Szlakiem Cabot´a – część IV

Ostatni dzień naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapowiadał się dobrze już od samego rana. Wyjątkowo nie obudził nas dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet okna, a niebo było niebieskie.  Po sytym śniadaniu i miłych rozmowach z innymi gośćmi w naszym Bed & Breakfast w Margaree Harbour ruszyliśmy na ostatnią przejażdżkę po Cabot Trail. Ta trasa skąpana w promieniach słońca prezentowała się jeszcze piękniej, więc przez większość drogi zbieraliśmy szczęki z ziemi.

Głównym celem tego dnia była wędrówka po Skyline Trail w Parku Narodowym Cape Breton Highlands. Ten pieszy szlak słynie z oszalamiających widoków i dużej ilości gatunków zwierząt, które można spotkać po drodze. Nie marzyłam o bliskim spotkaniu z niedźwiedziem, ale liczyłam, ze chociaż zza drzew wypatrzę łosia. Los sprawił, że spotkałam tego zwierzaka w tym dniu dwa razy. 

Gdy dojechaliśmy na parking chwilę po nas podjechało kolejne auto. Wyskoczyła z niego pani, która oznajmiła wszem i wobec, że łosie właśnie przeszły przez szosę. Pewnie zmierzały do tej części parku, więc szansa, że zaraz znajdą się blisko nas była bardzo duża.  Chwilę później naszym oczom ukazały się urocze stworzenia. 

DSCN3412.JPG

Pani łoś wraz ze swoimi dziećmi próbowała przejść przez parking. Jedyną przeszkodą byliśmy my, ludzie. Bylo nas więcej, więc zwierzęta widziały w nas zagrożenie.  Niektóre osoby zamiast stanąć z boku i się na chwilę uciszyć, to biegały za nimi z aparatami wzdłuż ścieżki pokrzykując przy tym wesoło. Zwierzęta nie mogły wejść na drogę. Stwierdziłam, że nie mogę na to patrzeć. Powiedziałam więc zgromadzonym, że łosie próbują przejść na drugą stronę, a nasza obecność i krzyki je stresuje. Podziałało. Spragniona wrażeń gromadka uspokoiła się, zwierzaki udały się w wybrane miejsce, a ja zobaczyłam je z bliska w najmniej spodziewanym momencie. Czekałam na to parę tygodni. Byłam więc usatysfakcjonowana. Na szlaku mogłam zatem spokojnie skupić sie na pięknym krajobrazie oraz  na tym , aby NIE spotkać niedźwiedzia. Po tym, jak w moje ręce wpadła ulotka parku, która dotyczyła sposobów postępowania na wypadek bliskiego spotkania z drapieżnikami, to ostatnie na co miałam ochotę to walka z „Mihem”, jakby to powiedziała  nasza córka. Złota rada kanadyjskich ekspertów na przeżycie spotkania z tym zwierzakiem brzmi:

Jeżeli wypatrzyłeś niedźwiedzia, a on Ciebie i nie było mu to obojętne, to sposób w jaki musisz się w takiej sytuacji zachować zależy od jego postawy. Jeżeli niedźwiedź nie chce Cię wyeliminować tylko jako ewentualnego niebezpieczeństwa, tylko jest to atak drapieżny, powinneś walczyć wszystkim, co przy sobie masz. Błędem jest kładzenie się na ziemi i udawanie trupa.

Jak u licha zwykły Kowalski ma w przeciągu paru sekund ocenić, czy zwierzę się tylko broni czy zobaczyło w nas smaczny kąsek? Poza tym wiedziałam, że z przedmiotami, które schowaliśmy do plecaka nasze szanse na zwycięstwo wynoszą O %, więc wynik tej bitwy był z góry przesądzony.  

Idąc szlakiem rozmawialiśmy głośno zgodnie z zaleceniami z ulotki, aby nie zaskoczyć kryjącej się w krzakach zwierzyny. Problem był w tym, że niezawsze chciało nam się prowadzić konwersacje. Widoki byly takie cudowne, że woleliśmy skupić  się na otaczającej nas przyrodzie. Przez jakiś odcinek drogi szliśmy więc w ciszy. No i stało się. Po lewej stronie ścieżki zza drzew usłyszeliśmy szelest. Następnie wypatrzeliśmy pana łosia z wielkim porożem, który był tak samo zaskoczony naszą obecnością, jak my jego. Zaczęliśmy powoli się wycofywać nie spuszczając go przy tym z oka. Pan łoś postanowił przyjrzeć się nam z bliska i powoli kierował się w naszym kierunku.

Co zrobić, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji? Kanadyjski ekspert radzi:

Gdy zobaczysz łosia nie uciekaj w panice. Szansa, że uda się wtedy za Tobą w pogoń  jest bardzo duża. Zacznij powoli się cofać nie spuszczając go z oczu. Jeżeli ruszy w Twoim kierunku w przyspieszonym tempie zadbaj o to, aby między Wami znalazły sie drzewa. To spowoduje, że nie będzie on mógł wymachiwać porożem ani swobodnie się poruszać.  Ty w ten sposób zredukujesz ryzyko, że zostaniesz przez niego stratowany.

Byliśmy zatem gotowi w każdej chwili wskoczyć w głęboki las i ukryć się między drzewami. Dziecko mieliśmy w nosidle, zatem mogliśmy się całkiem sprawnie poruszać. Powoli oddaliliśmy się cały czas bacznie obserwując każdy jego ruch.

Łoś wszedł majestatycznie na ścieżkę i ukazał nam się w całej swojej okazałości. 

DSCN3422

Spojrzał się na nas, stwierdził: „Phi, żadne z Was zagrożenie“ i poszedł dalej. Uffff, odetchnęliśmy  z ulgą, a zastrzyk adrenaliny sprawił, że nawet nie wiem kiedy oddaliliśmy się od miejsca naprawdę bliskiego spotkania. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście  tego dnia.

DSCN3425.JPG

Dalej czekały już na nas tylko cudowne widoki, błękit oceanu i świergot ptaków. Na końcu trasy spoczęliśmy w specjalnie przygotowanych do tego miejscach (tak, Kanada to kraj ławek w lesie 😆) i razem z innymi turystami podziwialiśmy otaczającą nas naturę, a przy okazji chwaliliśmy się im jak dzieci, tym co nas spotkało.

DSCN3461.JPG

Gdybyśmy jeszcze ze znajdującej się tam platformy widokowej na wzgórzu wypatrzyli wieloryby, to ten dzień byłby więcej niż perfekcyjny. Wiadomo jednak, w życiu nie można mieć wszystkiego :P.

Z tego względu, że Skyline Trail spełnił wszystkie nasze oczekiwania, a ja mogłam zrealizować swoje marzenie,  nie mieliśmy juz potrzeby szukania dalszych wrażeń ani w parku ani na Cabot Trail.

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej.

DSCN3473.JPG

Po drodze pooglądaliśmy jeszcze trochę  krajobrazów z przydrożnych punktów widokowych. Następnie udaliśmy się  do naszej ostatniej atrakcji na Cape Breton. Zwiedziliśmy destylarnie whisky Glen Breton, gdzie również można skosztować tego trunku. Znajduje się ona w miejscowości  Glenville. Glen Breton  Rare to pierwsza single malt whisky wyprodukowana w Ameryce Północnej. Trochę na nią w tej części świata poczekali, bo udało się to dopiero w 2000 roku. Więcej informacji dostępnych jest na: http://www.glenoradistillery.com/glenora-whiskey/   

Zadowoleni z realizacji naszego planu w 200% w tej części Kanady i pełni wrażeń udaliśmy się w drogę powrotną w kierunku Toronto.

Wspólnie z Panem Mężem odwiedziliśmy już wiele zakątków świata. Ten zapiera dech w piersiach i dostarcza wielu wrażeń. W rankingu naszych ulubionych regionów Cape Breton zajął bardzo wysoką pozycję. To miejsce, które zdecydowanie przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. W końcu nie bez powodu okrzyknięto  Cape Breton jedną z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Jak przygotować sie do podróży po Japonii?

Pytacie, ile czasu potrzebowaliśmy na przygotowanie naszej podróży po Japonii. Co załatwialiśmy wcześniej, a co dopiero na miejscu.

Planowanie naszej wycieczki podzielić można na 5 etapów:

  1. Zakup biletu lotniczego

Zdecydowanie najdłużej zajmuje znalezienie odpowiedniej promocji biletów lotniczych. Proces można oczywiście skrócić ignorując ceny i wybierając pierwsze lepsze połączenie do interesującej nas destynacji. Ten sposób pozbawia jednak radości, jaką daje samo szukanie.  Poza tym jeszcze nie wygraliśmy w lotto, dlatego staramy się być łaskawi  dla naszych portfeli. Doświadczenie nauczyło nas tego, że kupując bilety z dużym wyprzedzeniem mamy szansę na atrakcyjną cenę. Z reguły na 5-6 miesięcy przed planowaną wyprawą stajemy się szczęśliwymi posiadaczami potwierdzenia rezerwacji na wybrane połączenie lotnicze.  Wtedy wiemy już, że nie ma odwrotu i na pewno lecimy. Życie nauczyło nas, że im dłużej człowiek zwleka z zakupem, tym zwiększa się ryzyko, że z wyjazdu nic nie wyjdzie. Szczególnie jeżeli chcemy wyjechać w konkretnym miesiącu. Im dłużej czekamy, tym więcej dodatkowych terminów pojawia się w kalendarzu, które potem kolidują z wycieczką. Poza tym bez konkretnych dat wylotu ciężko planować kolejne kroki. Dla nas także sam okres oczekiwania na wyjazd jest ekscytujący. Dostarcza dodatkowej radości. Obowiązki w pracy też jakoś szybciej udaję się wypełnić, gdy przed oczami pojawia się perspektywa urlopu.

Bilet do Japonii zakupiliśmy na ponad 6 miesięcy przed datą odlotu. Dlaczego aż tak wcześnie? Musieliśmy się upewnić, że nasz przyjaciel, który deklarował gotowość wyjazdu, na pewno będzie mógł polecieć.

  1. Ustalenie trasy

Następnie – jednak dużo później niż zakup biletu – przychodzi czas na ustalenie trasy lub listę miast, które chcielibyśmy odwiedzić. Podróż z dzieckiem nie pozwala na taką spontaniczność, jak jeszcze parę lat temu. Wynika to z tego, że nie nocujemy już w hostelach, gdzie zawsze można trafić chociaż jedno wolne łóżko do spania (przynajmniej takie jest nasze doświadczenie). Wiemy, że rodzice z dziećmi nie mają tam czego szukać. Przecież żaden młody podróżnik, który oszczędza na wszystkim podczas swojego wyjazdu nie marzy o tym, aby słuchać za ścianą płaczu małej istoty… Jeżeli zależy nam na noclegu w rozsądnej cenie, to warto zająć się tym tematem wcześniej, a przede wszystkim najpierw wiedzieć, w jakim mieście będziemy nocować.

Zazwyczaj trasę planujemy na pierwsze dwa tygodnie. Resztę już w trakcie wyjazdu w zależności od samopoczucia naszej córki. Oczywiście wcześniej przygotowujemy parę pomysłów na pozostałe dni.

Japonia Sara

Do Japonii polecieliśmy na 2,5 tygodnia. Kraj kwitnącej wiśni ma wiele do zaoferowania, dlatego musieliśmy się dobrze zastanowić nad tym, co chcielibyśmy zobaczyć i gdzie chcielibyśmy spędzić najwięcej czasu. Wiązało się to z czytaniem przewodnika, a także różnych blogów i artykułów. Ostatnie dni planowaliśmy już na miejscu dopasowując intensywność wycieczki do naszego nastroju.

  1. Rezerwacja noclegów

Kolejnym krokiem jest rezerwacja noclegów. Tym tematem zajęliśmy sie na jakieś 3 miesiące przed wylotem. Mieliśmy jasno postawiony cel: gdy tylko będzie to możliwe NIE nocujemy w hotelach. W tę podróż wybrali się z nami nasi przyjaciele z 15-miesięczną córeczką. W grę wchodziły zatem tylko prywatne mieszkania, które dałyby młodym przestrzeń do zabawy, a nam miejsce do miłego spędzania wieczorów. Taka forma noclegu pozwala także na zakosztowanie życia prawdziwego Japończyka. Korzystasz z typowej japońskiej łazienki, śpisz na futonie w pokoju wyłożonym tatami. (O japońskim mieszkaniu przeczytacie w innym wpisie). Chodzisz do sklepu, aby kupić sushi, pierożki i piwo. Podziwiasz ciuchy sąsiadów rozwieszone na balkonie. Pozdrawiasz mieszkańców bloku słowami „Ohayou” lub „Konnichiwa. O i segregujesz śmieci! Jeżeli ogarnąłeś ten temat, to znaczy, że jesteś jak lokalni. Do dzisiaj zastanawiamy się, czy pojęliśmy ten nie do końca dla nas logiczny system.

japonia chata.jpg

Im wcześniej szuka się noclegów, tym lepsze i atrakcyjniejsze cenowo mieszkania można znaleźć. Prywatnych kwater szukaliśmy jak zwykle na portalu Airbnb.pl .

Podczas całego wyjazdu w pokoju hotelowym nocowaliśmy tylko raz i to nam wystarczyło. Malutki pokój, zwykła łazienka… co w tym egzotycznego?

Uważajcie tylko szukając hoteli… W Japonii (zresztą nie tylko tam) popularne są tzw. „love hotels”. Pojawiają się one często w internetowych wyszukiwarkach noclegów kusząc swoimi cenami i dość specyficznym wystrojem. Jak się możecie domyślać, idzie się tam zazwyczaj tylko w jednym celu. Oczywiście można tam też przenocować ;D.. Jednak z dziećmi nie liczcie na wejście… 🙂

  1. Zakup biletu na pociąg

Ostatnim etapem, który wiązał się z wydaniem większej sumy pieniędzy był zakup biletu na przejazdy (głównie) pociągami (Japanese Railway Pass). Zamówiliśmy go na miesiąc przed wyjazdem.

JPR.jpg

Kosztuje sporo, ale jeżeli mamy zamiar dużo jeździć, to inwestycja ta szybko się zwraca.  JR Pass można kupić poza terytorium Japonii  i do marca 2018  także w wybranych japońskich miastach. Pamiętajmy, aby bilety zamówić najwcześniej na 3 miesiące przed wylotem.

  1. Dogrywanie szczegółów

Na parę dni przed wyjazdem sprawdzaliśmy możliwości niedrogiego dojazdu z lotniska do centrum Tokio. Zamówiliśmy również tańszy bilet na przeprawę przez japońskie Alpy i ściągaliśmy przydatne aplikacje, np.: HyperDia.

Dowiedzieliśmy się również, że nie ma mapy Japonii w trybie offline na nasze telefony. Jak dobrze, że jechaliśmy z kimś, kto posiadał komórkę innej firmy. Zorientowaliśmy się też, że nasz bilet na pociąg kończy się dzień wcześniej niż zakładaliśmy…

Pod koniec przygotowań zawsze zdarzają się jakieś małe wpadki, to zapowiada początek dobrej przygody, prawda? 🙂

 

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

10 rzeczy, które warto zrobić w Panamie!

Jeżeli marzy Ci się wycieczka do Ameryki Centralnej, proponujemy zacząć obcowanie z tą częścią świata od Panamy.

Mniej turystyczna i przyjaźniejsza niż sąsiadująca z nią Kostaryka, a z drugiej strony bezpieczniejsza (chyba, że wybieracie się do Darien) od jeszcze trochę dzikiej, lecz pięknej Nikaragui (to nasze drugie ulubione państwo tego regionu).

Wiele osób kojarzy ten kraj głównie z Kanałem Panamskim. Pytanie o inne atrakcje zazwyczaj wprawia rozmówce w zakłopotanie. Czy Panama oferuje coś więcej? Czy jest w stanie zapewnić wytrawnemu podróżnikowi wystarczającą ilość atrakcji?  Tak, i to w dodatku cały wachlarz! Co warto zobaczyć, gdzie pójść i co zjeść wyczytacie w przewodnikach i na różnych portalach internetowych. My przedstawiamy Wam 10 highlight´ów, które sprawią, że Wasza wycieczka po tym pięknym państwie będzie niezapomniana.

1.  Park Narodowy Coiba

Do Parku Narodowego Coiba  należy 38 wysp, w tym także sama Coiba – największa bezludna wyspa na świecie. Tak naprawdę nie jest całkowicie bezludna. Mieści się na niej baza strażników parku, którzy pracują dla rządowej organizacji na rzecz ochrony środowiska AMAN. Do ich zadań należy m.in.: wydawanie pozwoleń na wejście na teren parku. Gorąco polecamy nocleg na wyspie, który jest możliwy właśnie na terenie tej bazy.

W celu  skorzystania ze wszystkich atrakcji Parku Narodowego Coiba jest się skazanym na usługi lokalnego przewodnika. Nie uważam jednak, żeby było to coś złego. W przeciwnym wypadku to wyjątkowe miejsce zostałoby zadeptane przez turystów. Na rynku dostępnych jest sporo ofert. To w naszych rękach leży dobór odpowiedniego biura.

Jeżeli szukacie wyjątkowego przeżycia i chcecie spędzić nocleg na bezludnej wyspie w otoczeniu małpek, aguti oraz  aligatorów, to jest to właśnie to miejsce!  Znajdziecie tutaj dużo unikatowej fauny i flory – m.in. 760 gatunków ryb, płaszczki, żółwie, wieloryby i delfiny. Istny raj dla fanów snorkeling´u i nurkowania. Nam udało się zobaczyć większość żyjątek parku!

IMG_8723.JPG

Osoby preferujące „suche” atrakcje wybrać się mogą na hiking przez las tropikalny lub na wycieczkę łodzią przez las namorzynowy.

P1180716.JPG

Wiele lokalnych biur podróży oferuje tylko jednodniową wycieczkę dla osób zainteresowanych nurkowaniem lub parodniowy wyjazd na wyspę Coiba, ale z noclegiem na łodzi. My polecamy małżeństwo z Holandii, które oferuje fantastyczne kilkudniowe wycieczki dla małych grup. Współpracują z profesjonalnymi przewodnikami. Wierzcie mi, są warci każdych pieniędzy. Kontakt do nich znajdziecie na: http://tanagertourism.com/ .

2. Get lost in the villages of Veraguas and rescue the turtles!

Jeżeli znajdziecie się w prowincji Veraguas, dajcie pochłonąć  się atmosferze półwyspu Azuero. Małe wioski, które otoczone są rozległymi zielonymi terenami i  zamieszkałe przed dumnych, kochających swój kraj Panamczyków to idealne miejsce, aby zejść z ubitego turystycznego szlaku. Autostopem lub lokalnym minibusem z Santiago można dojechać do małych miejscowości półwyspu, m.in.: do Maleny.

P1180612.JPG

Znajduję się tam ochronka dla żółwi wodnych. Prowadzona jest przez miłe małżeństwo, którym nie jest obojętny los zwierząt. Marzyliście o tym, aby zobaczyć wylęg żółwi? Koniecznie odwiedźcie to miejsce. Obserwowanie, jak o własnych siłach próbują  dostać się do oceanu jest niezapomnianym przeżyciem. Można  tutaj także wziąć udział w  poszukiwaniu jaj, które ma na celu zabezpieczenie ich przed psami  i handlarzami. Najlepszym momentem na odwiedziny Maleny jest październik. PS. Zabierzcie ze sobą czołówki lub latarki.   

3.  Wjazd jeep´em na wulkan Baru

Jak można w oryginalny sposób dostać się na najwyższy szczyt Panamy? Jeepem! Wjazd na wulkan Baru w specjalnie przystosowanym do tego pojeździe oraz z profesjonalnym kierowcą, któremu niestraszne są leżące na drodze ogromne kamienie i kręte ścieżki, jest wspaniałą przygodą. Co prawda rzuca na boki i trzęsie ile wlezie, ale jaka to frajda! Adrenalina i uśmiech od ucha do ucha gwarantowany. Absolutnie nie polecamy osobom z chorobą lokomocyjną i  małym dzieciom.

DSCF4873.JPG

Nie zapominajmy  o cudownych widokach na wysokości  3477 m.n.p.m., ale to chyba oczywiste.

Zainteresowanym polecamy skorzystanie z usług firmy Boquete Safari: www.boquetesafari.com. Świetny serwis. Pracownicy mówią po angielsku oraz organizują wszystko zgodnie z umową, a nawet lepiej.

4.      Trekking na wulkan Baru

Alternatywną dla bardziej aktywnych jest możliwość zdobycia tego szczytu podczas samodzielnego trekking na wulkan. To bardziej męczący sposób, ale bogaty w piękne krajobrazy i bliski kontakt z naturą. Usatysfakcjonuje osoby, które lubią wyzwania. Dokładne i aktualne informacje na ten temat otrzymacie w Boquete, więc nie będę sie rozwodzić w temacie. Powiem tylko, że warto, ale ubierzcie się ciepło i zaplanujcie odpowiednią ilość czasu. Istnieje również możliwość wynajęcia przewodnika, m.in. przez Boquete Safari.

5. Rafting

Stęskniliście się za wodnymi atrakcjami będąc w B0quete? Co powiecie na rafting? Widoki, adrenalina i dobra zabawa! Dodatkowym bonusem jest pyszny lunch w lesie. Czego chcieć więcej. Ponownie polecamy Boquete Safari.

6.  W poszukiwaniu wielorybów…

Przyznaję, że wyprawa na wielorybie safari nie należy do najtańszych i w porównaniu do innych miejsc na świecie w Panamie jest zdecydowanie droższa. Wynika to z tego, że lokalni eksperci od turystki jeszcze nie zwęszyli w tym interesu, więc brakuje im konkurencji i zainteresowanych (dane z końcówki 2014 r). Zaletą tego stanu rzeczy jest możliwość odbycia wielorybiego safari w małej grupie i gwarancja, że będziemy jedynymi osobami w okolicy, które wypatrują tych tajemniczych zwierząt. Ann (www.whalewatchingpanama.com) – przewodniczka, która zorganizowała wycieczkę dla naszej czwórki – pochodzi ze Stanów. Bardzo wygodną motorówką zabrała nas na parogodzinną wyprawę na poszukiwanie wielorybów i delfinów oraz zwiedzanie wyspy Contadora. Misja zakończyła się sukcesem. Mieliśmy wiele zabawy wypatrując tych ogromnych ssaków, a jeszcze więcej, gdy pędziliśmy w ich kierunku, aby choć przez chwilę móc podziwiać je z bliska.         

7.  San Blas

Myśleliście, że w Panamie nie ma Indian? Nic bardziej mylnego! Jedno z plemion mieszka na cudownych wyspach San Blas i pozwala turystom zajrzeć do swojego odmiennego świata. Każda rodzina ma swoją własną wyspę. W zależności od tego, z którym z Indian z plemienia Kuna dobijesz targu, taka będzie Twoja wycieczka. Niezależnie od tego czy masz zamiar zostać na San Blas na noc czy nie, na pewno wyprawa w ten rejon Panamy będzie niezapomniana. Piękna natura, plaże pokryte muszlami, rozgwiazdy przy brzegu… Istny raj na ziemi. Na obiad zjesz to  co właśnie złapał Twój gospodarz. Niestety stan wody cały czas się podnosi, więc nie wiadomo czy w przyszłości te 365 wysp będzie jeszcze w ogóle istnieć.

P1180492.JPG

Jeżeli nie znasz języka lub nie masz czasu organizować wszystkiego sam, polecamy skorzystanie z pomocy biura Panama Travel. To firma, która współpracuje z jedną z rodzin z plemienia Kuna i pośredniczy między nią a zainteresowanymi wyprawą turystami.

8. Wycieczka na bezludną wyspę

Jak już jesteśmy w temacie dzikich wysp, to co powiecie na wycieczkę na taką, na której nikt nie mieszka? Z dala od imprezowego Bocas del Toro kryje się wyspa o nazwie Zapatillas. To istny raj na Ziemi. Myślę, że każdy dokładnie tak wyobraża sobie  Niebo.

DSCF5003.JPG

Popytajcie w Bocas del Toro w lokalnych biurach o możliwość dotarcia w to miejsce. Na wyspie Bastimentos udajcie się do właściciela TioTom´s Guesthouse (polecamy nocleg u Chrisa), który załatwi   Wam transport do wybranego przez Was zakątka tej części Panamy. Weźcie ze sobą zapas wody i jedzenia, ponieważ na wyspie nie ma nic oprócz natury.  Proszę, nie zostawcie śmieci w tym magicznym miejscu.

9.  Wycieczka na targ rybny

Z Panama City nie można wyjechać bez zjedzenia świeżych owoców morza w jednej z lokalnych knajpek przy targu rybnym. Głośna karaibska muzyka i zimne piwo są dopełnieniem tego pysznego i cenowo atrakcyjnego posiłku. Dla tego miejsca warto zrezygnować z odwiedzenia urokliwych (i drogich) restauracji w Casco Viejo.

10.  Tukany w Parku Narodowym Soberania

Osoby, które  zmęczył zgiełk miasta powinny się wybrać do Parku Narodowego Soberania na poszukiwanie Tukanów.  Bądźcie czujni i wypatrujcie ich na konarach drzew. Oczywiście spotkacie tam również inne zwierzęta. My trafiliśmy do parku jakimś nieoficjalnym wejściem i po tym, jak znaleźliśmy już ptaki o kolorowych dziobach musieliśmy przejść parę kilometrów, aby odnaleźć przystanek autobusowy.

Jeżeli zaciekawił Cię ten kraj lub  rozważasz wybranie się do tej części świata i  masz pytania m.in. co do trasy – pisz śmiało. Z chęcią pomożemy Ci ułożyć plan wycieczki lub podzielimy się informacjami dot. naszej trasy.

 

Jak wybrać miejsce na podróż poślubną?

Po 3 latach szczęśliwego życia w narzeczeństwie, a jeszcze dłuższego okresu randkowania w 2013 roku nadeszła dla nas wielka chwila. Nareszcie nastąpił ten długo wyczekiwany moment, gdy mogliśmy stanąć na terminalu lotniska w koszulkach z napisem „just married”, wiedząc że zaraz ruszymy w podróż poślubną. Oczywiście najpierw stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Po fantastycznej zabawie weselnej do białego rana dwa dni później siedzieliśmy już w samolocie na drugi koniec świata. Przez około miesiąc podróżowaliśmy po Peru, Ekwadorze i Wyspach Galapagos.

Dlaczego trafiliśmy akurat w ten zakątek Ziemi? 

Wybór destynacji na podróż poślubną był dla nas co najmniej tak trudny jak podjęcie decyzji o rodzaju i kolorze kwiatów do kościoła. Z tą różnicą, że to drugie było nam raczej obojętne. Wiadomo, organizacja wesela ma również swój urok. Jednak perspektywa wyjazdu i jego planowanie umilały nam trudny czas dywagacji na temat koloru ozdób czy smaku tortu i innych zupełnie niespektakularnych rzeczy.  Od naszej pierwszej wspólnej wycieczki z obrączką na palcu oczekiwaliśmy czegoś specjalnego i wyjątkowego. Pragnęliśmy czegoś co „urwałoby nam d*py” jak to mawia nasza przyjaciółka… i to bynajmniej nie z powodu zatrucia pokarmowego. Nie mogliśmy się na nic zdecydować, najchętniej pojechalibyśmy wszędzie.  W takich sytuacjach człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak  zdać się na przypadek lub skorzystać ze sprawdzonych pomysłów.

Sposoby wyboru destynacji na podróż poślubną:

1.   Wyjazd w typowe miejsce dla Zakochanych.

Do takich miejsc należą np.: Bali lub Malediwy. Plotka głosi, że miejscowi pytają każdego napotkanego turystę o to, czy to jego podróż poślubna. Słońce, romantyczne spacery po plaży, smaczne jedzenie i egzotyczna kultura. W sumie wybierając tą opcję nie można zrobić nic na opak.

Nowożeńcy na pewno nie pogardzą też noclegiem w ciekawym miejscu, jak np. w zamku. W końcu kto choć przez chwilę nie chciałby się poczuć jak król. To również ciekawy pomysł na prezent ślubny, drodzy potencjalni goście weselni. Więcej o tym tu: http://www.noclegowo.pl/przewodnik/16-zamkow-w-ktorych-mozesz-nocowac-poczuj-sie-jak-krol/ .

      2. Rzut lotkami w mapę Europy

Jeżeli chcielibyśmy zdać się na los przy wyborze pierwszego wyjazdu jako małżeństwo, proponuję rzut lotkami w mapę Europy. To idealna opcja dla par, które niekoniecznie chcą wyjechać na drugi koniec świata, a szukają pięknego miejsca na podróż poślubną. Pod warunkiem, że celujecie tak fatalnie jak ja. W przeciwnym razie róbcie to z zamkniętymi oczami. Europa kryje w sobie tyle przepięknych zakątków, że szansa, że trafimy w jakiś niezachęcający region jest znikoma. Parom, które poszalały przy organizacji wesela proponuję Bałkany. Idealnie nadają się na podróż poślubną, a przy okazji są niedrogie.  Zachodnia część naszego kontynentu oferuje co prawda wiele romantycznych miejsc, jak np. Wenecja, Rzym czy Paryż. W zależności od długości pobytu może się jednak okazać, że taka wycieczka niekoniecznie będzie niewiele tańsza od wyjazdu na drugą stronę globu.

       3. Szukanie miejscowości, których nazwy zaczynają się na pierwszą literę imienia żony.

Dla lokalnych patriotów i fanów powiedzenia „cudze chwalicie, swojego nie znacie” idealnym rozwiązaniem będzie podróż do miejscowości znajdującej się w promieniu maksymalnie 500 km  od miejsca zamieszkania. Nie wolno przy tym jednak przekraczać granic państwa. W celu zapewnienia  przypadkowego wyboru można np.: zrobić listę wszystkich miejscowości, których nazwy zaczynają na daną literę. Aby było romantyczniej niech będzie to pierwsza litera imienia (przyszłej) żony. Wyboru można dokonać przy użyciu wyliczanki lub rzucić kostkami. Brzmi fajnie, prawda? Efekt zaskoczenia, a przy okazji możliwość odkrycia własnego regionu gwarantowana.

        4. Kręcenie globusem.

Ostatni sposób wymaga posiadania globusa. Wystarczy zamknąć oczy, wprawić go w ruch i palcem wycelować w przypadkowe miejsce. To opcja dla osób o mocnych nerwach. Tak, tak… do dziś pamiętam ten dreszczyk emocji.

Przyznam szczerze, że ostatnia opcja w naszym przypadku sprawdziła się doskonale.

Nie jesteśmy fanami wycieczek zorganizowanych ani nie czerpiemy przyjemności z leżenia na plaży dłużej niż 3 godziny. Lubimy targać ze sobą plecaki, podczas gdy z nieba praży mocne słońce. Nic nas nie nastawia tak pozytywnie do życia jak powrót do domu okraszony marzeniem o ciepłym prysznicu. Nie mogło być inaczej i tym razem. Ustaliliśmy, że ze względów pogodowych i finansowych odrzucamy Antarktydę, Australię, państwa, które już do tego czasu odwiedziliśmy oraz rejony w stanie wojny. Postanowiliśmy zakręcić globusem 3 razy i z tych 3 miejsc wybrać to wymarzone. Maszyna losująca w postaci palca wskazującego wylosowała Australię, okolice Madagaskaru oraz Wyspy Galapagos. To ostatnie miejsce zaintrygowało nas najbardziej. Wiedząc, że będziemy w tym rejonie przez miesiąc postanowiliśmy rozszerzyć nasz cel podróży. Zdecydowaliśmy się na odwiedzenie kraju, do którego te wyspy należą, czyli Ekwadoru. Zasugerowano nam także, abyśmy uwzględnili w naszym planie Machu Picchu. Słuszna wskazówka! Będąc w tej części świata niemądrym byłoby ominięcie tego miejsca. Kto wie, może za paręnaście lat wcale nie będzie ono dostępne dla turystów.  W ten sposób powstał wstępny zarys naszej podróży.

„The best of” naszego wyjazdu, to zdecydowanie:

-Inca Trail  – To opcja dla małżeństw z dobrą kondycją. Wdrapanie się na 4200 m.n.p.m. to nie spacerek. Z drugiej strony jest to idealny test miłości dla nowożeńców, którzy nie mieszkali ze sobą przed ślubem i znają się tylko z randek. 3 dni bez prysznica i makijażu – dla niektórych to wyzwanie. O tym wkrótce więcej na blogu.

 

DSCF01561.JPG

Wyspy Galapagos – Z perspektywy czasu stwierdzamy, że Wyspy Galapagos są idealnym miejscem na podróż poślubną. Odnaleźć tu można plaże (głównie wulkaniczne), unikatową faunę i florę oraz szeroki wachlarz aktywności. Całości dopełniają tajemnicze historie o wielkich żółwiach porywających mieszkańców wysp.  Kochający zwierzęta mają tu okazję na  snorkeling z lwami morskimi lub rekinami. Nielubiącym wody polecamy spacer pomiędzy iguanami. Wieczorem proponujemy oglądanie zachodu słońca z tarasu bungalowu oraz romantyczną kolację przy świecach u mieszkańców wyspy. Żadne świeżo upieczone małżeństwo nie znajdzie powodów do narzekania.

DSCF03931.JPG

Okolice Baños w Ekwadorze  – Aktywne pary, które poszukują dawki adrenaliny nie zaznają tu nudy. Czekają tu na nie m.in. dżungla, wodospady, rowerowe przejażdżki, posiłki przygotowane przez Indian, zjazdy na linie nad przepaścią.

DSCF09781.JPG

Opcji i destynacji na pierwszy małżeński wyjazd jest wiele. Wszystko zależy od nas, naszych upodobań i czasu, który mamy. Wybór miejsca na podróż poślubną nie powinien jednak przysłonić nam głównego celu tej wycieczki.  Pamiętajmy, że na pierwszym planie powinien znajdować się wspólnie spędzony czas, okazje do rozmów, psychiczne przygotowanie do nowej roli. Niektórzy przywożą sobie nawet pamiątkę, z którą wychodzą 9 miesięcy później ze szpitala:-P.  

Podczas podróży poślubnej warto złożyć sobie jednak jeszcze jedną przysięgę: „To nie jest nasza ostatnia wycieczka. To  dopiero początek naszej wspólnej przygody”.

 

„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” Część I

Mój Mąż i ja w naszą pierwszą wspólną podróż w nieznane udaliśmy się do Chin. Często zostajemy skonfrontowani z pytaniem, dlaczego akurat tam. Zawsze odpowiadamy tak samo: „A dlaczego nie?”

W 2005 roku podczas mojego pobytu w Berlinie, gdzie uczęszczałam do szkoły językowej poznałam bardzo sympatycznego chłopaka, z którym od razu udało mi się nawiązać dobre relacje.  Bardzo miło się nam rozmawiało…mieszanką angielskiego, niemieckiego oraz trochę rękoma i nogami…daliśmy rade. Jie pochodzi z Chin. Wtedy nie wiedziałam, że stanie się on jednym z moich najlepszych przyjaciół z Berlina. Rozmawialiśmy sporo o jego kraju, z którego był bardzo dumny. Mówił o osiągnięciach, ale też tej negatywnej stronie Chin. Wspomniał np.: o tym, że powietrze w Pekinie jest bardzo zanieczyszczone. Przyznam szczerze, że wtedy nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy z tego, o jakim stopniu zanieczyszczenia mówimy. Przekonałam się o tym dopiero później. Natomiast rozbawił mnie, gdy porównał terminal lotniska Berlin-Tegel do chińskiego dworca autobusowego. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że w Chiny w 2005 roku mają większe dworce autobusowe niż stolica Niemiec lotnisko. Cóż teraz mamy 2016 i to się nadal nie zmieniło…

Te nasze rozmowy zasiały u mnie ziarenko ciekawości i sprawiły, że zapragnęłam odwiedzić ten kraj. Wiedziałam jednak, że nie nastąpi to szybko. Pomysł ten, jak i wiele innych trafił na półkę z napisem „MARZENIA”. Miałam nadzieję, że gdy już będę „dorosła”, bogata i będę miała dużo czasu to uda mi się go zrealizować.

Parę miesięcy później mój  – wtedy jeszcze – chłopak wpadł na pomysł wspólnego wyjazdu do Azji. Zaproponował, że w okresie wakacyjnym będziemy pracować, aby jesienią 2006 udać się w jakieś nieznane i odległe miejsce. Postanowił zrezygnować z męskich wycieczek rowerowych po Europie czy sportowych wyjazdów, na które wyjeżdżał co roku. Stwierdził, że nadszedł czas, abyśmy razem zaczęli „podbijać” świat. Chciałabym  zwrócić uwagę na to, że mój Mąż należy do osób, które uważają, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, a do wszystkiego można dojść ciężką pracą. Z tego względu wiedziałam, że rzucony przez z niego pomysł nie jest spontaniczną akcją nieodpowiedzialnego dwudziestolatka, ale przemyślaną propozycją chłopaka, który ma głowę na karku i który  zrobi wszystko, aby ten plan   zrealizować.                                                                                                                                                  Moja reakcja była do przewidzenia. Spojrzałam na niego jak na wariata i zapytałam, czy ma dla mnie jakieś realne propozycje. Miałam wiele „ale”, z powodu których ten wyjazd wydawał się niemożliwy.  Głównym był moja Mama – jak miałabym ją niby przekonać? Byłam przecież za młoda (18 lat) na wyjazd z chłopakiem na koniec świata.

Nasza dyskusja na tym się nie zakończyła i wracaliśmy do tego tematu dość często. Za każdym razem powtarzałam prawie jak mantrę zdanie „Chciałabym , ale nie mogę”. Pewnego razu usłyszałam w odpowiedzi następującą złotą myśl: „Nie ma sensu czekać aż marzenia się spełnią. Zacznij robić plan, jak je spełnić i przystąp do jego realizacji”. Jego postawa sprawiła, że zakochałam się w moim Mężu po raz drugi.

To zdanie przerwało wszelkie dyskusje. Po prostu przystąpiliśmy do realizacji tego pomysłu.  Jako cel naszej wyprawy wybraliśmy właśnie Chiny.  Pierwszym zadaniem było znalezienie funduszy na ten wyjazd. Właśnie, skąd wziąć pieniądze na taką podróż? I tu odpowiedź jest zawsze ta sama: „praca, praca i jeszcze raz praca” + jak to w życiu bywa pewne kompromisy. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrezygnować z nowych ciuchów, nowego komputera czy wyjść do restauracji oraz, że będzie to jedyny wyjazd w tym roku. Jednak w zamian za to mieliśmy przeżyć niezapomniane wakacje.

Następnie musieliśmy zakupić bilety i zarysować wstępny plan naszego wyjazdu. Do dziś się śmiejemy, że był to pierwszy i ostatni urlop zaplanowany przez mojego Męża. Plan był taki, że go nie było i w sumie pojechaliśmy na żywioł.

Na koniec zostawiliśmy sobie przekonanie mojej Mamy, że nie zginiemy w tym wielkim świecie. Nie zrozumcie mnie źle,  moja Mama lubi rozstać się ze swoim m3. Kocha zwiedzać nowe miejsca, nie ważne gdzie by one nie były. Z przyjemnością chłonie także wszystkie opowieści dotyczące naszych wyjazdów. Jednak jak każdy rodzic mocno kochający swoje dzieci ma pewne obawy. Szczególnie, gdy potomstwo jeszcze młode i nigdy nie wyjeżdżało bez rodziców na dłużej niż dwa tygodnie. Mama dowiedziała się o naszym wspaniałym planie, gdy już mieliśmy bilety w ręku. Mój Tata został poinformowany wcześniej i starał się mentalnie przygotować moją Mamę na tą wiadomość. Okazało się, że jednak nie doceniłam odwagi mojej Rodzicielki. Nie powiedziała co prawda „tak”, ale też nie spaliła mojego biletu, jak to sobie wyobrażałam. Mieliśmy jej błogosławieństwo.

Wtedy klamka zapadła. Wiedzieliśmy, że na pewno lecimy. Nic nie stało już nam na drodze do spełnienia naszego marzenia.

Gdyby nie upartość mojej drugiej połówki, to minęłoby jeszcze wiele lat za nim udałabym się w swoja pierwszą podróż w nieznane. Myślę, że mogę uważać się za szczęściarę, której los na drodze postawił chłopaka wierzącego w ludzki potencjał i nieznającego granic marzeń. Z własnego doświadczenia mogę  powiedzieć, że  nie ma co czekać na idealnego księcia z bajki na białym koniu, który nigdy nie nadjedzie. Dajmy się porwać komuś, kto nam pokaże, że nasze  „CHCIEĆ” znaczy „MÓC“.