Szlakiem Cabot´a – część II

Życie to nie koncert życzeń, więc następnego dnia oczywiście zabrakło słońca. Rano obudził nas deszcz, który uderzał w parapet okna. Nasze dobre humory zniknęły razem z błękitnym niebem.  W końcu przyjechaliśmy tutaj dla widoków i szwędania się po szlakach dla pieszych. W takim deszczu to ani przyjemnie ani bezpieczne, a widoczność średnia. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy licząc na to, że pogoda się polepszy. Dojechaliśmy do najbardziej oddalonego na północ punktu Wyspy Cape Breton: Meatcove.

DSCN3236.JPG

Tam zobaczyliśmy jeszcze lepszą miejscówkę do spania niż nasza. Pole campingowe na klifie. Człowiek budzi się rano i jedyne co dzieli go od oceanu, to parometrowa przepaść. Marzenie.

DSCN3254.JPG

Choć niekoniecznie idealne miejsce na nocleg, gdy towarzyszą Wam małe dzieci. Wokół tylko natura i żadnych domów w pobliżu. Niestety warunki pogodowe nie pozwalały na hiking przez las, więc pospacerowaliśmy po kamienistej plaży.

DSCN3260.JPG

Następnie pojechaliśmy do White Point.  Aby dostać się w to miejsce z północy wyspy trzeba ponownie przejechać krótki odcinek Cabot Trail. Kiedyś znajdowała się tu francuska wioska rybacka, gdzie trudniono się połowem homara. Dziś pozostały po niej tylko kamienie i groby nieznanych marynarzy.

DSCN3296.JPG

Odwiedzający trafiają do tego miejsca obecnie głównie ze względu na możliwość hiking´u po okolicznych wzniesieniach.

WP_20160814_15_33_59_Rich_LI.jpg

W deszczu przeszliśmy większą część dostępnego szlaku, który nawet przy tak niesprzyjającej pogodzie był bardzo atrakcyjny.

DSCN3300.JPG

WP_20160814_15_44_18_Rich_LI.jpg

Przemarznięci i przemoczeni postanowiliśmy rozgrzać się przy jakimś dobrym jedzonku. W tym celu udaliśmy się samochodem do miejscowości Neil´s Harbour. Podczas gdy my wcinaliśmy  ciepłą zupę, za oknem szalał wiatr i deszcz, a w małej zatoczce kołysały się kutry rybackie. Idealna pogoda do spędzenia czasu na zewnątrz, prawda? 😉

WP_20160814_16_59_40_Pro_LI.jpg

Nie zniechęciło nas to jednak do dalszego zwiedzania. Ustaliliśmy tylko, że rezygnujemy ze spacerów, bo szkoda nam było naszej córki. Tak naprawdę była to tylko wymówka. Dziecko wyglądało na zadowolone, po prostu my nie chcieliśmy już moknąć.

Gdy jechaliśmy Cabot Trail zauważyliśmy znak, który pokazywał, że w okolicy znajduje się miejsce, do którego przybył żeglarz John Cabot w 1497 roku. Spodziewaliśmy się, że będzie to  na którymś odcinku właśnie tej drogi widokowej. Okazało się, że na tej słynnej trasie jest tylko znak. Po jakiś 30 minutach szukania, kręcenia kółeczek ostatecznie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Na plaży,  która oczywiście znajdowała się poza szlakiem (…logiczne, nie? :-P), odnaleźliśmy tablicę pamiątkową oraz pomnik Cabot`a.  

Po tym punkcie naszego programu z czystym sumieniem mogliśmy wrócić do motelu w Bay St. Lawrence i się trochę podsuszyć. Zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepiku, aby mieć z czego przygotować kolację. Późne popołudnie przeznaczyliśmy na podpatrywanie oceanu z okien naszego pokoju i suszenie ubrań.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część I

Latem 2016 roku  w ramach naszej 6-tygodniowej podróży po Kanadzie zwiedziliśmy m.in. Wyspę Cape Breton. Higlight´em tego regionu jest Cabot Trail. Szlak Cabot‘ a to 300 km trasa widokowa, która prowadzi przez Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz wzdłuż wybrzeża wyspy. Zaczyna się ona w Cheticamp, a kończy w Baddeck. Więcej o niej przeczytacie tu.

Spośród wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy podczas naszego wyjazdu, to spodobało nam się najbardziej. Można by rzec, że była to wisienka na naszym kanadyjskim torcie.

Wiele osób przejeżdża 300 km szlak Cabota´a w ciągu jednego dnia. Jako osoby kochające naturę i preferujące parki narodowe niż centra zachodnich miast z góry zadecydowaliśmy, że poświęcimy na tę trasę więcej czasu. W naszej decyzji utwierdzaliśmy się za każdym razem, gdy każdy napotkany Kanadyjczyk po tym, gdy dowiedział się, że wybieramy do tej części Kanady reagował z zachwytem i zazdrością. „To musi być jakieś fantastyczne miejsce” myśleliśmy sobie.

DSCN2942.JPG

Zwiedzanie Wyspy Cape Breton rozpoczęliśmy w Baddeck, które leży na zachodnim brzegu Jeziora Bras d’Or. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na odwiedzenie dwóch muzeów. Pierwsze było poświęcone wynalazcy telefonu, a drugie Guglielmo Marconiemu, który wynalazł radio. Fani Marconiego muszą się udać do Glace Bay w celu odwiedzenia tego muzeum. Niestety nie zdążyliśmy już do kopalni węgla kamiennego, którą również można w tym miejscu zwiedzić.

Wieczorem zastanawialiśmy się, co zaoferuje nam Kanada w kolejnych dniach. Ja miałam jeden cel: Zobaczyć łosia.

Następnego dnia  ruszyliśmy szlakiem Cabot´a. W pełnym słońcu  przejechaliśmy trasę od Baddeck przez Ingonish aż po Cape North.

WP_20160813_17_18_36_Rich_LI.jpg

Po drodze mijaliśmy piaszczyste plaże, na których wypoczywała nasza córka, urokliwe restauracje i hotele położone w malowniczych miejscach oraz zatrzymywaliśmy się w licznych punktach widokowych.

DSCN3063.JPG

Wzbijaliśmy się w górę naszym autem, aby za chwilę toczyć się w dół. Podziwialiśmy przy tym błękitny ocean wyłaniający się zza kolejnych zakrętów.

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce o nazwie Bay St. Lawrence. Była to jedna z najładniej położonych noclegowni, jaką mieliśmy w historii 10 lat naszego podróżowania. Aby się tam dostać musieliśmy zjechać z Cabot Trail i udać się na północ w bardziej opustoszałą część Wyspy Cape Breton. Nasz motel znajdował się na wzgórzu. Otaczał nas tylko ocean, drzewa… i pewnie jakieś dzikie zwierzęta, które czaiły się w krzakach. Wolałam się jednak nad tym nie zastanawiać. Szczególnie, że tydzień wcześniej w prowincji Nowy Brunszwik nie byłam w stanie cieszyć się relaksującymi chwilami w jacuzzi na tarasie naszego domku. Oczami wyobraźni widziałam  niedźwiedzie i kojoty, które czekały tylko na to, aby nas zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Ucząc się na własnych błędach nie chciałam popsuć nam kolejnych miłych chwil tego wyjazdu i udawałam, że widzę tylko piękny zachód słońca na horyzoncie.

WP_20160813_20_28_15_Rich_LI1.jpg

Brakowało jeszcze butelki szampana jak na filmach i wzbilibyśmy się na wyżyny romantyzmu w naszym związkuKładąc się spać liczyliśmy na to, że kolejnego dnia również  będziemy mogli zwiedzać ten zakątek ziemi w pięknym słońcu. 

Czytaj dalej tu.

Podróż to dla mnie…?

Każdy z nas ma jakieś hobby. Jedni uprawią sport, drudzy piszą wiersze, a jeszcze inni zbierają znaczki. Ja z zapałem zwiedzam świat. Czy traktuję nasze wyprawy tylko i wyłącznie jako hobby? Nie, dla mnie są czymś więcej.

Podróże to przygoda

Zwiedzanie z plecakiem nieznanego kraju, którego języka się nie rozumie. Niepewność tego co wydarzy się jutro i czy dotrzemy do wybranego celu. Testowanie dotychczas nieznanych dań, o których składzie nie ma się pojęcia. (W przypadku Pana Męża wybieranie potrawy to wielka loteria, podczas której w 95% trafi mu się coś niezjadliwego.) Bycie zdanym tylko na siebie bez telefonu do przyjaciela w postaci biura podróży, które jest odpowiedzialne za wycieczkę. Co to jest? Przygoda!

Podczas naszej pierwszej podróży nie towarzyszyły nam ani smartphony ani dostęp do internetu na każdym kroku, czyli udogodnienia, bez których dziś większość z nas nie potrafi funkcjonować. Mieliśmy za to plecak pełen do niczego niepotrzebnych konserw. Przez te 10 lat od naszej pierwszej wyprawy w 2006 roku wiele się zmieniło, a my wiele się nauczyliśmy  – w większości na własnych błędach. Nasze wyprawy pozostały jednak w pewnej części bez zmian. Nadal dają nam zastrzyk energii z domieszką adrenaliny  i są niezapomnianą przygodą, a moja druga połówka dalej dokonuje fatalnego w wyboru w zakresie kulinarnych doznań…;-).

Podróże to sprawdzian

Podczas naszej pierwszej wyprawy przekonaliśmy się o tym, że wspólny wyjazd to także wielka próba dla związku. Wynika to z tego, że podróże nie zawsze są łatwe i przyjemne oraz pełne zapierających dech w piersiach widoków. To czasem kilkunastogodzinna jazda rozklekotanym pociągiem lub busem na twardym siedzeniu, które dzielisz z większą ilością osób niż ustawa przewiduje. To też dni, kiedy dostajesz takiego rozstroju żołądka, że jedyne z czego się cieszysz to fakt, że drzwi do łazienki się zamykają lub, że w ogóle są. Trudne warunki czy niespodziewane sytuacje, którym trzeba wspólnie stawić czoła są niekończącym się testem na kompatybilność i umiejętność współpracy.

Podróże składają się z chwil, kiedy w kryzysowych sytuacjach pokrzyczycie na siebie, aby za chwilę stać się najbardziej zgranym zespołem, który będzie w stanie szybko  rozwiązać napotkany problem. To momenty, gdy trzeba pomóc partnerowi zmierzyć się z własnymi lękami, np. podczas ataku klaustrofobii po środku jaskini. To czasem dni, kiedy nie wyglądasz ładnie, nie masz dostępu do prysznica i zamiast seksownego negliżu śpisz w warstwach ubrań i czapce, aby nie zamarznąć. Gorzej, gdy jest to twoja podróż poślubna 😉 .

To warunki, które znacznie odbiegają od scenerii randek czy weekendowych wyjazdów, prawda? ;-). Właśnie dlatego każdy wyjazd to próba naszych charakterów i idealny czas, aby się dobrze poznać. Z doświadczenia wiem, że warto podejść do tego egzaminu jeszcze zanim zaczniecie planować wspólną przyszłość. Jeżeli przetrwacie miesiąc poza domem spędzając ze sobą 24 na dobę, to wierzcie mi, jesteście dla siebie stworzeni.

Zawsze mówiłam, że zanim moje dziecko weźmie ślub będę je namawiała do zamieszkania z jego drugą połówką, aby mieli okazję się dobrze poznać i później niczego nie żałowali. Teraz trafniejszym pomysłem wydaje mi się wspólna samodzielnie zorganizowana wyprawa z ograniczonym budżetem.

Czym podróże są dla mnie dzisiaj, odkąd jestem żoną i matką?

Gdy byłam w ciąży moja Mama powtarzała mi, abym pamiętała o następującej zasadzie: „Nie zatrać siebie – najpierw bądź sobą, potem żoną, a dopiero na końcu matką.” Nie zrozumcie mnie źle, miłość do dziecka jest bezwarunkowa i przychodzi nam najłatwiej. Ono zawsze będzie stało dla nas na pierwszym miejscu.  Musimy jednak zachować zdrowy balans. Jeżeli nie zadbamy o poczucie samospełnienia, to pozostałe sfery naszego życia również będą kuleć. Zaczniemy zaniedbywać nie tylko siebie, ale i partnera / partnerkę. Oczywiście nikt nie twierdzi, że znalezienie złotego środka jest łatwe. Wręcz przeciwnie, to ciężka codzienna praca. Jednym z moich sposobów na życie w zgodzie z tą matczyną mądrością są podróże.

Podróże to możliwość zachowania balansu

Ja -> Ja

Nasze wycieczki dają mi możliwość realizowania moich pasji: odkrywania świata, rozwijania organizacyjnego talentu, poznawania nowych ludzi oraz uzupełniania listy potraw, których na pewno nigdy nie zjem.

Ja -> Matka

Patrząc z perspektywy matki podróże to dla mnie czas dla rodziny. To idealna okazja do tego, aby nauczyć dziecko przystosowywania się  do zmieniających się warunków. To także możliwość dostarczenia mu nowych bodźców, które wesprą jego rozwój i ukształtują charakter. To moja szansa na poznawanie naszej córki z innej, oderwanej od codzienności perspektywy.  Podczas wyjazdów również proste rodzicielskie obowiązki wymagają dodatkowej dozy kreatywności i są ciekawym urozmaiceniem, np: zmiana pieluchy na spuszczonej desce klozetowej. Nawet płacz dziecka brzmi na wakacjach jakoś inaczej.  

Ja -> Żona

Z Mężem podróżujemy razem od samego początku. Wyjazdy stanowią nieodłączny element naszego życia. Kształtują nie tylko nas, ale i nasz związek. Przede wszystkim dają nam możliwość poznania się ze strony, o której nawet sami nie wiedzieliśmy, że istnieje. To okazja do snucia marzeń, planów i dyskusji na zupełnie nowe tematy, czas, podczas którego delektujemy się wspólnymi chwilami, nie myśląc w ogóle o codziennych obowiązkach. Kiedy dziecko zaśnie, my przestajemy być choć na chwilę rodzicami i jesteśmy znowu tylko dwojgiem zakochanych w sobie osób. Gdy dziecię smacznie śpi w wózeczku, my mamy szansę na spokojnie poobserwować otaczający nas świat trzymając się za ręce. Po prostu jesteśmy sobą.

W życiu codziennym, które wypełnione jest obowiązkami, pracą i terminami ciężko o zachowanie balansu między tymi trzema ważnymi rolami. Mam wrażenie, że każdego dnia, na którąś z nich muszę niestety poświęcić mniej czasu. W trakcie wyjazdów jesteśmy razem przez 24 godziny na dobę i mamy możliwość nacieszyć się sobą równocześnie spełniając nasze własne marzenia.   Z tego powodu zawsze będę dążyć do tego, abyśmy nasz urlop spędzali wspólnie jako rodzina. Przynajmniej dopóki nasze dziecko będzie chciało z nami jeździć ;-).

Zwiedzanie świata to dla mniej o wiele więcej niż tylko hobby. Dla mnie podróże mają o wiele głębsze znaczenie. To pasja, z której nie potrafiłabym zrezygnować. Coś co sprawia, że czuję się spełniona, co ma wpływ na to kim jestem.

Przenośne krzesełko do karmienia

Znacie ten problem, kiedy próbujecie zjeść kolację w restauracji, a wasze dziecko, które co prawda opanowało sztukę siedzenia, zaczyna się wiercić? Często pojawia się wtedy pytanie, czy tym razem uda nam się dokończyć posiłek bez przygód lub czy w ogóle coś zjemy?

W pewnym momencie dzieci są już zbyt ciekawe świata, aby mogły w spokoju wysiedzieć w wózku. Trzymanie ich na kolanach też przestaje się sprawdzać, gdyż stają się zbyt ruchliwe. Rodzic zaczyna się wtedy zastanawiać jak nakarmić  swoją pociechę poza domem bez większych akrobacji? Zazwyczaj na ratunek przychodzą wtedy restauracyjne krzesełka dla maluchów. Jak  wiemy rzeczywistość często odbiega jednak od naszych wyobrażeń.  Meble te niestety nie wszędzie są ogólnie przyjętym standardem. Cóż począć, gdy nie ma gdzie posadzić dziecka? Kolana zawsze są opcją. Jednak wtedy możemy zapomnieć o spokojnym posiłku, kiedy maluch kręci się na wszystkie strony i próbuje zrzucić jedzenie z naszego talerza. Jeżeli na kolacje czy obiad wybraliśmy się w towarzystwie, to możemy spróbować zagrać w grę „Podaj dalej”.  Wtedy szkraba przekazuje się kolejno z rąk do rąk do osoby, która już skończyła posiłek. Gorzej tylko, gdy nikt nam nie towarzyszy lub gdy wybraliśmy się właśnie na danie, które spożywa się wspólnie. W takich sytuacjach idealnym rozwiązaniem jest przenośne krzesełko do karmienia. Przyznać jednak muszę, że na rynku nie ma zbyt dużego wyboru. My zdecydowaliśmy się na produkt Mobiseat marki Totseat.

Jak wygląda?

Określanie tego produktu mianem krzesełka uważam za lekką przesadę. Tak naprawdę jest to kawałek materiału, który przymocowuje się do prawdziwego krzesła.

wp_20170212_16_19_55_rich_li111

Po odpowiednim przygotowaniu siedziska dziecko siedzi w taki sposób, jakby zostało przypięte pasem do oparcia. 

WP_20170212_11_50_02_Rich_LI11.jpg

Wygląda to bezpiecznie, ale lepiej nie zostawiajmy dziecka bez nadzoru. Jak zresztą w przypadku każdego innego fotelika.

Co je wyróżnia?

Dobra jakość wykonania, łatwe zapięcie, rozmiar oraz kształt, który pasuje do wielu rodzajów krzeseł. Produkt zrobiony został z przyjemnej w dotyku bawełny i sprawia wrażenie wytrzymałego. Mamy więc nadzieję, że trochę nam posłuży. Jego „montaż” trwa ok. 30 sekund, pod warunkiem, że wiemy, jak to zrobić. Dlatego dla bezpieczeństwa własnego dziecka przeczytajcie wcześniej instrukcje obsługi. Gadżet został tak zaprojektowany, że pasuje do różnych modeli krzeseł, o czym przekonaliśmy się podczas ostatniego wyjazdu. Moim osobistym highlight´em jest zdecydowanie jego rozmiar. Po złożeniu i wsadzeniu do specjalnie przeznaczonego dla niego worka zamienia się w malutki tobołek, który zmieści się nawet do najmniejszej damskiej torebki. Idealnie nadaje się na wszelkiego rodzaju wyjścia czy wyjazdy.

WP_20170217_09_33_22_Rich_LI 1.jpg

Dodatkowe plusy

To „krzesełko” z powodzeniem można prać w pralce! Bez wyrzutów sumienia możemy pozwolić dziecku na samodzielne próbowanie potraw, nawet jeżeli będzie jadło całym sobą. Kawałki jedzenia mogą bezkarnie lądować na otaczającym go materiale. Krzesełko jest poza tym niezwykle lekkie, więc ograniczenia bagażowe nie stanowią dla  niego problemu.

Krótko mówiąc: Polecamy! Więcej praktycznych gadżetów dla małych podróżników znajdziecie TU.

 

 

Jak się spakować, aby nie zwariować?

Podróżowanie to moja pasja. Niestety wiąże się z nią czynność, za którą nie przepadam – PAKOWANIE. Uwierzycie, że po 10 latach zbierania doświadczeń w podróżach małych i dużych wciąż nie wypracowałam sposobu na szybkie i efektowne spakowanie bagażu?!  Niezależnie od tego czy jadę z walizką na krótką wycieczkę czy z plecakiem na miesięczną wyprawę.  Po prostu nie lubię się wykonywać tej czynności. Też tak macie czy jestem jakimś  odosobnionym przypadkiem?

Najlepszym rozwiązaniem dla osób z tego rodzaju problemem byłby plecak „ready for action”. Znajdowałyby się w nim wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Stałby w szafie i czekałby na odpowiednią okazję. Znajomy zgarnął milion w totolotka i zaprasza na wspólne popijanie drinków z palemką na drugim końcu świata, wygrałeś/-aś wycieczkę lub po prostu wybierasz się na długo planowany urlop? Nie ma problemu – bagaż już spakowany. Trzeba go tylko uzupełnić o czystą bieliznę. Oczywiście cały urok tego wynalazku polegałby na tym, że wystarczyłoby go zakupić, a nie samemu przygotować.

Póki jest to jednak produkt niedostępny, trzeba radzić sobie inaczej. Niestety do tej pory nie znalazłam złotego środka, który sprawiłby, że byłabym w stanie spakować się szybko i bezboleśnie.  Wypróbowałam wiele polecanych metod, ale żadna z nich nie spowodowała, że akcja pt.: „Spakuj torbę swą ” nie wyssała ze mnie energii.

Najpopularniejsze sposoby:

1. „Przygotuj listę z potrzebnymi rzeczami” 

Jaką listę? To głównie od rodzaju wyjazdu zależy, co ze sobą zabiorę. Uważam, że spisywanie wszystkich podróżniczych przyborów przed każdą wycieczką mija się z celem. Nad taką listą też trzeba chwilę pomyśleć. Równie dobrze mogę rozmyślać nad potrzebnymi mi rzeczami w trakcie pakowania. Oczywiście część mojej wycieczkowej wyprawki towarzyszy mi podczas każdej podróży i to właśnie ją przygotowuję w pierwszej kolejności. Nie muszę tworzyć żadnej rozpiski, aby o nich pamiętać.  Natomiast o całą resztę troszczę się później.  Analizuję, co mi się przydało w trakcie ostatniego wyjazdu lub jakie ciuchy czy gadżety się zupełnie nie sprawdziły. Prawda jest taka, że czy z listą czy bez i tak o czymś zapomnę lub wezmę czegoś za dużo. Poza tym do ostatnich minut przed wyjściem z domu dopycham plecak drobiazgami, jak dodatkową koszulką czy chustą. Warto też pamiętać o tym, że dopóki nie planujemy miesięcznego pobytu w dżungli, to większość, przynajmniej tych podstawowych produktów, można dokupić na miejscu. Zdefiniowałabym jednak pojęcie „podstawowego produktu”. W 2007 r podczas naszej podróży po Indiach wypatrywałam w sklepie tamponów… Wydawać mogłoby się, że jest to rzecz łatwo dostępna. Niestety w trakcie poszukiwań zmuszona zostałam do zmiany zdania. Zakup tamponów okazał się prawie że misją niemożliwą. Znalazłam je dopiero w luksusowej drogerii w Dehli.

2.      ” 1 para majtek i 1 para skarpetek wystarczy”

Wizja podróżowania z jednym kompletem bielizny w ogóle do mnie nie przemawia. Z doświadczenia wiem, że trzeba się przygotować na każdą ewentualność i lepiej wziąć ze sobą odpowiedni zapas. Zawsze może się zdarzyć, że danego dnia nie znajdziemy umywalki z czystą wodą, gdzie moglibyśmy zrobić pranie; o pralce już nie wspominając.  Podczas naszego drugiego wyjazdu do Indii spędziliśmy większość nocy w autobusach. Gdyby nie nasze dobre przygotowanie, bylibyśmy w kropce. Chociaż w takich sytuacji ani jedna ani nawet dwie pary majtek nie rozwiązują problemu. Jeżeli jesteście fanami tej metody i uważacie, że dramatyzuję, to może przekona Was powiedzonko babci naszej przyjaciółki: „I zdejmuje strój bogaty, a tam same szmaty łaty.” Szanowna starsza pani uważa, że czysty i schludny komplet bielizny to podstawa i zaoszczędzi nam wstydu np.: gdybyśmy niespodziewanie trafili do szpitala lub gdybyśmy znaleźli się w innej sytuacji, która wymagałaby od nas rozebrania się.

3.      „Nie odwlekaj wszystkiego na ostatnią chwilę“

Oczywiście, że można spakować się na 2-3 dni  lub nawet tydzień przed wycieczką.  Niestety udaje mi się to tylko w 40%. Co prawda jestem w stanie przygotować sobie jakąś część podróżniczej wyprawki wcześniej. Póki jednak nie mam gotowego całego kompletu rzeczy, nie mogę wsadzić ich do torby. Wszak pakuje swoje wyjazdowe graty w kolejności ich przydatności. Cały psikus polega na tym, że do ostatniej chwili głowię się nad tym, czego mogłabym jeszcze potrzebować. Na cóż zda się nam zresztą wcześniej spakowany bagaż, jeżeli już w dniu wyjazdu nie będziemy pamiętali, gdzie wsadziliśmy przewodnik i czy na pewno zapakowaliśmy ulubione spodnie.

Doświadczenie nauczyło mnie, że te trzy sposoby zupełnie nie sprawdzają się w moim przypadku.

14706792_1778445382429776_5722177786125361377_o1.jpg

Muszę przyznać, że z każdą podróżą stajemy się mądrzejsi i pakujemy co raz mniej niepotrzebnych rzeczy. Większą uwagę przykładamy do praktycznych „niezbędników” (a przynajmniej staramy się). Na pierwszy wyjazd z plecakiem w  2006 r do Chin zabraliśmy wszystko, co mogliśmy… Towarzyszyły nam nawet polskie konserwy, które przejechały  z nami przez całe Państwo Środka. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze,  że jedzenie w tym kraju kupić można wszędzie i na dodatek w bardzo atrakcyjnej cenie. Nauczeni doświadczeniem nigdy więcej nie popełniliśmy tego samego błędu. Sugerując się wskazówkami pracowników indyjskiej linii kolejowych na naszą pierwszą wyprawę do Indii zabraliśmy ze sobą łańcuchy i kłódki. W ten sposób kazano nam zabezpieczać główny bagaż. Prawdę mówiąc, nie wiem jak ktoś miałby wyciągnąć mój ciężki plecak spod siedzenia, jeżeli sama go tam ledwo wsadziłam. Zresztą w głównym bagażu nigdy nie wozimy nic wartościowego z wyjątkiem zakupionych pamiątek i ładowarek do telefonów. Ostatecznie ukradziono nam nasz mały podręczny plecak z paroma istotnymi dla dalszego wyjazdu przedmiotami. Nie muszę chyba dodawać, że nie był on w żaden sposób przywiązany… Cóż za złe wykorzystanie dostępnych zasobów! Tak, po tym wydarzeniu również my zastanawialiśmy się nad tym, po co w takim razie woziliśmy to żelastwo ze sobą. Przez jakiś czas śpiwory stanowiły nieodłączny element naszych wycieczek. Co prawda nie jest to najgorszy pomysł na jaki mogliśmy wpaść, ale też nie  do końca trafiony. Indie nauczyły nas tego, że nie wszędzie na świecie definicja czystej pościeli pokrywa się z naszą. Śpiwór dawał nam możliwość  odgrodzenia się od kołdry czy poduszki pełnej plam. Podczas naszego pobytu w Cuzco, kiedy myślałam, że zamarznę w nocy, ten kawałek materiału wspomógł hostelowy koc i kołdrę w ogrzaniu mnie. Z drugiej strony w krajach, gdzie temperatura nie spada poniżej 25 stopni spanie pod ciepłym śpiworem jest dość niekorzystnym rozwiązaniem. Już nie wspominając, że są to dodatkowe i w tym przypadku zbędne kilogramy. Z tego względu z czasem zastąpiliśmy go lekką i bawełnianą wkładką do śpiwora firmy Cocoon:  http://www.cocoon.at/products/index.php/p/travelsheet_mummyliners_en .

Jedna zasada nie zmienia się jednak od lat. Zawsze biorę ze sobą trochę ubrań, które w większości na końcu podróży zostawiam w hostelu/hotelu. W ciągu roku odkładam w szafie ciuchy, które nie są już pierwszej młodości, przestały mi się podobać lub mają jakieś drobne wady. Ja już ich nie potrzebuję, a może przydadzą się obsłudze hotelu/ hostelu pracującej za głodową stawkę. Wiem też, że gdyby się tak zdarzyło, że zgubię te ubrania, to nie będzie mi przykro (tak właśnie pozbyłam się sweterka na wulkanie w Panamie). W moim plecaku ląduje również trochę „wyjściowo-wycieczkowych” ubrań, m.in.: dżinsy. Mają szerokie zastosowanie, dlatego tak idealnie nadają się na wyjazd z ograniczonym bagażem. Są długie, odpowiednio ciepłe i można w nich pójść na dyskotekę, a także pojeździć na rowerze. Pasują na prawie każdą okazję.

WP_20170106_11_48_24_Pro_LI1.jpg

Z roku na rok staramy się ulepszyć nasz system pakowania. Kiedy myślałam, że jesteśmy już na dobrej drodze podniesiono nam poprzeczkę. Od 15 miesięcy mamy dodatkową osobę do spakowania. Plecak z gumy nie jest, a rzeczy przybyło…Z tego względu staramy się zredukować nasze „niezbędniki” do minimum, a miejsce wyjętych rzeczy zajmują pieluchy i małe słodkie ciuszki.

Powoli zaczynam wierzyć, że emocje związane z tą znienawidzoną przeze mnie czynnością to naturalna sprawa i nie można z nimi walczyć. Mam jednak nadzieję, że się mylę. Jeżeli właśnie Ty, drogi Czytelniku, masz dla mnie dobrą radę, jak się spakować, aby nie zwariować, to nie wahaj się i skrobnij proszę parę słów. Może to właśnie dzięki Tobie zacznę się pakować szybciej, a przede wszystkim bez stresu.

                                                           

 

 

Sofia na weekend – co zwiedzić?

Ze względu na ilość atrakcji Sofia świetnie sprawdzi się jako miejsce wypadowe na krótki, kilkudniowy urlop. Ponadto jest jedną z najtańszych stolic Europy, więc nie zrujnuje żadnej, nawet najbardziej dziurawej kieszeni.

dscn3957

Zwiedzanie miasta warto zacząć od spaceru z Free Sofia Tour. Jest to organizacja non-profit oferująca darmowe piesze wycieczki po centrum Sofii. Pracujący dla niej przewodnicy w ciągu dwóch godzin pokazują najbardziej interesujące i najważniejsze zabytki miasta. Wycieczka nie sprowadza się tylko do podziwiania budowli. Podczas spaceru usłyszeć można m.in. o historii Bułgarii i architekturze Sofii. Nie zabraknie też informacji o lokalnych zwyczajach. Wycieczka z Free Sofia Tours na pewno pomoże przełamać pierwsze lody w obcowaniu z  miastem. Dzięki zgromadzonym informacjom łatwiej zaplanować resztę pobytu w Sofii. Osobom, które chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej o stolicy Bułgarii, polecam płatne wycieczki tematyczne, takie jak np.: wycieczka szlakiem komunistycznej Sofii. Zniżki na nie rozdawane są podczas darmowego zwiedzania.

45f01882-aa5b-4979-826c-7dee54a611561

Przewodnicy Free Sofia Tour spotykają się z turystami pod Pałacem Sprawiedliwości, a żegnani są wielkimi brawami przy kościele św. Sofii. Będąc w tym miejscu warto udać się na drugą stronę ulicy, gdzie znajduje się mały targ. To właśnie tam polecałabym zakupić pamiątki. Wybór jest co prawda dość ograniczony, ale ceny są za to najniższe w całym mieście.

Z atrakcji, które widzieliśmy zdecydowanie najbardziej przypadła nam do gustu cerkiew Alexandra Newskiego. Budowla robi wrażenie nie tylko z zewnątrz, zachwyca również swoim bogatym i pięknie wykonanym wnętrzem. W związku z tym, że robienie zdjęć w środku jest zabronione, musicie uwierzyć nam na słowo.

91c2eb15-96c5-4abe-add2-42e4c841b2d71

„Serdika to mój drugi Rzym”  mawiał rzymski cesarz Konstantyn Wielki o swoim ulubionym mieście. To właśnie ruiny rzymskiego miasta są naszym zdaniem jednym z najbardziej interesujących zabytków stolicy Bułgarii. Pozostałości po Imperium Rzymskim znaleźć można w wielu zakątkach dzisiejszej Sofii. Na szczególne wyróżnienie zasługuje archeologiczny kompleks Serdika, który znajduję się w przejściu podziemnym przy stacji metra o tej samej nazwie oraz na Placu Tolerancji. Odkryto go podczas budowy drugiej linii metra. Oczywiście przez prace archeologiczne z tym związane projekt przeciągnął się w czasie. Myślę jednak, że mieszkańcy Sofii ostatecznie nie mieli nic przeciwko, bo w końcu niecodziennie odkrywa się ruiny miast z innego stulecia. Budowa drugiej nitki warszawskiego metra też trwała wiecznie i bynajmniej nie dlatego, że lokalne władze znalazły jakieś antyczne ruiny…;).

dscn39381

Polecamy również odwiedzić pięciogwiazdkowy hotel Arena di Serdica, który został wybudowany ponad fragmentami ruin amfiteatru Serdika. Jego arena jest mniejsza od rzymskiego Koloseum tylko o 10 metrów i należy do jednych z największych na świecie tego typu budowli.

Interesującą częścią Sofii jest Plac Tolerancji. Stojąc na nim ujrzymy świątynie różnych religii: kościół, cerkiew, meczet i synagogę. Mimo, że większość mieszkańców tego miasta należy do bułgarskiego kościoła prawosławnego, to również obiekty sakralne innych wyznań znajdują się w samym centrum stolicy Bułgarii. W ten sposób ukazany został szacunek do  współistniejących w Sofii czterech wielkich religii , a tym samym wszystkich mieszkańców miasta.  To idealne miejsce, aby na chwilę zwolnić i zastanowić się nad pytaniem: „Co oznacza bycie tolerancyjną osobą w dzisiejszych czasach?”.

Sercem miasta, które skupia wiele restauracji i kawiarni jest deptak, znajdujący się za cerkwią św. Nedelya. Jego atmosfera niczym nie różni się od klimatu innych europejskich miast. Ta zamknięta dla ruchu samochodowego droga prowadzi do wielkiego placu, przy którym znajduje się hala koncertowa, tzw. Bulgaria Hall. Tak jak inne socjalistyczne budowle zbudowana została z wielkim rozmachem. Muszę przyznać, że robi wrażenie.

dscn39501

Poszukującym miejsca na klimatyczny obiad  zdecydowanie NIE polecamy skorzystania z ofert „deptakowych” restauracji. Wystarczy skręcić w jedną z bocznych uliczek. Gwarantujemy, że będzie ciszej, taniej i bardziej lokalnie.

Zmęczeni zgiełkiem dużego miasta powinni zaplanować jeden dzień na wycieczkę na masyw Witosza. Na szczyt dostać się można na kilka sposobów. Jeden z nich to przejazd autobusem 123 (podróż trwa ok. 30 min w jedną stronę) ze stacji metra Dimitrov. Obok pętli autobusu znajduję się gondola Simeonovo, która za 10 lewów wwiezie nas na górę. Alternatywnie wybrać się można z Dragalevtsi autobusem 66  lub taksówką do Aleko.  Na szczycie czekają na turystów piękne widoki i piesze szlaki. Więcej informacji tutaj: http://freesofiatour.com/blog/how-to-get-to-vitosha-mountain.

dscn39591

Dla poszukujących lokalnego folkloru oraz smacznego posiłku punktem obowiązkowym na liście to-do jest kolacja w restauracji, w której oprócz dobrej kuchni podziwiać można bułgarskie tańce i śpiewy. My trafiliśmy do lokalu Chevermeto. Gorąco zachęcamy do odwiedzenia tego miejsca, również rodziny z dziećmi. W celu uniknięcia niespodzianki przy płaceniu ostrzegamy, że restauracja dolicza opłatę za wstęp w wysokości 5 bułgarskich lewów.

wp_20161127_21_26_49_pro1

Ze względu na obecność na tym wyjeździe naszej córki zrezygnowaliśmy ze zwiedzania muzeów czy galerii. Zamiast tego resztę czasu przeznaczyliśmy na spacery.

Podczas naszych podróży zazwyczaj nabijamy kilometry na licznikach naszego obuwia, ponieważ w ten sposób najłatwiej poczuć atmosferę miasta. Stolica Bułgarii idealnie się do tego nadaję. Z metra korzystaliśmy głównie, gdy planowaliśmy jakąś dalszą wycieczkę.  Komunikacja miejska była dobrą alternatywą również wtedy, gdy temperatura na zewnątrz i odległość do miejsca, w którym nocowaliśmy sprawiały, że kolejny spacer nie wydawał się już tak atrakcyjny.

dscn39311

Spacerując sofijskimi ulicami mieliśmy miejscami wrażenie, ze przenieśliśmy się do Szczecina lat 90-tych. Spacerując codziennie m.in.: bulwarem Madrid i spoglądając na budynki i układ ulic  wydawało nam się, że przenieśliśmy się na ul. Wojska Polskiego. Niesprawiedliwym byłoby jednak wysnucie wniosku, że czas się u nich zatrzymał po upadku komunizmu. To państwo się zmienia. Jednak Bułgarzy potrzebują trochę więcej czasu na dogonienie zachodniej Europy. Może nie są 100 lat za Murzynami, ale na pewno jakieś 30 za Polakami.

Sofia to miasto, do którego warto zawitać. Nie trzeba tu spędzać tygodnia, jak w przypadku innych europejskich stolic, ale sofijskie atrakcje wypełnią nam na pewno miło parę dni.  Nie oczekujmy jednak, że wybierając się w te rejony w listopadzie czy w grudniu uciekniemy przed niskimi temperaturami w naszej części Europy. Tam też znają zimę ;-).

 

„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” Część I

Mój Mąż i ja w naszą pierwszą wspólną podróż w nieznane udaliśmy się do Chin. Często zostajemy skonfrontowani z pytaniem, dlaczego akurat tam. Zawsze odpowiadamy tak samo: „A dlaczego nie?”

W 2005 roku podczas mojego pobytu w Berlinie, gdzie uczęszczałam do szkoły językowej poznałam bardzo sympatycznego chłopaka, z którym od razu udało mi się nawiązać dobre relacje.  Bardzo miło się nam rozmawiało…mieszanką angielskiego, niemieckiego oraz trochę rękoma i nogami…daliśmy rade. Jie pochodzi z Chin. Wtedy nie wiedziałam, że stanie się on jednym z moich najlepszych przyjaciół z Berlina. Rozmawialiśmy sporo o jego kraju, z którego był bardzo dumny. Mówił o osiągnięciach, ale też tej negatywnej stronie Chin. Wspomniał np.: o tym, że powietrze w Pekinie jest bardzo zanieczyszczone. Przyznam szczerze, że wtedy nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy z tego, o jakim stopniu zanieczyszczenia mówimy. Przekonałam się o tym dopiero później. Natomiast rozbawił mnie, gdy porównał terminal lotniska Berlin-Tegel do chińskiego dworca autobusowego. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że w Chiny w 2005 roku mają większe dworce autobusowe niż stolica Niemiec lotnisko. Cóż teraz mamy 2016 i to się nadal nie zmieniło…

Te nasze rozmowy zasiały u mnie ziarenko ciekawości i sprawiły, że zapragnęłam odwiedzić ten kraj. Wiedziałam jednak, że nie nastąpi to szybko. Pomysł ten, jak i wiele innych trafił na półkę z napisem „MARZENIA”. Miałam nadzieję, że gdy już będę „dorosła”, bogata i będę miała dużo czasu to uda mi się go zrealizować.

Parę miesięcy później mój  – wtedy jeszcze – chłopak wpadł na pomysł wspólnego wyjazdu do Azji. Zaproponował, że w okresie wakacyjnym będziemy pracować, aby jesienią 2006 udać się w jakieś nieznane i odległe miejsce. Postanowił zrezygnować z męskich wycieczek rowerowych po Europie czy sportowych wyjazdów, na które wyjeżdżał co roku. Stwierdził, że nadszedł czas, abyśmy razem zaczęli „podbijać” świat. Chciałabym  zwrócić uwagę na to, że mój Mąż należy do osób, które uważają, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, a do wszystkiego można dojść ciężką pracą. Z tego względu wiedziałam, że rzucony przez z niego pomysł nie jest spontaniczną akcją nieodpowiedzialnego dwudziestolatka, ale przemyślaną propozycją chłopaka, który ma głowę na karku i który  zrobi wszystko, aby ten plan   zrealizować.                                                                                                                                                  Moja reakcja była do przewidzenia. Spojrzałam na niego jak na wariata i zapytałam, czy ma dla mnie jakieś realne propozycje. Miałam wiele „ale”, z powodu których ten wyjazd wydawał się niemożliwy.  Głównym był moja Mama – jak miałabym ją niby przekonać? Byłam przecież za młoda (18 lat) na wyjazd z chłopakiem na koniec świata.

Nasza dyskusja na tym się nie zakończyła i wracaliśmy do tego tematu dość często. Za każdym razem powtarzałam prawie jak mantrę zdanie „Chciałabym , ale nie mogę”. Pewnego razu usłyszałam w odpowiedzi następującą złotą myśl: „Nie ma sensu czekać aż marzenia się spełnią. Zacznij robić plan, jak je spełnić i przystąp do jego realizacji”. Jego postawa sprawiła, że zakochałam się w moim Mężu po raz drugi.

To zdanie przerwało wszelkie dyskusje. Po prostu przystąpiliśmy do realizacji tego pomysłu.  Jako cel naszej wyprawy wybraliśmy właśnie Chiny.  Pierwszym zadaniem było znalezienie funduszy na ten wyjazd. Właśnie, skąd wziąć pieniądze na taką podróż? I tu odpowiedź jest zawsze ta sama: „praca, praca i jeszcze raz praca” + jak to w życiu bywa pewne kompromisy. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrezygnować z nowych ciuchów, nowego komputera czy wyjść do restauracji oraz, że będzie to jedyny wyjazd w tym roku. Jednak w zamian za to mieliśmy przeżyć niezapomniane wakacje.

Następnie musieliśmy zakupić bilety i zarysować wstępny plan naszego wyjazdu. Do dziś się śmiejemy, że był to pierwszy i ostatni urlop zaplanowany przez mojego Męża. Plan był taki, że go nie było i w sumie pojechaliśmy na żywioł.

Na koniec zostawiliśmy sobie przekonanie mojej Mamy, że nie zginiemy w tym wielkim świecie. Nie zrozumcie mnie źle,  moja Mama lubi rozstać się ze swoim m3. Kocha zwiedzać nowe miejsca, nie ważne gdzie by one nie były. Z przyjemnością chłonie także wszystkie opowieści dotyczące naszych wyjazdów. Jednak jak każdy rodzic mocno kochający swoje dzieci ma pewne obawy. Szczególnie, gdy potomstwo jeszcze młode i nigdy nie wyjeżdżało bez rodziców na dłużej niż dwa tygodnie. Mama dowiedziała się o naszym wspaniałym planie, gdy już mieliśmy bilety w ręku. Mój Tata został poinformowany wcześniej i starał się mentalnie przygotować moją Mamę na tą wiadomość. Okazało się, że jednak nie doceniłam odwagi mojej Rodzicielki. Nie powiedziała co prawda „tak”, ale też nie spaliła mojego biletu, jak to sobie wyobrażałam. Mieliśmy jej błogosławieństwo.

Wtedy klamka zapadła. Wiedzieliśmy, że na pewno lecimy. Nic nie stało już nam na drodze do spełnienia naszego marzenia.

Gdyby nie upartość mojej drugiej połówki, to minęłoby jeszcze wiele lat za nim udałabym się w swoja pierwszą podróż w nieznane. Myślę, że mogę uważać się za szczęściarę, której los na drodze postawił chłopaka wierzącego w ludzki potencjał i nieznającego granic marzeń. Z własnego doświadczenia mogę  powiedzieć, że  nie ma co czekać na idealnego księcia z bajki na białym koniu, który nigdy nie nadjedzie. Dajmy się porwać komuś, kto nam pokaże, że nasze  „CHCIEĆ” znaczy „MÓC“.

Podróż z dzieckiem: Czy warto?

„Czy jest sens zabierać je w daleką podróż?”, „Przecież i tak nie będzie nic  pamiętać.”, „Dziecko nas ogranicza w trakcie wyjazdu.”,  ” Urlop z dzieckiem to nie jest wypoczynek”.

Wielu rodziców zadaje sobie pytanie, czy na urlop powinni pojechać z dzieckiem. W tym zakresie wyróżnić można 3 typowe postawy: pierwsza grupa zostawia swoją pociechę z opiekunką lub z dziadkami.  Druga grupa rodziców w ogóle się nad tym pytaniem  nie zastanawia i po prostu jedzie. Niestety często krąży wokół nich grupa (pseudo)doradców poddających w wątpliwość słuszność takiej decyzji. Rodzice należący do trzeciej grupy nie wyjeżdżają. Zostają w domu ze swoimi dziećmi.

I kto tu ma rację?

Na to pytanie nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że taka nie istnieje. Wyznaję zasadę, że każdy powinien postępować zgodnie ze swoim sumieniem, dokonując takich wyborów, które będą dla niego najlepsze. To co jest dobre dla mnie, nie oznacza, że spodoba się innym. My wiemy, że podróż z naszą córką sprawia nam ogromną przyjemność, dlatego odkąd pojawiła się na świecie jest nieodłącznym kompanem naszych wyjazdów. Na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” krzyczymy głośno „TAK”.

WP_20160226_17_02_14_Pro_LI 1.jpg

Prawdą jest, że nasz szkrab jest zbyt mały, aby zrozumieć dokąd i dlaczego teraz lecimy lub jedziemy.  Prawdopodobnie niewiele też będzie pamiętać z naszych wypraw. Nie będzie pamiętać również tego, że zabieraliśmy ją na bawialnie, świętowaliśmy jej urodziny, czytaliśmy jej bajki i odwiedzaliśmy wspólnie Dziadków, ale mimo tego, to robimy. Zatem dlaczego nie mamy  zabrać jej  na wspólny wyjazd?                                                                                                                                                            Mój Mąż jako 6-latek towarzyszył swoim Rodzicom podczas 3-miesięcznego rejsu do Ameryki Południowej.  W tym czasie odwiedził połowę państw tego kontynentu. Ile z tego pamięta? Niewiele, tylko urywki. Szczególnie jaką zabawkę rodzice mu kupili w danym miejscu. Jednak gdy ogląda zdjęcia z tej podróży jest bardzo dumny, że miał szansę zwiedzić te odległe i egzotyczne miejsca jako dziecko.  Dodatkowo zaszczepiło to w nim chęć do odkrywania świata.

Sam fakt, że dziecko nie będzie pamiętało wspólnej wycieczki, nie oznacza, że taki wyjazd nie ma pozytywnego wpływu na jego rozwój. W trakcie naszej podróży po Kanadzie nasza córka codziennie obracała sie w nowym gronie osób, które ją zaczepiało, uśmiechało się do niej lub chciało się z nią bawić. To uczy otwartości i przyzwyczaja dziecko do osób, które wyglądają i mówią inaczej niż rodzice. Stwierdziliśmy, że jest to bardzo dobre przygotowanie na żłobek, do którego nasz bobas miał pójść po powrocie.                                                                                                                                                     Niestety w przypadku naszej córki to zainteresowanie jej osobą doprowadziło do tego, że już nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie, ponieważ inaczej była oburzona i dawała temu wyraz wołaniem w kierunku osoby, która ją minęła…najwyraźniej wszystko może zaszkodzić w nadmiarze.

Nasze dziecko przez wakacyjną wyprawę nauczyło się również robić „pa pa” na pożegnanie lub odmachiwać do innych osób.W Kanadzie tyle ludzi do niej machało, że w sumie nie miała innego wyjścia niż nabyć tę umiejętność.  Nigdy  nie zapomnę zdziwionej miny naszej pediatry, która na koniec wizyty lekarskiej po naszym powrocie pomachała na pożegnanie małej pacjentce, a ona jej odmachała. Przyznam, że byłam z niej w tym momencie bardzo dumna. Kanado, jestem Ci wdzięczna!

WP_20160724_13_53_49_Pro_LI12.jpg

Zaskoczeni byliśmy również z jaką łatwością nasza  córka jest w stanie przystosować się do nowych lub ciągle zmieniających się warunków. Najwyraźniej wycieczki uczą małego podróżnika umiejętności zasypiania w każdych warunkach, nie tyko w domu. Już podczas wcześniejszych wyjazdów przekonaliśmy się o tym, że nasze dziecię jest niewzruszone zmianą miejsca i łóżka, w którym ma spać. Nawet gdy miała miesiąc, 5, 6 czy 8 miesięcy. Jednak nie wiedzieliśmy, jak zareaguje na zmianę miejsca pobytu co dwa dni.  Dla dorosłego człowieka może to być męczące, a co dopiero dla małej istoty. Z tego względu chcieliśmy dopasować tempo naszej podróży do niej i jej aktualnego samopoczucia. Przed wylotem zaplanowaliśmy mniej więcej tylko pierwsze dwa tygodnie z mniejszymi dystansami do przejechania i większą ilością przerw w drodze. O przebiegu reszty wyprawy mieliśmy decydować na bieżąco. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się o to obawialiśmy. Nasze dziecko było bardzo elastyczne i pozwoliło nam ostatecznie odwiedzić więcej miejsc niż zakładaliśmy, a na koniec znaleźć jeszcze czas na relaksujące spotkania z przyjaciółmi.

Niesamowite było dla nas również to, że traktowała nasze co chwilę zmieniające się pokoje jako tymczasowy dom. Gdy wracaliśmy po całym dniu zwiedzania do naszego lokum (zarezerwowanego na portalu airbnb.com),  nasze dziecko w ogóle nie było skrępowane. Raczkowało wesoło z kąta w kąt, jakby myślało: „Acha, jesteśmy w domu”.

WP_20160404_16_33_30_Pro_LI 1.jpg

W trakcie tego wyjazdu również  my nauczyliśmy się czegoś nowego. Nastąpiło to podczas bliskiego spotkania naszej córki z grupą turystów z Chin. Wszyscy rozpływali się nad jej wyglądem oraz próbowali jej za wszelką cenę dotknąć. Zastanawialiśmy się z Mężem co powinniśmy zrobić w takiej sytuacji. Staliśmy akurat w kolejce na prom i nie chcieliśmy ryzykować, że nasze dziecko rozpłacze się w tym momencie przez zbyt intensywny kontakt z obcymi ludźmi. Tutaj trzeba przyznać, że ona cicho nie płacze i pewnie zmuszeni bylibyśmy uciec gdzieś w ustronne miejsce. Inaczej musielibyśmy później wypłacać wszystkim w kolejce odszkodowania za utratę słuchu i uszczerbki na zdrowiu.  Z jednej strony nie chcieliśmy zwracać im uwagi. Z drugiej strony wizja płaczącego dziecka i  ucieczki z kolejki też nam się nie uśmiechała . Okazało się, że nasza pociecha była uradowana całą uwagą, która była kierowana w jej stronę i zupełnie do niczego nie byliśmy jej potrzebni. Postanowiliśmy zatem dać jej możliwość zawiązania nowych znajomości bacznie nad nią czuwając. Po jakimś czasie zrobiła się jednak zmęczona i chyba też trochę znudzona. Widząc to chciałam wkroczyć do akcji i rozgonić towarzystwo. Nie musiałam. Nasze dziecko udowodniło nam, że nie potrzebuje ciągłej asysty  i radzi sobie samo w sytuacjach, kiedy jej się coś nie podoba lub ma dość. Potrafi to dość głośno i wyraźnie machając ręką zasygnalizować. Miła grupka zrozumiała przekaz, pomachała na pożegnanie i się oddaliła. Wtedy pomyślałam sobie, że nasza córka w  żłobku może jednak nie zginie. Dla nas była to lekcja o tym, że rolą rodzica jest bycie zawsze w pogotowiu, ale w taki sposób, aby dziecko nauczyło się  samo sygnalizować, że coś mu się nie podoba niekoniecznie wyciągając od razu ciężkiego działa w postaci płaczu.

Ostatni przykład, który przytoczę dotyczyć będzie języka obcego. Nasza córka słyszała przez 6 tygodni głównie angielski. Na początku wyjazdu, kiedy byliśmy pytani przez Kanadyjczyków, czy nasz mały towarzysz podróży rozumie po angielsku, musiałam powstrzymywać się od śmiechu. Nie mieliśmy pewności, czy nasz 9-miesięczny bobas rozumie wszystko po polsku lub choć trochę po niemiecku,  bo w końcu w Niemczech się wychowuje. To co tu dopiero mówić o języku obcym!  Przyznam jednak, że po 6 tygodniach to pytanie nie wydawało mi się już tak absurdalne. W końcu nasza wielotygodniowa podróż po Kanadzie była dla niej pasywną lekcją nauki angielskiego, której nie doświadczyłaby w tak młodym wieku zostając w domu. Pomyślałam, że jeżeli  słyszała język angielski codziennie przez 24h na dobę, to może jednak czegoś się nauczyła.   Pod koniec wyjazdu zastanawialiśmy się, ile z tego zostanie w jej umyśle i czy dzięki tej podróży kiedyś łatwiej  jej się będzie uczyć angielskiego.

Podróże to przygoda. Nie tylko pozwalają na zwiedzenie  nowych miejsc i zawiązywanie znajomości, ale i uczą m.in.: życia, otwartości, języka  i akceptacji.

WP_20160227_11_20_39_Rich_LI12.jpg

Jak daleko można pojechać z małym dzieckiem lub bobasem? Nie ma na to odpowiedzi. Granicą jest tylko nasza wyobraźnia i odwaga. Dziecku nie robi to różnicy czy będzie leżeć na kocu nad jeziorem 100 km czy w jakimś egzotycznym miejscu 2 tysiące kilometrów od domu.  Póki będziemy z nim i będziemy poświęcali mu uwagę będzie szczęśliwe niezależnie od miejsca.                                                                                                                                              Oczywiście nie myślcie, że zawsze jest pięknie i różowo.  Na każdym wyjeździe dziecko płacze i ma swoje humory, ale ma je również i w domu. Osobiście wolę walczyć z jego kaprysami w jakimś fajnym miejscu niż w czterech ścianach.  Przyznaję też, że podróżując z dzieckiem nie można korzystać ze wszystkich atrakcji danego miejsca. Wieczorne wypady na festiwale, koncerty lub odkrycie nocnego życia czy długie wycieczki po muzeach lub galeriach nie wchodzą w grę. Dla niektórych może to być ograniczeniem, dla innych rezygnacją ze zbędnej rozrywki, a dla innych dodatkowymi godzinami snu potrzebnymi na regeneracje, aby następnego dnia odkrywać miejsca, do których bez dzieci  nie trafiliby. Dużo zależy od naszego nastawienia.  Poza tym jeżeli traktujemy wycieczkę, jako ucieczkę od pieluch i butelek czy miliona pytań „a dlaczego?”, to wspólny wyjazd niekoniecznie wywoła  radość na naszych twarzach.

Dla nas wspólne wycieczki to czas, podczas którego możemy poświęcić sobie 100% uwagi, która na co dzień zostaje rozproszona przez wiele czynników typu praca czy domowe obowiązki.  W trakcie wyjazdu mamy  tylko siebie, ze wszystkimi tego zaletami i wadami.

Wiadomo, że  wyprawa z małym podróżnikiem wiąże się z różnymi obawami. Najpierw martwimy się, czy sprostamy logistycznemu wyzwaniu i spakujemy wszystkie tobołki malucha do bagażnika lub walizki. Potem dochodzi kwestia ilości godzin spędzonych w środkach transportu, ilości dziennie pokonywanych km, częstotliwości zmieniania miejsca, jedzenia, bezpieczeństwa itd …uwierzcie mi lista pytań i obaw zawsze będzie długa bez względu na wiek potomstwa. Wydaję mi się, że strach rodziców wyznacza czasem granicę wiary w możliwości i umiejętności własnego dziecka. Rodzinne wakacje to świetna okazja, aby te granice przełamać i wypróbować się w nowej sytuacji.                                                                                                                                                     Trzeba jednak być świadomym tego, że nigdy nie będzie idealnego momentu na wspólny urlop, a odpowiedzi na nurtujące nas, jako rodziców pytania nie poznamy dopóki się w taką podróż nie wybierzemy.

Czy na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” teraz już krzyczysz głośno „TAK” razem z nami?