzał Wasze liczne zainteresowanie.

Postanowienia na 2017? Niech ten nadchodzący rok również będzie inny, nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny. Chcemy wypełnić ten czas kolejnymi wyjazdami, Zaczynamy już w styczniu: na pierwszy ogień idzie Francja. Obiecaliśmy sobie także więcej czasu tylko we dwoje. Ja postanowiłam, że wezmę się wreszcie za przeczytanie sterty książek, która zgromadziła się na moim biurku. Nadal jednak będę odrzucała mądrości poradników rodzicielskich. Ponadto chcemy dalej pracować na byciem dobrymi rodzicami, dziećmi, przyjaciółmi i pracownikami. Z perspektywy świeżo upieczonej blogerki życzę sobie więcej czytelników i komentarzy pod moimi wpisami.

Dużo pracy przed nami! Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty.