Podróż to dla mnie…?

Każdy z nas ma jakieś hobby. Jedni uprawią sport, drudzy piszą wiersze, a jeszcze inni zbierają znaczki. Ja z zapałem zwiedzam świat. Czy traktuję nasze wyprawy tylko i wyłącznie jako hobby? Nie, dla mnie są czymś więcej.

Podróże to przygoda

Zwiedzanie z plecakiem nieznanego kraju, którego języka się nie rozumie. Niepewność tego co wydarzy się jutro i czy dotrzemy do wybranego celu. Testowanie dotychczas nieznanych dań, o których składzie nie ma się pojęcia. (W przypadku Pana Męża wybieranie potrawy to wielka loteria, podczas której w 95% trafi mu się coś niezjadliwego.) Bycie zdanym tylko na siebie bez telefonu do przyjaciela w postaci biura podróży, które jest odpowiedzialne za wycieczkę. Co to jest? Przygoda!

Podczas naszej pierwszej podróży nie towarzyszyły nam ani smartphony ani dostęp do internetu na każdym kroku, czyli udogodnienia, bez których dziś większość z nas nie potrafi funkcjonować. Mieliśmy za to plecak pełen do niczego niepotrzebnych konserw. Przez te 10 lat od naszej pierwszej wyprawy w 2006 roku wiele się zmieniło, a my wiele się nauczyliśmy  – w większości na własnych błędach. Nasze wyprawy pozostały jednak w pewnej części bez zmian. Nadal dają nam zastrzyk energii z domieszką adrenaliny  i są niezapomnianą przygodą, a moja druga połówka dalej dokonuje fatalnego w wyboru w zakresie kulinarnych doznań…;-).

Podróże to sprawdzian

Podczas naszej pierwszej wyprawy przekonaliśmy się o tym, że wspólny wyjazd to także wielka próba dla związku. Wynika to z tego, że podróże nie zawsze są łatwe i przyjemne oraz pełne zapierających dech w piersiach widoków. To czasem kilkunastogodzinna jazda rozklekotanym pociągiem lub busem na twardym siedzeniu, które dzielisz z większą ilością osób niż ustawa przewiduje. To też dni, kiedy dostajesz takiego rozstroju żołądka, że jedyne z czego się cieszysz to fakt, że drzwi do łazienki się zamykają lub, że w ogóle są. Trudne warunki czy niespodziewane sytuacje, którym trzeba wspólnie stawić czoła są niekończącym się testem na kompatybilność i umiejętność współpracy.

Podróże składają się z chwil, kiedy w kryzysowych sytuacjach pokrzyczycie na siebie, aby za chwilę stać się najbardziej zgranym zespołem, który będzie w stanie szybko  rozwiązać napotkany problem. To momenty, gdy trzeba pomóc partnerowi zmierzyć się z własnymi lękami, np. podczas ataku klaustrofobii po środku jaskini. To czasem dni, kiedy nie wyglądasz ładnie, nie masz dostępu do prysznica i zamiast seksownego negliżu śpisz w warstwach ubrań i czapce, aby nie zamarznąć. Gorzej, gdy jest to twoja podróż poślubna 😉 .

To warunki, które znacznie odbiegają od scenerii randek czy weekendowych wyjazdów, prawda? ;-). Właśnie dlatego każdy wyjazd to próba naszych charakterów i idealny czas, aby się dobrze poznać. Z doświadczenia wiem, że warto podejść do tego egzaminu jeszcze zanim zaczniecie planować wspólną przyszłość. Jeżeli przetrwacie miesiąc poza domem spędzając ze sobą 24 na dobę, to wierzcie mi, jesteście dla siebie stworzeni.

Zawsze mówiłam, że zanim moje dziecko weźmie ślub będę je namawiała do zamieszkania z jego drugą połówką, aby mieli okazję się dobrze poznać i później niczego nie żałowali. Teraz trafniejszym pomysłem wydaje mi się wspólna samodzielnie zorganizowana wyprawa z ograniczonym budżetem.

Czym podróże są dla mnie dzisiaj, odkąd jestem żoną i matką?

Gdy byłam w ciąży moja Mama powtarzała mi, abym pamiętała o następującej zasadzie: „Nie zatrać siebie – najpierw bądź sobą, potem żoną, a dopiero na końcu matką.” Nie zrozumcie mnie źle, miłość do dziecka jest bezwarunkowa i przychodzi nam najłatwiej. Ono zawsze będzie stało dla nas na pierwszym miejscu.  Musimy jednak zachować zdrowy balans. Jeżeli nie zadbamy o poczucie samospełnienia, to pozostałe sfery naszego życia również będą kuleć. Zaczniemy zaniedbywać nie tylko siebie, ale i partnera / partnerkę. Oczywiście nikt nie twierdzi, że znalezienie złotego środka jest łatwe. Wręcz przeciwnie, to ciężka codzienna praca. Jednym z moich sposobów na życie w zgodzie z tą matczyną mądrością są podróże.

Podróże to możliwość zachowania balansu

Ja -> Ja

Nasze wycieczki dają mi możliwość realizowania moich pasji: odkrywania świata, rozwijania organizacyjnego talentu, poznawania nowych ludzi oraz uzupełniania listy potraw, których na pewno nigdy nie zjem.

Ja -> Matka

Patrząc z perspektywy matki podróże to dla mnie czas dla rodziny. To idealna okazja do tego, aby nauczyć dziecko przystosowywania się  do zmieniających się warunków. To także możliwość dostarczenia mu nowych bodźców, które wesprą jego rozwój i ukształtują charakter. To moja szansa na poznawanie naszej córki z innej, oderwanej od codzienności perspektywy.  Podczas wyjazdów również proste rodzicielskie obowiązki wymagają dodatkowej dozy kreatywności i są ciekawym urozmaiceniem, np: zmiana pieluchy na spuszczonej desce klozetowej. Nawet płacz dziecka brzmi na wakacjach jakoś inaczej.  

Ja -> Żona

Z Mężem podróżujemy razem od samego początku. Wyjazdy stanowią nieodłączny element naszego życia. Kształtują nie tylko nas, ale i nasz związek. Przede wszystkim dają nam możliwość poznania się ze strony, o której nawet sami nie wiedzieliśmy, że istnieje. To okazja do snucia marzeń, planów i dyskusji na zupełnie nowe tematy, czas, podczas którego delektujemy się wspólnymi chwilami, nie myśląc w ogóle o codziennych obowiązkach. Kiedy dziecko zaśnie, my przestajemy być choć na chwilę rodzicami i jesteśmy znowu tylko dwojgiem zakochanych w sobie osób. Gdy dziecię smacznie śpi w wózeczku, my mamy szansę na spokojnie poobserwować otaczający nas świat trzymając się za ręce. Po prostu jesteśmy sobą.

W życiu codziennym, które wypełnione jest obowiązkami, pracą i terminami ciężko o zachowanie balansu między tymi trzema ważnymi rolami. Mam wrażenie, że każdego dnia, na którąś z nich muszę niestety poświęcić mniej czasu. W trakcie wyjazdów jesteśmy razem przez 24 godziny na dobę i mamy możliwość nacieszyć się sobą równocześnie spełniając nasze własne marzenia.   Z tego powodu zawsze będę dążyć do tego, abyśmy nasz urlop spędzali wspólnie jako rodzina. Przynajmniej dopóki nasze dziecko będzie chciało z nami jeździć ;-).

Zwiedzanie świata to dla mniej o wiele więcej niż tylko hobby. Dla mnie podróże mają o wiele głębsze znaczenie. To pasja, z której nie potrafiłabym zrezygnować. Coś co sprawia, że czuję się spełniona, co ma wpływ na to kim jestem.

Bukareszt naszymi oczami

Jak na ciepłolubnego człowieka przystało każdej zimy marzy mi się wyjazd w jakieś gorące miejsce na ziemi. Z tego względu jako cel lutowej wycieczki zaproponowałam Rumunię…;-). Cóż, najwidoczniej muszę mieć w sobie coś z masochisty,  skoro na urlop wybieram miasto z jeszcze niższą temperaturą niż w miejscu zamieszkania. Pogodziłam się już z tym, że przez tyle lat naszą jedyną zimową wyprawą w cieplejsze rejony globu  był wyjazd do Walencji. Ach, do dziś pamiętam, kiedy w grudniu spacerowałam po jej ulicach w krótkim rękawku. Liczę na to, że któregoś dnia przestanę robić sobie na złość i wybiorę słońce, piasek i drinki z palemką.

Wiedziałam, że w Bukareszcie będzie dość zimno. Okazało się jednak, że warunki pogodowe trochę przerosły nasze oczekiwania. Stolica Rumunii przywitała nas sporą ilością śniegu i to już na płycie lotniska. Jeszcze więcej białego puchu czekało na nas w mieście. Wózkiem musieliśmy lawirować nie tylko między ludźmi, ale także między zaspami śniegu… (Wspominałam o tym już nieraz, ale powtórzę to ponownie: Jak dobrze, że mamy Stokke! Ani zimowa pogoda, ani nierówne podłoże nam z nim niestraszne!) Wielkie były również sople lodu, które majestatycznie zwisały nad głowami przechodniów i czekały na dogodny moment, aby spaść w dół (i w idealnym przypadku w kogoś trafić).

DSCN40951.JPG

Przyznam szczerze, że zignorowanie minusowych temperatur wymagało sporego samozaparcia. Jednak bezchmurne niebo, promienie słońca odbijające się od śniegu i puste żołądki zmotywowały  nas pierwszego dnia do wyjścia z naszej bazy mieszkalnej (ponownie skorzystaliśmy z portalu Airbnb – podziękowania dla przesympatycznej Leili).

Czy było warto marznąć na zewnątrz, chodzić z czerwonym nosem jak renifer Rudolf lub w przypadku niektórych, ubolewać nad przemoczonymi butami? Zdecydowanie tak! Zresztą staraliśmy się nie koncentrować na tak błahych sprawach, ponieważ Bukareszt nas całkowicie pochłonął!

B26C132D-7508-4739-9E5B-7CEE9042D8C71.jpg

Słyszeliśmy sporo niezbyt pochlebnych opinii na temat stolicy Rumunii i sami  mieliśmy niekoniecznie pozytywne wyobrażenie o tym mieście. Podczas tego wyjazdu przekonaliśmy się o tym, w jak wielkim błędzie byliśmy.

DSCN4086.JPG

Po pierwszych przejechanych kilometrach z lotniska w kierunku centrum Bukaresztu kłębiły się w mojej głowie różne skojarzenia. Zwisające na słupach i splątane ze sobą kable elektryczne, które ciągnęły się wzdłuż drogi przypominały mi kraje azjatyckie. Z drugiej strony nieukończone budynki, wybudowane przy ulicy, wzdłuż której poustawiane były słupy elektryczne przypominały miasta Ameryki Centralnej. Zastanawiałam się, jakie będzie to miasto.

Już pierwszy spacer dał nam odpowiedź na to pytanie. Najtańsza stolica Europy w niczym nie przypomina Sofii (a tego się spodziewaliśmy). Przede wszystkim ma normalnej wysokości krawężniki, a przynajmniej w większości ; -) (nawiązanie do wpisu: Z perspektywy rodzica – Sofia ). Poza tym mieszanka historycznej, socrealistycznej i nowoczesnej zabudowy tworzy urokliwą scenerię i powoduje, że miasto prezentuje się bardzo ładnie.

WP_20170210_14_27_39_Rich_LI1.jpg

Zarówno szerokie aleje, np. Aleja Zwycięstwa, jak i małe wąskie uliczki zachęcają do spacerów. Przechadzając się po nich, natknąć się można na przepięknie zdobione budowle, a także takie, po których widać, że czasy świetności mają już za sobą.  

DSCN4084.JPG

Mieszkańcy Bukaresztu nie mogą również narzekać na brak parków. Jednak przykryte białym puchem niespecjalnie rzucały się w oczy.

DSCN41031.JPG

Najwięcej sprzecznych emocji wywołał w nas Pałac Parlamentu (Pałac Ceausescu).  Jego rozmiar przytłacza. Po Pentagonie jest to drugi co do wielkości budynek na świecie.  Co ciekawe, okrzyknięto go najbrzydszą i równocześnie najpiękniejszą budowlą miasta. O gustach się nie dyskutuje, więc nie ma sensu debatować o tym, który tytuł został przyznany słusznie. Osobiście nie chciałabym go oglądać codziennie w drodze do pracy. Zresztą nie jest to tutaj istotne. Pytanie, które pojawiło się w mojej głowie, gdy tylko zbliżyliśmy się do Pałacu Parlamentu i które do dziś mnie nie opuściło brzmi: „Jak wielkim trzeba być megalomanem, aby wybudować tak ogromny i zupełnie niepotrzebny budynek?!” Chyba co najmniej tak wielkim, jak sam projekt budowlany. Nie wspominając już o smutnym losie biednych obywateli Rumunii, którzy przez 22 lata rządów Ceausescu już i bez jego szaleńczych zapędów przebudowy miasta wystarczająco się nacierpieli. W planie mieliśmy wycieczkę po wnętrzach dawnego Domu Ludowego. Próbowaliśmy przez 3 dni. Niestety z powodu protestów możliwość zwiedzania pomieszczeń tego najsłynniejszego zabytku Bukaresztu została tymczasowo wstrzymana. Mogliśmy wejść jedynie do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które mieści się w jednym ze skrzydeł Pałacu. Muszę przyznać, że im bliżej tego gmachu staliśmy, tym większe niezrozumienie wzbudzał w nas pomysł dyktatora. Może, gdy ponownie wrócimy do tego pięknego kraju i uda nam się wejść do środka gmachu Ceausescu będę w stanie choć w minimalnym stopniu zrozumieć ideę, która przyświecała temu projektowi.

WP_20170212_13_57_24_Rich_LI1.jpg

Dzięki pieszym wycieczkom i przejażdżką wynajętym samochodem mogliśmy obejrzeć miasto i okolice z różnych stron. Codziennie utwierdzaliśmy się w opinii, którą jednogłośnie wydaliśmy  pierwszego dnia. Bukareszt to bardzo urokliwe miasto. Jednak kierowcy mogliby stosować więcej przepisów ruchu drogowego, a mniej klaksonów.

Każdego dnia zastanawiałam się nad tym, dlaczego ktoś powiedział, że stolica Rumunii jest brzydka?! No właśnie… Dlaczego? To chyba głównie nasze uprzedzenia zbudowały nieprzychylny obraz stolicy Rumunii w naszych głowach. Na szczęście różni się on od napotkanej rzeczywistości. Niech to będzie lekcją dla nas wszystkich, że zdanie o danym kraju powinniśmy budować będąc już na miejscu i że z uprzedzeniami trzeba walczyć, m.in. za pomocą podróży.  

 

 

 

 

 

Narty z małym dzieckiem – czy warto?

Nie tylko lato mobilizuje do wycieczek. Zima to okres, w którym zmarzluchy uciekają do ciepłych krajów, a fani śniegowego puchu oddają się białemu szaleństwu w górach. Jest jeszcze kategoria osób, które ja określam jako „Chciałbym, ale nie mogę”.  Z namiętnością opowiadają, że z chęcią by gdzieś pojechały, ale coś stoi im na przeszkodzie. W porze zimowej są to np. zbyt niskie, a latem zbyt wysokie temperatury…

W naszej rodzinie to w kompetencjach Pana Męża spoczywa organizacja wyjazdów na narty. Jeżeli chodzi o moją osobę, to w styczniu/ lutym uciekłabym najchętniej w jakieś upalne miejsce. Mama uczyła mnie jednak, że bycie egoistką to kiepska cecha charakteru, dlatego nie bojkotuje jego pomysłów.  W tym roku pomysł wyjazdu na narty wydawał mi się jednak dość absurdalny. Mamy w domu 15-miesięczną córkę, która dopiero co odkryła, że nogi służą też do chodzenia. Co prawda wspaniale dotrzymuje nam kroku podczas wycieczek, ale przecież na narty jej nie wsadzę. Wiadomo, że z dzieckiem zostałabym ja. Nie należę do wielkich fanów jazdy na nartach i nie czułabym się poszkodowana tym, że omija mnie zabawa na stoku.  Jednak myślałam sobie „Co ja będę zatem robić w górach przez tydzień, jeżeli nie mogę jeździć na nartach”. Moje wątpliwości rozwiała informacja, że  na urlop jedziemy wspólnie z przyjaciółmi i szczęśliwymi rodzicami 11-miesięcznej córki. Perspektywa towarzystwa podczas m.in.: spacerów ostatecznie przekonała mnie do tego pomysłu.

Obecność dziecka podczas narciarskiego urlopu zmienia kryteria wyboru miejsca wyjazdu. Szczególnie, gdy zabieramy ze sobą pociechę, która jest za mała, aby opanować tajniki jazdy  na dwóch deskach. Do tej pory wybierając miejsce na zimową wycieczkę kierowaliśmy się przede wszystkim: ilością tras zjazdowych, odpowiednimi warunkami na stoku, ilością śniegu, cenami piwa i ewentualną szansą na słońce (to moje kryterium). W tym momencie warunkom noclegowym oraz możliwością spacerowym czy rodzinnym atrakcjom przypisuje się większe znaczenie niż ilości tras zjazdowych.

Czy urlop narciarski z małym dzieckiem ma zatem sens?

Cóż miałoby być w tym niesensownego (tak, teraz jestem taka mądra, bo przeżyłam to na własnej skórze parę dni temu 😉)? Zacznijmy od tego, że jeszcze nie słyszałam o przypadkach, aby górskie powietrze komuś zaszkodziło, a wręcz przeciwnie – uszczęśliwi całą rodzinę. Jestem przekonana o tym, że nawet osoby, które nie jeżdżą na nartach, nie pożałują wybrania się na taką wyprawę. Będą to chwile, które spędzimy razem z dala od codziennych obowiązków. Zyskamy przy tym odrobinę czasu dla siebie i dla dziecka. Poza tym, jak w przypadku każdego nowego doświadczenia dostarczamy naszemu szkrabowi nowych bodźców i oswajamy je ze światem. O tym czy warto podróżować z dziećmi pisałam już w poprzednim wpisie: https://bodychtravellers.com/2016/10/26/podroz-z-dzieckiem-czy-warto/

Wyjazd na narty z najmłodszym członkiem rodziny różni się jednak od innego rodzaju podróży. Na pewno ilość czasu, który spędzimy w składzie: mama, tata i potomek będzie mniejsza niż np.: podczas tygodniowej wycieczki samochodowej. Z tego względu w trakcie trwania narciarskiego urlopu nie wolno zapomnieć o sprawiedliwym podziale obowiązków. W przeciwnym razie któraś ze stron będzie czuła się wykorzystana i nie będzie czerpała radości z wyjazdu. Sprawi to, że wspólna wycieczka straci sens. Jeżeli nie jesteśmy wielkimi narciarzami, to pewnie łatwiej będzie nam odpuścić codziennie nakładanie na siebie narciarskiego wyposażenia. Jednak dobrze by było, gdyby partner, który szalał na stoku cały dzień odciążył nas wieczorem. W końcu nam też należy się trochę czasu dla siebie. W sytuacji, gdy oboje chętnie uprawiamy ten sport, pomyślmy o regularnej zmianie warty przy dziecku. Podczas naszego styczniowego urlopu w górach sama byłam świadkiem idealnego przykładu sprawiedliwego podziału obowiązków. W naszym hotelu spotkaliśmy wielopokoleniową rodzinę: najmłodszego członka – Evelyn, jej rodziców oraz dziadków. Każdego dnia dorośli zmieniali się na posterunku. Codziennie kto inny był odpowiedzialny za pilnowanie dziewczynki i wymyślanie coraz  to nowych zabaw. Jednego dnia do południa zajmował się nią dziadek, po południu babcia. Kolejnego ranka opiekę nad córką przejmował tata, a po nim mama. I tak przez cały tydzień. Każdy miał szansę pojeździć, ale też przyjemnie spędzić czas z dzieckiem. Wydaje mi się, że rozsądne byłoby też podzielenie opieki pod względem dni, np.: od niedzieli do wtorku włącznie jeździ jeden rodzic, a od środy do końca pobytu drugi.

74FA815E-F6C8-4966-8A4D-273A393382871.jpg

Wyjazd na narty z małym dzieckiem ma jednak jedną dużą wadę – wiąże się z lekkim poczuciem osamotnienia. Każdy z rodziców pozostaje przez większą część dnia sam. Jeden z nich opiekuje się dziećmi, drugi w pojedynkę szusa po stokach. Jeżeli nie czerpiesz przyjemności z samotnej jazdy lub spacerów z wózkiem bez rozmów, to zabierz ze sobą przyjaciół! 🙂

To właśnie Ty wylosowałeś opiekę nad dzieckiem i zastanawiasz się, co masz począć, aby urozmaicić sobie i dziecku pobyt w górach?

  • Spacer

Przede wszystkim spacery, dużo spacerów! Pchanie wózka w nowej scenerii jest urozmaiceniem codziennego dreptania udeptanymi drogami przy domu. Z doświadczenia wiem, że górskie powietrze działa na dziecko, jak środki nasenne na dorosłego.  Pamiętajmy, że spacer z wózkiem po śniegu ma być przyjemnością, a nie ciężką pracą fizyczną. Dlatego przed wyjazdem upewnijmy się, że nasz „dzieciowóz” posiada „zimówki’.  Wózki z plastikowymi kołami mogą mieć problemy. Nasz czterokołowiec firmy Stokke sprawdzał się już w różnych warunkach i na różnym podłożu.  Podczas tego urlopu mieliśmy szansę przetestować go na śniegu. Ponownie przekonaliśmy się, że ten zakup był strzałem w dziesiątkę. Polecamy Stokke Trailz!

  • Jazda na sankach

Omija Cię właśnie białe szaleństwo na nartach? Zastąp je sankami. W wielu ośrodkach można je wypożyczyć, a czasem nawet kupić. Uważam, że to fajna i praktyczna pamiątka z wycieczki. Sanki to na pewno świetny środek transportu na śniegu. Podczas spaceru można nimi zastąpić wózek. Dodatkowo ich klasyczne zastosowanie, czyli do zjazdów z górki wywoła uśmiech zarówno u dorosłego jak i u dziecka.

img-20170109-wa00111

  • Przejazd gondolą

Kolejną formą urozmaicenia sobie czasu jest przejazd gondolą. Zwróćmy tylko uwagę na wysokość, na którą wjeżdżamy, aby uniknąć problemów zdrowotnych u dzieci. Do gondoli można wejść z wózkiem (o ile zmieści się w drzwiach), ale nie z sankami. Przekonałyśmy się o tym z Ciocią Alą na własnej skórze. Nasz misterny plan spacerów po górach legł w gruzach, gdy obsługa kazała nam zostawić zimowy sprzęt na dole…Nie odpuściłyśmy sobie jednak przejażdżki. Wzięłyśmy córeczki na ręce i wsiadłyśmy do gondoli. Na szczycie dzieci chwilę pohasały na śniegu, a potem nagle ogarnęło je wielkie zmęczenie. Mówiłam już, ze górskie powietrze działa jak środki nasenne? Spacer skończył się w skibarze, gdzie „musiałyśmy” zrelaksować się na leżakach razem ze śpiącymi bobasami. Straszna wizja, prawda?! ;-P.

IMG-20170109-WA00161.jpg

  • Salon zabaw

W ramach urozmaicenia warto rozejrzeć się za salą zabaw dla dzieci.  W takich miejscach istnieje szansa poznania innych rodziców.

Teraz przyszedł czas na chwilę szczerości: Tak jak na początku nie byłam przekonana do tegorocznego wyjazdu, po fakcie stwierdzam, że był to jednak bardzo dobry pomysł. Tydzień, wypełniony nowymi zabawami i uśmiechami dzieciaków, szybko zleciał. Pan Mąż nie zawiódł. Specjalnie wracał wcześniej ze stoku, aby móc jeszcze oddać się szaleństwu na sankach lub w bawialni z naszą córką. Dzięki temu cała opieka nad nią nie spadła tylko na mnie. My z Ciocią Alą mogłyśmy sobie poplotkować podczas długich spacerów. Wieczorami siedzieliśmy razem z naszą małą grupą przy dobrym winku, jeszcze większej ilości jedzenia i odpoczywaliśmy po całym dniu pełnym wrażeń.

Narty z małymi dziećmi nie brzmią tak źle, prawda? My spędziliśmy miło czas, a nasze dziecko dostało nową dawkę pozytywnych wrażeń i miało szansę swoje nowe umiejętności , czyli stawanie kroków ćwiczyć na francuskiej ziemi.

Sezon narciarski dopiero się zaczął. Przekonajcie się sami o tym, że z małymi dziećmi nawet na narty warto pojechać!

 

 

 

 

Wakacje z bobasem:  10 rzeczy, które warto zabrać ze sobą.

Pakując się na rodzinne wakacje warto pamiętać o trzech zasadach:

  1. Zabierz ze sobą wór cierpliwości – pewnie przyda się już w trakcie pakowania.
  2. Nie próbuj odtworzyć pokoju swojego szkraba w miejscu, w którym nocujesz i nie zabieraj zbędnych rzeczy. Nowe otoczenie będzie dla małego podróżnika wystarczająco fascynujące.
  3. Jedzenie i pieluchy zabierz ze sobą zależnie od celu podróży. Uwzględnij cenę i jakość produktów dostępnych w miejscu destynacji, ewentualne alergie dziecka i miejsce w bagażu.

Na bazie naszego rocznego doświadczenia w podróżowaniu z małym dzieckiem przygotowałam listę gadżetów, które naszym zdaniem przydadzą się podczas tego typu wyjazdów.

I. Podczas posiłków

Nie wszędzie, gdzie pojedziemy znajdziemy krzesełka dla dzieci. Chcąc uniknąć trzymania pociechy na kolanach i jej wiercenia się podczas posiłków, warto pomyśleć o przenośnym krzesełku do karmienia. Na rynku dostępnych jest parę różnych rodzajów krzesełek. Jeżeli wybieramy się w podróż samolotem lub mamy mało miejsce w bagażniku, polecam wybrać takie, które można zwinąć i schować do torby. W ten sposób pozbędziemy się problemów typu: jak je transportować i gdzie spakować. Jego recenzję znajdziecie tutaj.

  • Silikonowy śliniak 

Sterta brudnych śliniaków nie jest atrakcyjnym widokiem, nie tylko na urlopie. Na szczęście jest na to proste rozwiązanie. Nie, nie mówię tutaj o śliniakach jednorazowego użytku. Nimi można sobie co najwyżej wydmuchać nos. Do karmienia w terenie, kiedy głowa dziecka obraca się we wszystkie strony i z co trzeciej łyżeczki skierowanej w stronę bobasa coś spada, trzeba sięgnąć po bardziej praktyczne rozwiązanie.

wp_20160706_17_11_32_rich_li

Szczerze polecamy śliniaki wykonane z silikonu.  Wystarczy nam tylko woda, aby je umyć.  „Krewni z Ameryki” podarowali nam ten ułatwiający życie wynalazek na poprzednie Święta. Muszę przyznać , że był to jeden z najlepszych prezentów, jakie otrzymaliśmy. Więcej o nich tutaj.

  • Siateczka do pokarmów dla niemowląt

Siateczka do pokarmów dla niemowląt to idealny przedmiot dla wszystkich przeciwników podawania dzieciom jedzenia w samochodzie. Dzięki niej maluchy przebywające z nami  w trasie mogą skosztować stałego pokarmu, który akurat mamy pod ręką. Koniec z wygłodniałymi spojrzeniami naszych pociech w restauracji. Siateczka ułatwia podanie smakołyków z naszego talerza bez potrzeby rozgniatania ich widelcem. Nie ukrywam, że za pomocą tego gadżetu zyskamy również chwilę spokoju przy stole. Po więcej szczegółów zapraszam tu.

WP_20160504_13_14_06_Pro 11.jpg

  • Silikonowy talerzyk-podkładka

O tym wynalazku wspominałam już przy okazji wpisu dotyczącego naszego wyjazdu do Kanady. Jest to silikonowy talerzyk kształtem przypominający podkładkę, który dzięki umieszczonym od spodu przyssawką nie ześlizgnie się ze stołu. Możemy go położyć na blacie krzesełka lub na stoliczku w samolocie.

WP_20160814_17_01_14_Pro_LI1.jpg

Dzięki niemu upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Dziecko straci możliwość zrzucania talerzyka na ziemię, a my nie będziemy się musieli martwić ilością bakterii na wszelkiego rodzaju stoliczkach dostępnych  w miejscach publicznych. Dodatkowo mały szkrab będzie mógł razem z nami podjadać smakołyki, które akurat podrzucimy na jego talerz. O tym cudeńku dowiecie się więcej we wpisie „Podczas posiłku„.

  • Podgrzewacz i sterylizator w jednym

Przydatność tego sprzętu zależy od tego, gdzie będziemy nocować. U znajomych czy w wynajętych mieszkaniach istnieje zazwyczaj możliwość  podgrzania słoiczka czy wyparzenia butelek. Jeżeli jednak planujemy nocleg w guesthouse´ach czy hotelach, to proponuje mieć go ze sobą. W takich miejscach nie zawsze będziemy mieli dostęp do wrzątku czy mikrofali. Warto wybrać małe modele 2 w 1. My zdecydowaliśmy się akurat na produkt firmy Nüby. Nie zajmuje dużo miejsca, do tego jest lekki i szybko podgrzewa jedzenie.

  • Etui na łyżeczki

Pomysł genialny w swojej prostocie. Ten niepozorny kawałek plastiku przyda się nie tylko na wyjazdach, ale też w domu.  Zamiast korzystać z niepraktycznych jednorazowych reklamówek w celu przechowania łyżeczek, warto zaopatrzyć się w specjalne etui, do którego można schować potrzebne sztućce. Producenci często dołączają je jako gratisy do innych swoich produktów. Wypatrujcie promocji marki Hipp. Kilka miesięcy temu udało się nam wymienić etykietki  z jej produktów na taki właśnie  zestaw turystyczny. Bądźcie czujni.

II. Na dobranoc

  • Elektroniczna niania

Podejrzewam, że każdy rodzic posiada elektroniczną nianię, więc wystarczy ją tylko spakować do torby.  My korzystamy z niej tylko w podróży. Nie po to jeździmy na wakacje, aby nerwowo nasłuchiwać, czy dziecko obudziło się i czy płacze. Urządzenie zapewnia rodzicom komfort psychiczny i pozwala miło spędzić wieczór bez konieczności ciągłego doglądania śpiącego malucha. Słyszeliśmy też historię o tym, jak rodzice na urlopie zostawili dziecko w pokoju i poszli do baru po drugiej stronie ulicy. Tak się składa, że zasięg elektrycznej niani wystarczył…Ludzka wyobraźnia nie zna granic:-).

  • Turystyczne łóżeczko

Wiadomo, że małe dzieci gdyby miały wybór, to najchętniej spałyby w łóżku rodziców. Nie każdy ma na to ochotę. Dlatego wyjeżdżając warto zabrać ze sobą łóżeczko turystyczne. W internecie znajdziemy  wiele różnych wariantów, które dobrać można w zależności od swoich potrzeb. Jedne nadają się, aby zabrać je  w podróż samolotem, inne nie. We wpisie „Łóżeczko turystyczne” dowiecie się, który model my wybraliśmy.

  • Mała poduszka

wp_20160720_20_33_12_moment

Czy do spania w łóżeczku, w samolocie czy do wygodnej jazdy wózkiem warto mieć ze sobą małą poduszkę dla najmłodszego towarzysza wyjazdu.  My zdecydowaliśmy się na podusię podróżną firmy Mammilla, która towarzyszy nam podczas naszych wycieczek. Jest nie tylko praktyczna, również atrakcyjnie się prezentuje ze względu na gustowny wzór i ładny kolor.

III. W drodze

  • Nosidło

Wózek wózkiem, ale na wakacjach zdarzają się takie momenty, kiedy czterokołowiec musi zostać w domu. W takich sytuacjach sprawdza się nosidło. Osobiście nie jestem fanem  zastępowania nosidłem dziecięcego wózka. Jednak podczas pieszych wycieczek po górach, kamienistym terenie czy wąskiej ścieżce lub trekkingu przez dżunglę jest to dla nas niezbędny sprzęt.

DSCN19971.JPG

Mamy nadzieję, że rodzice, którzy właśnie zastanawiali się nad pytaniem: „Co zabrać na wakacje z dzieckiem”, znaleźli tutaj kilka przydatnych wskazówek. To tylko parę małych gadżetów, ale wpłyną one znacząco na komfort podróży z bobasem. Wiadomo, dalibyśmy radę bez nich, tylko po co?

Jakie są wasze ulubione podróżnicze gadżety? Może wśród Waszych pomysłów znajdziemy jakiś wymarzony prezent dla siebie :).

Podczas posiłku

Posiłki bobasów stanowią bardzo istotną część ich dnia. Pierwszy etap życia, kiedy dziecko karmione jest tylko piersią lub mlekiem modyfikowanym nie wymaga od nas zbyt intensywnego planowania. Schody zaczynają się wtedy, gdy do diety naszych małych głodomorów zaczynamy wprowadzać urozmaicone posiłki. Jak poradzić sobie z tym w podróży? Na rynku dostępnych jest wielu „pomocników”, z których pomocy sama chętnie korzystam i które z czystym sumieniem mogę polecić.

  • Siateczka do pokarmu dla niemowląt

Siateczka do pokarmów dla niemowląt przypomina wyglądem smoczek. Jednak zamiast gumowej części, którą dziecko wsadza do buzi, wyposażono ją w siateczkę. Ze spokojem można wsadzić do niej większe kawałki np.: owoców czy warzyw. Dziadkowie będą zachwyceni możliwością podania pierwszego stałego pokarm swoim ukochanym wnukom bez ryzyka zakrztuszenia się nim przez bobasy. Produkt idealnie sprawdzi się podczas pierwszych prób podawania stałego pokarmu. Docenią go także fani BLW, a także rodzice dzieci, których pierwsze zęby nie spieszą się z pojawieniem się na świecie. Polecam wybrać taki model, który do zestawu oferuje specjalny kapsel chroniący siateczkę przed zabrudzeniem.

wp_20160504_13_14_06_pro-11

Siateczkę zaczęliśmy używać w  5 m. ż. córki. Głównie dostawała w niej owoce i warzywa. Nie stwierdziliśmy żadnych wad tego produktu. Ostrzegam jednak przed podawaniem w siateczce banana, ciężko ją potem domyć.

U nas bardzo dobrze sprawdził się produkt firmy Munchkin. Przydał się przede wszystkim w sytuacjach, gdy dziecko domagało się tego samego jedzenia, które widziało na naszych talerzach, a także podczas jazdy samochodem oraz w restauracjach.

  • Silikonowy talerzyk-podkładka z przyssawkami

Kolejny na liście jest silikonowy talerzyk  z funkcją podkładki, który umieszcza się na stole za pomocą odpowiednich przyssawek. Świetnie sprawdza się także jako nakładka na blaty krzesełek dla dzieci czy stoliki w samolocie.  Dzięki niemu zadbamy o higieniczne i bezpieczne podanie  naszemu malcowi przekąsek. Talerzyk-podkładka nie zajmuje dużo miejsca- po zwinięciu zmieści się prawie w każdej torebce. Również łatwo o utrzymanie jego czystości – wystarczy trochę wody i płyn do naczyń. Ze względu na swoją poręczność i małą wagę jest idealnym towarzyszem posiłków w trakcie podróży.

WP_20161127_21_16_37_Pro1.jpg

Praktyczne zastosowanie ma też w domu. Nakładając ten produkt na blat krzesełka naszego dziecka unikniemy mycia całego stolika. Zmniejszymy także ilość naczyń – jedzenie (pod warunkiem, że nie będzie to zupa) można ułożyć bezpośrednio na podkładce. My wybraliśmy produkt firm Summer Infant i jesteśmy z niego bardzo zadowoleni.

  • Silikonowy śliniak z rynienką

Nie wiem jak to wygląda u Waszych dzieci, ale nasza córka przechodziła etapy, gdy jadła całą sobą. Karmienie jej bez odpowiedniego zabezpieczenia w ogóle nie wchodziło w grę. Średnio po każdym posiłku śliniak lądował w praniu. Jest to dosyć problematyczne, gdy jesteśmy z dala od domu. Kto ma na wakacjach ochotę i czas na codzienne pranie?! Nie mówiąc już o tym, że nie wszędzie znajdziemy pralkę, a przecież nie wypakujemy naszego bagażu tylko śliniakami. Na pomoc przychodzą nam produkty wykonane z silikonu. W naszym przypadku świetnie sprawdza się śliniak firmy Baby Björn. Towarzyszy nam zawsze – czy w terenie czy w domowym zaciszu, a także  podczas weekendu u Dziadków. Jest lekki i nieduży, a gdy się zabrudzi można go umyć w zmywarce lub  pod bieżącą wodą. Wyposażony jest ponadto w rynienkę, do której spada wszystko, co nie trafiło do buziaka naszego maleństwa.  Nie sugerujcie się ceną. Ten śliniak wart jest  każdych pieniędzy. Jako jedyny mankament wytknąć mu można zbyt sztywne zapięcie, które może być dla niektórych dzieciaczków dość niewygodne. Silikonowy śliniak to „must have” każdego rodzica.

wp_20160706_17_11_32_rich_li

Łóżeczko turystyczne

Jedno z moich ulubionych pytań kierowanych do nas, kiedy jedziemy na wakacje jest: „Gdzie będzie spała wasza córka?”

Jeżeli udajemy się w podróż samochodem, to bierzemy ze sobą tradycyjne łóżeczko turystyczne. Gdy środkiem transportu jest samolot, to wybieramy łóżeczko-namiocik.

  • Tradycyjne łóżeczko turystyczne  

Na rynku jest dostępnych tak wiele rodzajów łóżeczek turystycznych, że nasz wybór nie kończy się na kolorze. My zdecydowaliśmy się na produkt firmy Baby-Coo, model Malibu. Po ponad roku intensywnego używania mogę powiedzieć, że był to bardzo dobry zakup. Łóżeczko nadal wygląda jak nowe. Nie należy ono może do najlżejszych, bo waży aż 14 kg, jest za to bardzo praktyczne. Przede wszystkim jest ono dwupoziomowe, co daje możliwość dopasowania wysokości do wieku dziecka. Dzięki temu rodzice nie muszą nadwyrężać kręgosłupa podczas wyjmowania go ze środka.   Dodatkowo posiada dwa kółka, które ułatwiają jego przemieszczanie. Ja korzystam z nich przede wszystkim podczas usypiania malucha, gdy ten się przebudzi. Łóżeczko rozkłada/ składa się w dość łatwy sposób, jednak chwilę to trwa. Do zestawu dołączony jest oprócz moskitiery i daszka z zabawkami, usztywniany przewijak. Nie należy on do najwygodniejszych, ale spełnia swoją funkcję. Korzystaliśmy z niego wielokrotnie.  Jak w przypadku wszystkich łóżeczek turystycznych w modelu tym brakuje porządnego materaca. Dlatego też zdecydowaliśmy się na zakup innego materaca, aby zwiększyć komfort snu naszego dziecka. Łóżeczko traktujemy również jako kojec, gdy musimy np.: spakować nasze bagaże i chcemy uniknąć w tym czasie jakiejś niespodziewanej akcji w wykonaniu malucha. Niestety ze względu na jego wagę oraz nieporęczność, która wynika z osobno pakowanego materaca nie nadaje się na ono do podróży samolotem.

img-20161115-wa0003-21

  • Łóżeczko namiocik

Wiedząc o tym jak nieporęczne jest nasze łóżeczko turystyczne, przed wylotem do Kanady intensywnie rozglądaliśmy się za jakąś alternatywą. W cenie biletu mieliśmy wózek i fotelik samochodowy, nie chcieliśmy dopłacać za kolejny sprzęt. Poza tym nie przekonywała mnie wizja targania ze sobą kolejnej niekoniecznie najlżejszej torby. Przez rozkładanie i składanie  co drugi dzień tego posłania uciekałyby cenne minuty naszych wakacji. Musieliśmy wymyśleć coś innego. Wtedy znajomi ze Stanów zasugerowali nam produkt KidCo. Co to takiego? Łóżeczko w kształcie mini namiotu. Sprawdza się świetnie podczas aktywności na świeżym powietrzu (oferuje idealne schronienie przed słońcem), jak i noclegów w hotelu.  Nasza córka chętnie bawi się w nim, wkładając do niego swoje zabawki i wyciągając je z powrotem…Najważniejsze jest to, że ten wynalazek waży tylko 1,4 kg, a jego rozłożenie/ złożenie zajmuje sekundę. Namiocik wyposażony jest w materacyk, dzięki któremu dziecko nie leży bezpośrednio na ziemi. Całość wykonana jest z wytrzymałego materiału. Do zestawu dołączona jest ponadto specjalna torba, dzięki której łóżeczko można doczepić do plecaka lub transportować na ramieniu. Po złożeniu mieści się w walizce. Podstawowy wariant przeznaczony jest dla maluchów do lat trzech, wersja plus pomieści nawet pięciolatka.

sleep

Łóżeczko-namiocik  stanowi idealne rozwiązanie w przypadku bagażowych i kilogramowych ograniczeń lub wycieczki w terenie . Na polskim rynku alternatywą do firmy KidCo jest produkt marki Deryan.

Urlop, przyjaciele, my i dziecię…co to będzie, co to będzie?

DSCN3998.JPG

Na naszym facebook’owym fanpag’u  zapowiedziałam ostatnio, że podczas kolejnego wyjazdu sprawdzimy, czy uda się pogodzić rolę rodziców i przyjaciół podczas urlopu.  Pomysł wycieczki do Sofii pojawił się dość spontanicznie (chyba jak wszystkie nasze podróżnicze wymysły).  Zanim się obejrzeliśmy z rodzinnego wyjazdu zrobił się wypad  na przedłużony weekend w sześcioosobowym składzie: pięciu dorosłych + dziecko. Dla nas była to zupełnie nowa konstelacja. Szczerze mówiąc obawiałam się, że w momencie pojawienia się na świecie naszej córki, będziemy musieli zrezygnować z podróży w gronie przyjaciół. A już na pewno w towarzystwie tych osób, które nie posiadają potomstwa, psa i kota… Ciocia Kasia, ciocia Ada i wujek Krystian zameldowali jednak gotowość do wspólnej wycieczki. Dzięki temu przekonałam się po raz kolejny, że dziecko co prawda zmienia nasze życie, ale nie jest przeszkodą w pielęgnacji kontaktów z znajomymi nawet na urlopie.

Czy taki wyjazd może sie dobrze skończyć?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. W naszym przypadku ten eksperyment zakończył się 100% sukcesem. Mieliśmy szczęście, bo mogło być różnie. Zwłaszcza, że spóźniliśmy się na lotnisko ok. 40 minut. Co prawda nie było ryzyka, że przegapimy lot, ale kazaliśmy na siebie czekać  reszcie ekipy…

Na sukces takiego wyjazdu składa się wiele czynników. To czy się on uda zależy nie tylko od nas samych, ale także od dziecka i przyjaciół oraz następujących punktów:

  • Oczekiwania

Dla powodzenie wyjazdu w gronie przyjaciół  i z dzieckiem najważniejsze są oczekiwania, jakie mamy wobec siebie, urlopu i współtowarzyszy. Wyjeżdżając  w takim gronie nie możemy się łudzić, że poznamy nocne życie miasta, które odwiedzamy. Ktoś musi w końcu zostać  z dzieckiem. Przynajmniej jeden z rodziców powinien tak zaplanować wieczór, aby następnego dnia był w stanie zająć się maluchem. Pozostali uczestnicy wyjazdu również powinni się z tym liczyć, że na większość imprez wybiorą się jednak sami. Nasi przyjaciele starali się przy każdej podejmowanej decyzji uwzględnić, że jest z nimi rodzina z dzieckiem. Zwracali uwagę na to, czy knajpa, do której idziemy ma wyznaczone miejsce  dla niepalących lub czy nie byłoby nam wygodniej dojechać na miejsce taksówką. Mimo, że zachęcaliśmy ich do wieczornych wyjść, decydowali się na spędzenie czasu z nami. Nocowaliśmy w mieszkaniu, które zarezerwowaliśmy przez portal Airbnb. Pozwoliło nam to na organizowanie małych domówek, po tym, gdy najmniejsza podróżniczka już grzecznie spała. Raz udało się nam nawet wybrać na późną kolację do restauracji, w której podczas posiłku można było podziwiać  tradycyjnymi tańce i muzykę na żywo. Nasze dziecko spisało się na medal i dzięki obecności innych szkrabów wytrzymało prawie do godz. 22:00. Nie chcieliśmy jednak nadwyrężać naszego szczęścia i  do domu wróciliśmy przed ciociami i wujkiem. Jak widać, rodzice też mogą skorzystać czasem z wieczornych atrakcji. Muszą być ono tylko odpowiednio dobrane do wieku wszystkich towarzyszy.

  • Wyrozumiałość

Na taki wyjazd warto zdecydować sie z osobami, które wykazują choć trochę zrozumienia względem dzieci. Mali podróżnicy nie zawsze mają dobry humor i nie zawsze są gotowi do zabawy. Fajnie mieć kogoś po swojej stronie, gdy dziecię zaczyna płakać, a cała reszta świata obdarowuje Cię niekoniecznie współczującym spojrzeniem. Nasza grupa, której niestraszne było żadne zadanie (może z wyjątkiem zmieniania pieluch, ale co się im dziwić. Kto robi to dobrowolnie?) gotowa była do zabawiania, asysty przy posiłkach, wożenia wózka, nawet wtedy, gdy nasza córka nie grzeszyła najlepszym humorem. Fajnie, że nie przechodzili na drugą stronę ulicy, gdy tylko przestawała się uśmiechać, prawda?  Miło było słuchać ich komplementów na temat naszego dziecka. Szczególnie, gdy mówili o tym, że najmłodsza uczestniczka wyjazdu jest w stanie tyle wytrzymać w wózku i pozwala na zwiedzanie miasta bez ciągłych przerw.

  • Pomoc

Zdecydowanie wielką zaletą takiego wyjazdu jest pomoc jaką rodzice otrzymują od swoich współtowarzyszy (zakładając, że ma się tak fajnych znajomych jak my). Docenialiśmy to zwłaszcza w momentach, gdy któreś z nas musiało skorzystać z łazienki, podczas spożywania posiłków, noszeniu wózka czy przytrzymaniu bagażu. Tak jak już wspominałam w poprzednim wpisie „Z perspektywy rodzica- Sofia” stolica Bułgarii nie ułatwia podróżowania turystom z dziećmi. Dla nas obecność cioć i wujek wpłynęła na komfort wyjazdu. Szczególnie przyczynił się do tego wujek Krystian, który zabawiał naszą pociechę w samolocie oraz nosił dzielnie wózek wszędzie tam, gdzie nie było ramp i wind. Ze względu na brak krzesełka w większości lokali nasza córka wędrowała z kolana na kolano, aby wszyscy mogli zjeść posiłek w spokoju. Jednak najbardziej pomogli nam, gdy okazało się, że nasz lot powrotny będzie opóźniony. Nasze znudzone dziecię wypatrzyło wtedy schody. Mimo późnej godziny zebrało w sobie wszystkie rezerwy energii i postanowiło włożyć je w wchodzenie i schodzenie po nich niezliczoną ilość razy.  Gdybyśmy byli tylko we dwójkę, obsługa linii lotniczych, z którymi lecieliśmy mogłaby ponieść straty w ludziach ;). Dzięki naszym przyjaciołom, którzy na zmianę z nami biegali za małym sportowcem po schodach, obeszło się bez strat i nikt z nas nie padł na płycie lotniska zanim zostaliśmy wpuszczeni do samolotu.

DSCN3981.JPG

Po powrocie doszliśmy z Mężem do wniosku, że w sumie był to pierwszy wyjazd, podczas którego ktoś starał się wyjść naprzeciw naszym potrzebom przy wyborze rozrywek czy środków transportu. Za to wszystko dziękujemy bardzo Cioci Kasi, Cioci Adzie i Wujkowi Krystianowi!

Nasz urlop był bardzo udany, bo nasze dziecko uwielbia swoje wujostwo, a my jesteśmy zgraną paczką. Czy wybralibyśmy się w podróż ponownie w takiej konstelacji. Odpowiedź jest chyba oczywista. Jasne, że TAK!

PS. W styczniu testujemy wyjazd w gronie dwóch par z dziećmi + jednej bezdzietnej…co to będzie, co to będzie? 😉

Z perspektywy rodzica – Sofia

Dziś kolejny wpis z cyklu ” Z perspektywy rodzica” (ostatnio było TU o Kanadzie). Tym razem na celowniku znalazła się Sofia.

Dlaczego zdecydowaliśmy sie na stolicę Bułgarii? A dlaczego nie? Tak naprawdę nie mieliśmy żadnego konkretnego powodu. Po pierwsze, jeszcze nas tam nie było. Po drugie, znaleźliśmy dość tanie bilety lotnicze do Sofii  i stwierdziliśmy, że grzechem byłoby nie skorzystać z tej oferty. Pewnie niektórzy pomyśleli w tym momencie: „Serio, to jedyne kryteria?”. Tak, serio. Czego chcieć więcej w przypadku krótkiego wypadu?

Nawet gdy pomysł okaże się fatalny, to mamy przed sobą perspektywę szybkiego powrotu do domu. Planowanie krótszego wyjazdu ma tę zaletę, że właśnie nie trzeba go jakoś szczególnie planować. To oznacza, że ustalanie kryteriów, jakie powinien spełniać cel naszej wycieczki nie jest tak  kluczowe jak w przypadku dłuższej podróży. Nawet ewentualne niedogodności nie będą specjalnie problematyczne, gdyż będziemy musieli się z nimi zmagać tylko przez kilka dni.

Ciocia Kasia, która się wybrała razem z nami, wspomniała przed wylotem, że czytała o utrudnieniach dla ludzi na wózkach i z wózkami w stolicy Bułgarii. Postanowiliśmy się sami o tym przekonać.

SOFIA PRZYJAZNA TURYSTOM Z DZIEĆMI?

WP_20161127_21_26_49_Pro1.jpg

  • Udogodnienia

Jakie udogodnienia??? 😉 W Sofii głównym zmartwieniem rodziców nie jest szukanie przewijaka w toalecie, bo tam go po prostu nie ma. Większym problemem jest znalezienie lokalu, w którym nie można palić lub chociażby takiego, w którym jest  osobne pomieszczenie dla niepalących. Naprawdę nie miałam pojęcia, że Bułgarzy tak chętnie trują się dymem nikotynowym.  Zapach papierosów przebija się nawet w toaletach na lotnisku. Brak palarni zmusza ludzi do palenia w pomieszczeniach przeznaczonych do innych celów. Chyba zapomniałam już, jak wyglądał świat przed wprowadzeniem zakazu.

Z kolei miłym zaskoczeniem na lotnisku był specjalny pokój, w którym znajdowały się dwa łóżeczka, toaleta oraz umywalka. W tym miejscu rodzice mieli możliwość, aby spokojnie nakarmić czy uśpić swoją pociechę. Oczywiście przewijaka brak ;).

Jeżeli chodzi o krzesełka dla dzieci, to zdarzają się w niektórych restauracjach, ale nie jest to ogólnie przyjęty standard. W wielu lokalach ciężko postawić wózek przy stole, więc mali towarzysze kończą często na kolanach opiekunów.

Problem dla rodziców z wózkiem stanowi na pewno samo poruszanie sie po Sofii. Ze względu na duży ruch zbudowano w nim bardzo dużo przejść podziemnych. Można byłoby pomyśleć, że przecież to nie problem, bo pewnie wyposażono je w odpowiednie rampy lub windy. Niestety, w tym wypadku rzeczywistość odbiega od naszych wyobrażeń. Windy zdarzają się rzadko, a rampy które nadają sie do bezpiecznego zjazdu wózkiem widziałam raz lub dwa. Większość „ramp” to dwie metalowe szyny ułożone w takiej odległości, która często nie pasowała do rozstawu kół naszego wózka.  Wózek trzeba było albo wnieść/ znieść lub bardzo powoli nim zjechać. Zastanawia mnie, jak radzą sobie  z tym ludzie na wózkach inwalidzkich. Jeżeli nie jeżdżą na nich wyczynowo, to nie wiem, jak mogą skorzystać z przejść podziemnych nie robiąc sobie przy tym krzywdy.

  • Środki transportu

Mieszkańcy Sofii nie mogą narzekać na  komunikacje miejską: tramwaje, trolejbusy, 2 linie metra i autobusy. Wszystkie kursują dość często, więc można się dzięki nim dość swobodnie poruszać po mieście. Dojazd na lotnisko także nie stanowi problemu – metro dowozi pasażerów na terminal 1. Na większości stacji są ruchome schody, a czasem można nawet napotkać windy. Turyści z wózkiem muszą jednak uważać, gdy planują przejażdżkę autobusem. Stare modele maja schody i poręcz po środku wejścia, która może uniemożliwić wsiadanie z szerokim czterokołowym pojazdem. Nasz wózek jest dość duży, przez co istniało ryzyko, że nie zmieścimy się w drzwiach. Raz przed przyjazdem autobusu złożyliśmy wózek, abyśmy nie mieli problemu przy wsiadaniu. Jak na złość podjechał nowy model z niską podłogą i cała akcja poszła na marne.

Dodatkowym atutem tego miasta są taksówki w przystępnych cenach. Nie ma zwyczaju zapinania pasów w samochodach, więc chyba nie muszę dodawać, że nie ma co liczyć na foteliki dla dzieci. Szanse na to mamy chyba jedynie na lotnisku, jeżeli zamówimy taksówkę bezpośrednio w okienku dyspozytora. Wtedy na żądanie dostaniemy siedząco samochodowe.

  • Jedzenie dla bobasów

W sklepach dostępne są te same produkty dla dzieci co w naszej części Europy. Muszę jednak przyznać, że ich ceny są wyższe. Jeżeli jedziemy do Sofii tylko na kilka dni, to myślę, że kaszki i mleko warto zabrać ze sobą.

  • Atrakcje

Nie zaobserwowałam żadnych szczególnych atrakcji dla starszych dzieci, ale też takich nie szukałam. Na pewno miłą odskocznią od zgiełku ulic są liczne parki. Nie spodziewajmy się w nich jednak super placów zabaw, ale jakaś pojedyncza huśtawka czy zjeżdżalnia na pewno się znajdzie. Dodatkową atrakcją, która zagospodaruje nam cały dzień jest masyw górski Witosza.  To miejsce jest idealne na spacery, podczas których można delektować się piękną naturą i wspaniałym widokiem. Z kolei zimowa porą   fani sportów zimowych znajdą tutaj trasy narciarskie. Na górę można dostać się autobusem o nr 66, taksówką lub gondolą (nie jest czynna przez cały rok).

Wokół większości zabytków, które można zwiedzić znajdują się schody. Niestety ciężko uniknąć w tym mieście noszenia wózka.

  • Krawężniki, chodniki

Krawężniki i chodniki zasługują na umieszczenie w osobnym punkcie. Przez chwilę wahałam się nawet, czy nie dodać ich do kategorii „atrakcje”. Jazda wózkiem, rowerem czy nawet chodzenie po nich to wyzwanie. Chyba nie skłamię, gdy powiem, że każda osoba z naszej 5-osobowej grupy potknęła się przynajmniej raz… Naprawdę… już dawno  nie widziałam tak nierównych chodników. Nasz wózek ma wielkie dmuchane kółka, takie „mini terenówki”. Do tej pory ich zalety docenialiśmy głównie w lesie czy na nierównym terenie. Jednak w Sofii przydały się podczas zwykłego spaceru po mieście. Zwykłe plastikowe kółka w niektórych miejscach mogłyby nie przetrwać takiej wycieczki. Same krawężniki mają natomiast wysokość ok. 20 cm…czasami nawet więcej. Na pewno polecam je wszystkim fanom wyczynowej jazdy na deskorolce, rodzice z wózkiem będą jednak mniej zachwyceni.

  • Nastawienie wobec dzieci

Nie zaobserwowałam żadnego wrogiego nastawienia Bułgarów ani też przesadnej radości okazywanej małym podróżnikom.  Myślę, że nastawienie wobec dzieci określić można jako umiarkowanie dobre. Na pewno nie trzeba się obawiać niemiłych spojrzeń ze strony pracowników miejsc, do których się udamy. Na lotnisku pracownicy kontroli bagażowej uśmiechali się tylko do naszej córki. Reszta naszej grupy spotkała się natomiast z brakiem sympatii z ich strony.

Niestety potwierdzamy, że Bułgaria nie jest zbytnio przystosowana do poruszania się po niej na wózku lub z wózkiem.

Do Sofii  warto udać się w ramach krótkiego rodzinnego wyjazdu. Polecam je również miłośnikom gór, którzy chcieliby połączyć miejski urlop ze spacerem po górskich szlakach.  Jednak podróżowanie po tym mieście może być ciężkie dla osoby, która zdecyduje się na przyjechać do Sofii sama z dwójką dzieci.                                                                                    Nie powiedziałabym, że jest to miasto przygotowane na turystów z dziećmi. Jednak brak wyżej wymienionych udogodnień nie spowoduje, że nasza wycieczka będzie nieudana. Wnoszenie wózka jeszcze nikogo nie zabiło.  Natomiast rodzice przebierają swoje pociechy w tak różnych miejscach, że poradzą sobie bez przewijaka.  Jednak stolica Bułgarii nie wygrałaby plebiscytu na miejsce przyjazne turystom z dziećmi.

PS. Wszystkim zainteresowanym odwiedzeniem stolicy Bułgarii sugerowałabym zabranie lekkiej spacerówki niż dużego/ciężkiego wózka lub super wujka, który pomoże w przenoszeniu „dzieciowozu”.

Z perspektywy rodzica- Kanada

Każdy rodzic prędzej czy później będzie musiał zadać sobie pytanie: „Dokąd udać się z dziećmi na wakacje?” Nie ma znaczenia, czy wybierzemy miejsce znajdujące się 20, 200 czy 2000 km od domu. Najważniejsze, że spędzimy ten czas razem. Oczywiście musimy być świadomi tego, że istnieją państwa bardziej przyjazne rodzinnym wyjazdom i takie, do których  może niekoniecznie leciałabym w pierwszą w podróż z bobasem. Przykładowo na Indie czy Birmę przyjdzie jeszcze czas…

Jeżeli możemy sobie jednak pozwolić na luksus w postaci wyboru dowolnego miejsca na ziemi,  warto byłoby zastanowić się nad kryteriami, jakie powinien spełniać cel naszej wycieczki. Nie, nie zachęcam nikogo do tworzenia listy za i przeciw ani prowadzenia wielogodzinnych analiz. Wystarczy wybrać kilka punktów, które ułatwią nam podjęcie decyzji i pozwolą z miliona cudownych miejsc na świecie wybrać to jedno, które w danym momencie naszego życia, będzie idealne. Kryteria te nie zagwarantują nam niestety, że wyjazd będzie  w 100% udany, ale przynajmniej dadzą nam poczucie świadomego wyboru. Muszę przyznać,  że lista, którą stworzyliśmy przed pierwszą daleką podróżą z naszą córką była bardzo krótka. To wynikało z braku doświadczenia w wyprawach z potomstwem oraz z tego, że decyzje zakresie wycieczek podejmujemy zazwyczaj dość spontanicznie. Chcieliśmy wykluczyć państwa, które ze względu na rozwój cywilizacyjny, stopień bezpieczeństwa, utrudniony dostęp do czystej wody i brak możliwości korzystania z wózka (nasze dziecko nie jest fanem nosidełek) mogłyby wywołać u nas pewną frustrację (o tym pisałam już  w wpisie „Lecimy do Kanady„). Innych aspektów nie braliśmy pod uwagę. Jesteśmy jednak świadomi tego, że nasze wymagania będą się zmieniały wraz z wiekiem naszej córki.  Natomiast dzięki wycieczce do Kanady przekonaliśmy się, co wpływa na komfort podróży z dzieckiem..

CZY WARTO WYBRAĆ KRAJ SYROPU KLONOWEGO JAKO CEL RODZINNEJ WYCIECZKI?

  • Udogodnienia

Po pierwsze Kanada to państwo przygotowane na turystów z dziećmi. Niemalże w każdej restauracji (nawet w tych obskurnie wyglądających) dostępne są krzesełka dla maluchów lub specjalne nakładki na normalne krzesła. Oprócz tego ponad 80% toalet (za wyjątkiem toi toi) posiada przewijaki. W dodatku znajdują się one nie tylko w damskich, ale także w męskich toaletach!!! Kanadyjczycy wpadli najwyraźniej na to, że ojciec też jest w stanie przebrać dziecku pieluchę. Na szczęście nie wszędzie na świecie rozumiane jest to wyłącznie jako obowiązek matki. Z drugiej strony zawsze zastanawiało mnie, jak problem zmiany pieluchy u dzieci w miejscu publicznym rozwiązują mężczyźni. Wyobrażam sobie wszystkie kreatywne rozwiązania (Panowie, ucieszą mnie Wasze komentarze w tym temacie) .  W Kanadzie nikt nie musi kombinować.   Moim osobistym highlight´em w tym zakresie są tzw. pomieszczenia rodzinne, do których  mogą wejść oboje rodzice. W środku znajdują się zarówno przewijak, jak i toaleta. Dużym zaskoczeniem były też place zabaw, przy których wybudowane były toalety. Rozwiązanie to oszczędza stresu rodzicom odpieluchowanego potomstwa, a dzieciom zapewnia szybki powrót do przerwanej zabawy. W Europie to jednak melodia przyszłości.

DSCN03501.JPG

Oczywiście trzeba też przyznać, że nie wszystko jest idealne i są momenty, kiedy podróżowanie z wózkiem może być uciążliwe. W Toronto niewiele stacji metra było wyposażonych w windę, więc i wózek było trzeba wnosić po schodach. Z drugiej strony zawsze znalazł się ktoś chętny do pomocy lub podziwiający nasze samozaparcie.

  • Środki transportu

Na pewno nie jest to kraj na wyprawę autostopem, jeżeli ma się ograniczony czas. Po pierwsze nie jest to dość rozpowszechniona forma podróżowania, a po drugie w niektórych miejscach tak rzadko przejeżdża jakiś samochód, że parogodzinne czekanie z dziećmi na pustkowiu może przerodzić nawet najbardziej udane wakacje w horror. Przemieszczanie się po dużych miastach jest w miarę komfortowe, niestety transport między miejscowościami nie powala na kolana swoją ofertą. W dodatku jest dość drogi. Jeżeli wybieramy się do Kanady z rodziną lub nawet w dwójkę, to wynajęcie samochodu jest praktycznym i ekonomicznym rozwiązaniem. Dla podróżników z dobrą kondycją, których (starsze) dzieci kochają poruszanie się na dwóch kółkach ciekawym pomysłem może być przemieszczanie się rowerem.

DSCN22461.JPG

  • Asortyment dziecięcy

Zdecydowanie niekorzystnie wypadają ceny mleka modyfikowanego oraz jakość słoiczkowego jedzenia dla bobasów. W sklepach sprzedają głównie  produkty firmy Heinz. Przepraszam za porównanie, ale niektóra zawartość słoiczków pachniała tak, że zastanawialiśmy się, czy nasze dziecko ponownie zrobiło w pieluchę…To nie to co dobry Hipp. Na lotnisku w drodze powrotnej spotkaliśmy rodzinę ze Szkocji, która  częściej bywa w Kanadzie. Zauważyliśmy, że mieli przy sobie słoiczek tej marki. Zapytaliśmy ich, czy udało im się go zakupić to w Kanadzie. Odpowiedzieli, że nie i że zawsze wożą ze sobą zapas jedzonka Hipp, bo ich syn nie cierpi lokalnych słoiczków…także to chyba nie tylko nasza opinia.

Miłym zaskoczeniem okazały się przystępne ceny zabawek oraz szeroki wachlarz gadżetów dziecięcych. My zakupiliśmy tam np.. talerzyk-nakładkę na stół, który można łatwo umyć, zwinąć i schować do torebki. W podróż do Kanady nie trzeba zatem  zabierać worka zabawek i warto uzupełnić zapas na miejscu. Bardzo dobrym przykładem jest szczeniaczek uczniaczek firmy Fisher Price, który w Pl kosztuje średnio 0k 100 zł. My kupiliśmy go w Walmarcie za ok 23 kanadyjskie dolary, co jest odpowiednikiem 70 zł według dzisiejszego kursu. Uważać trzeba natomiast przy gadająco-grających zabawkach. Należy pamiętać o tym, w której części kraju się przebywa. W prowincji Quebec wszystkie zabawki mają zaprogramowany język francuski. Pewnego razu zdarzyło się nam o tym zapomnieć, gdy kupowaliśmy prezent dla naszego dziecka. W drodze do kasy nowy gadżet przez przypadek się włączył (na szczęście) i uratował nas przed zakupem zabawki gadającej w niezrozumiałym dla nas języku. Nie będziemy tego ukrywać, nie  jesteśmy fanami  języka francuskiego.

WP_20160814_17_01_14_Pro_LI1.jpg

  • Atrakcje

Kanada oferuje ponadto wiele możliwości oudoorowych. Jeżeli dziecko  nie pozwala na rundki po galeriach czy muzeach, a marsze po ulicach miast też nie przypadną mu do gustu to w tym kraju na pewno można znaleźć inne atrakcje.  Zaczynając od ogromnej ilości Parków Narodowych, w których można również nocować pod namiotami lub  w kamperach, przez pięknie położone forty oraz  parki miejskie, na licznych placach zabaw kończąc.

DSCN20851.JPG

Także duża miasta posiadają urokliwe miejsca z dala od zgiełku ulic. Przykładowo w stolicy prowincji Ontario prawdziwą oazą spokoju są wyspy Toronto. Jest to idealne miejsce na przejażdżkę rowerową z najmłodszymi członkami rodziny, które nie czują się jeszcze pewnie na ulicach miast. Osobom zmęczonym restauracyjnym jedzeniem proponuję zrobienie tutaj rodzinnego pikniku. Wybór tej lokalizacji  jest oczywisty, kiedy jest się świadomym istnienia tego miejsca. Oprócz koca i koszyka z jedzeniem warto zabrać ze sobą strój kąpielowy, jeżeli lubimy kąpiel w 12 stopniowej wodzie…    15 minut drogi na północ z centrum Ottawy znajduje się Park Gatineau, który świetnie nadaje się krótkie i dłuższe wypady. Duża ilość szlaków pieszych, rowerowych oraz dostępność miejsc campingowych i piknikowych, a także  jezior i punktów widokowych wypełniłaby nawet miesiąc naszych wakacji. Tutaj można znaleźć rozrywkę dla potomstwa w każdym  wieku.  W samym Montrealu także można znaleźć  wiele malowniczo położonych parków. Dla młodych fanów sportu trafionym pomysłem będzie spacer po  parku olimpijskim, a wizyta w  parku rozrywki przypadnie do gustu poszukiwaczom adrenaliny. Myślę, że nawet najbardziej wymagające dzieci znajdą również w dużych aglomeracjach coś dla siebie.

DSCN03061.JPG

Dodać też trzeba, że Kanada to młode państwo o prawie 150 letniej historii. Ten kraj oferuje na pewno o wiele mniej typowych punktów zwiedzania tzw. „must see” niż np.  Paryż czy Ateny. Dzięki temu rodzice-podróżnicy nie muszą się obawiać, że w trakcie wyjazdu będą musieli zrezygnować z obejrzenia wielu wyjątkowych wystaw muzealnych czy zabytków.  Idealnym połączeniem lekcji historii ze zwiedzaniem z dziećmi są forty. Maluchy będą miały szanse wybiegania się na świeżym powietrzu i zrobić zdjęcie a armatą, podczas gdy dorośli będą mogli dowiedzieć się paru nowych faktów historycznych. Muzeum Historii w Ottawie jest godne polecenia. Nadaję do odwiedzenia podczas urlopu z rodziną. Dlaczego? Przy nim znajduje się specjalne muzeum dla młodszych turystów,  dla których przygotowany jest odpowiedni interaktywny program. Ze starszymi dziećmi, które są  świadome problemów otaczającego je świata zajrzeć można do Kanadyjskiego Muzeum Imigracji  – Pier 21 –  w Halifax. W dość łatwy sposób, ale równocześnie trafiający do serca  przedstawiony jest temat imigracji i jego konsekwencji. Ciekawe rekwizyty na pewno zainteresują również młodsze pociechy. Świetnym miejscem do zwiedzania razem z dziećmi są żyjące muzea, jak np. wioska Upper Canada lub akadyjska wioska historyczna w okolicach Caraquet, które ukazują życie w latach 1770-1949 z wieloma atrakcjami dla małych podróżników.                                                                                                                                  Tutaj warto wspomnieć jeszcze o tzw. bilecie Parks Canada Discovery Pass, który jest ważny dla  grupy do 7 osób jadącej w jednym samochodzie. W ostatecznym rozrachunku bardziej opłaca się zainwestować w jeden bilet niż kupować za każdym razem pojedyncze wejściówki  dla każdego uczestnika wyprawy.

DSCN0954 1.JPG

  • Możliwość i jakość postojów w trasie

Każde nawet najbardziej cierpliwe dziecko zada w końcu pytanie „Daleko jeszcze?”. Prędzej czy później będziemy zmuszeni zrobić postój, aby zająć potomstwo czymś innym niż myśleniem o celu podróży. Przerwa np.na tankowanie czy krótką wizytę w toalecie nie będzie wystarczająco  satysfakcjonująca. Dlatego ważne jest, aby znaleźć  komfortowe miejsce na postój.

DSCN1381.JPG

W Kanadzie jest wiele możliwości stopów między miejscowościami nie tylko  na stacjach, ale także na łonie natury . W tym kraju jest to normalną praktyką, że podróżuje się z własną lodówką pełną jedzenia. Podczas postojów urządza się prawdziwe pikniki. Dzieci mają wtedy czas poszaleć, a dorośli rozprostować kości i zaspokoić głód. Nie spodziewajmy się stacji ze sklepem i McDonaldem co 10 km. Oczywiście takowe też istnieją, ale im dalej od większych miast, tym zdarzają się rzadziej. Z tego względu trzeba tankować  bak do pełna, gdy nadarza się ku temu okazja. Chyba, że ktoś jest fanem przygód i chce utknąć w środku lasu w samochodzie pełnym dzieci …  Zamiast McDonalda lepiej wybrać stacje z lokalem o nazwie Tim Hortons (takie połączenie Starbucks´a z fast food´em, ale po ich jedzeniu nie się wyrzutów sumienia, że się to zjadło i podało też dziecku)

  • Nastawienie wobec dzieci

Dodatkowo Kanadyjczycy nie przewracają oczami, gdy wchodzisz z dzieckiem do restauracji, sklepu czy muzeum.  Są zawsze uśmiechnięci i próbują stanąć na głowie, aby zadbać o komfort dziecka i jego opiekunów. Ta wypowiedź nie dotyczy tylko pracowników danego miejsca, ale także innych gości. To powoduje, że człowiek nie siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu na oburzone spojrzenia, gdy dziecko krzyknie, zapłacze lub będzie zachowywało się głośniej przy stole niż inni.                                                                                 Dzięki naszej córce nie musieliśmy czekać w kolejce do stolika  w restauracji. Było to oczywiste, że jako rodzice z dzieckiem dostaniemy miejsce do siedzenia jako pierwsi. W niektórych lokalach obsługa sama z siebie przynosiła jakieś przekąski dla naszego małego towarzysza i czekała, czy coś z tego jemu zasmakuje. Obsługa Subway´a podarowała naszej córce nawet torebkę ich ciasteczek, które w sumie zjedliśmy my, ale cicho :-). Nie zapomnimy też jak w Halifax w restauracji z przepysznym sushi -Wasabi House- kelner z własnej inicjatywy zabawiał naszego szkraba, abyśmy mogli w spokoju zjeść posiłek. Oczywiście mieliśmy dziecko i kelnera na oku.

DSCN1843-Sylwia1.JPG

Kanada to kraj bogaty w różnego rodzaju atrakcje dostosowane dla turystów w każdym wieku. Na pewno nie spotkamy się tu z opinią, że pies w knajpie jest ok, a dzieci powinny siedzieć w domu. Podróż po tym państwie słynącym z syropu klonowego zapewnia wspaniałe widoki i wrażenia, ale też komfort dla podróżników z dziećmi. Nie musząc martwić się o dodatkowe stresogenne faktory mamy więcej siły na „walkę” z małymi towarzyszami, które nie każdego dnia dostałaby dyplom za wzorowe zachowanie. Jak każdy kraj również Kanada ma swoje drobne minusy. Jednak w mojej opinii nie są one aż tak istotne, aby miałyby mieć jakikolwiek wpływ na nasze zdanie. Wózek nieraz musimy wnosić po schodach i w naszym mieście. Ceny i jakość jedzenia zawsze będą różne w zależności od państwa, które zwiedzamy. Gdybyśmy chcieli, aby wszystko było takie samo jak w domu nie wyjeżdżalibyśmy.

Jeżeli możecie sobie pozwolić na luksus wyboru dowolnego celu wakacji, z czystym sumieniem polecamy Kanadę.  Szczególnie na pierwszą wyprawę z  małym bobasem.

Podróż z dzieckiem: Czy warto?

„Czy jest sens zabierać je w daleką podróż?”, „Przecież i tak nie będzie nic  pamiętać.”, „Dziecko nas ogranicza w trakcie wyjazdu.”,  ” Urlop z dzieckiem to nie jest wypoczynek”.

Wielu rodziców zadaje sobie pytanie, czy na urlop powinni pojechać z dzieckiem. W tym zakresie wyróżnić można 3 typowe postawy: pierwsza grupa zostawia swoją pociechę z opiekunką lub z dziadkami.  Druga grupa rodziców w ogóle się nad tym pytaniem  nie zastanawia i po prostu jedzie. Niestety często krąży wokół nich grupa (pseudo)doradców poddających w wątpliwość słuszność takiej decyzji. Rodzice należący do trzeciej grupy nie wyjeżdżają. Zostają w domu ze swoimi dziećmi.

I kto tu ma rację?

Na to pytanie nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że taka nie istnieje. Wyznaję zasadę, że każdy powinien postępować zgodnie ze swoim sumieniem, dokonując takich wyborów, które będą dla niego najlepsze. To co jest dobre dla mnie, nie oznacza, że spodoba się innym. My wiemy, że podróż z naszą córką sprawia nam ogromną przyjemność, dlatego odkąd pojawiła się na świecie jest nieodłącznym kompanem naszych wyjazdów. Na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” krzyczymy głośno „TAK”.

WP_20160226_17_02_14_Pro_LI 1.jpg

Prawdą jest, że nasz szkrab jest zbyt mały, aby zrozumieć dokąd i dlaczego teraz lecimy lub jedziemy.  Prawdopodobnie niewiele też będzie pamiętać z naszych wypraw. Nie będzie pamiętać również tego, że zabieraliśmy ją na bawialnie, świętowaliśmy jej urodziny, czytaliśmy jej bajki i odwiedzaliśmy wspólnie Dziadków, ale mimo tego, to robimy. Zatem dlaczego nie mamy  zabrać jej  na wspólny wyjazd?                                                                                                                                                            Mój Mąż jako 6-latek towarzyszył swoim Rodzicom podczas 3-miesięcznego rejsu do Ameryki Południowej.  W tym czasie odwiedził połowę państw tego kontynentu. Ile z tego pamięta? Niewiele, tylko urywki. Szczególnie jaką zabawkę rodzice mu kupili w danym miejscu. Jednak gdy ogląda zdjęcia z tej podróży jest bardzo dumny, że miał szansę zwiedzić te odległe i egzotyczne miejsca jako dziecko.  Dodatkowo zaszczepiło to w nim chęć do odkrywania świata.

Sam fakt, że dziecko nie będzie pamiętało wspólnej wycieczki, nie oznacza, że taki wyjazd nie ma pozytywnego wpływu na jego rozwój. W trakcie naszej podróży po Kanadzie nasza córka codziennie obracała sie w nowym gronie osób, które ją zaczepiało, uśmiechało się do niej lub chciało się z nią bawić. To uczy otwartości i przyzwyczaja dziecko do osób, które wyglądają i mówią inaczej niż rodzice. Stwierdziliśmy, że jest to bardzo dobre przygotowanie na żłobek, do którego nasz bobas miał pójść po powrocie.                                                                                                                                                     Niestety w przypadku naszej córki to zainteresowanie jej osobą doprowadziło do tego, że już nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie, ponieważ inaczej była oburzona i dawała temu wyraz wołaniem w kierunku osoby, która ją minęła…najwyraźniej wszystko może zaszkodzić w nadmiarze.

Nasze dziecko przez wakacyjną wyprawę nauczyło się również robić „pa pa” na pożegnanie lub odmachiwać do innych osób.W Kanadzie tyle ludzi do niej machało, że w sumie nie miała innego wyjścia niż nabyć tę umiejętność.  Nigdy  nie zapomnę zdziwionej miny naszej pediatry, która na koniec wizyty lekarskiej po naszym powrocie pomachała na pożegnanie małej pacjentce, a ona jej odmachała. Przyznam, że byłam z niej w tym momencie bardzo dumna. Kanado, jestem Ci wdzięczna!

WP_20160724_13_53_49_Pro_LI12.jpg

Zaskoczeni byliśmy również z jaką łatwością nasza  córka jest w stanie przystosować się do nowych lub ciągle zmieniających się warunków. Najwyraźniej wycieczki uczą małego podróżnika umiejętności zasypiania w każdych warunkach, nie tyko w domu. Już podczas wcześniejszych wyjazdów przekonaliśmy się o tym, że nasze dziecię jest niewzruszone zmianą miejsca i łóżka, w którym ma spać. Nawet gdy miała miesiąc, 5, 6 czy 8 miesięcy. Jednak nie wiedzieliśmy, jak zareaguje na zmianę miejsca pobytu co dwa dni.  Dla dorosłego człowieka może to być męczące, a co dopiero dla małej istoty. Z tego względu chcieliśmy dopasować tempo naszej podróży do niej i jej aktualnego samopoczucia. Przed wylotem zaplanowaliśmy mniej więcej tylko pierwsze dwa tygodnie z mniejszymi dystansami do przejechania i większą ilością przerw w drodze. O przebiegu reszty wyprawy mieliśmy decydować na bieżąco. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się o to obawialiśmy. Nasze dziecko było bardzo elastyczne i pozwoliło nam ostatecznie odwiedzić więcej miejsc niż zakładaliśmy, a na koniec znaleźć jeszcze czas na relaksujące spotkania z przyjaciółmi.

Niesamowite było dla nas również to, że traktowała nasze co chwilę zmieniające się pokoje jako tymczasowy dom. Gdy wracaliśmy po całym dniu zwiedzania do naszego lokum (zarezerwowanego na portalu airbnb.com),  nasze dziecko w ogóle nie było skrępowane. Raczkowało wesoło z kąta w kąt, jakby myślało: „Acha, jesteśmy w domu”.

WP_20160404_16_33_30_Pro_LI 1.jpg

W trakcie tego wyjazdu również  my nauczyliśmy się czegoś nowego. Nastąpiło to podczas bliskiego spotkania naszej córki z grupą turystów z Chin. Wszyscy rozpływali się nad jej wyglądem oraz próbowali jej za wszelką cenę dotknąć. Zastanawialiśmy się z Mężem co powinniśmy zrobić w takiej sytuacji. Staliśmy akurat w kolejce na prom i nie chcieliśmy ryzykować, że nasze dziecko rozpłacze się w tym momencie przez zbyt intensywny kontakt z obcymi ludźmi. Tutaj trzeba przyznać, że ona cicho nie płacze i pewnie zmuszeni bylibyśmy uciec gdzieś w ustronne miejsce. Inaczej musielibyśmy później wypłacać wszystkim w kolejce odszkodowania za utratę słuchu i uszczerbki na zdrowiu.  Z jednej strony nie chcieliśmy zwracać im uwagi. Z drugiej strony wizja płaczącego dziecka i  ucieczki z kolejki też nam się nie uśmiechała . Okazało się, że nasza pociecha była uradowana całą uwagą, która była kierowana w jej stronę i zupełnie do niczego nie byliśmy jej potrzebni. Postanowiliśmy zatem dać jej możliwość zawiązania nowych znajomości bacznie nad nią czuwając. Po jakimś czasie zrobiła się jednak zmęczona i chyba też trochę znudzona. Widząc to chciałam wkroczyć do akcji i rozgonić towarzystwo. Nie musiałam. Nasze dziecko udowodniło nam, że nie potrzebuje ciągłej asysty  i radzi sobie samo w sytuacjach, kiedy jej się coś nie podoba lub ma dość. Potrafi to dość głośno i wyraźnie machając ręką zasygnalizować. Miła grupka zrozumiała przekaz, pomachała na pożegnanie i się oddaliła. Wtedy pomyślałam sobie, że nasza córka w  żłobku może jednak nie zginie. Dla nas była to lekcja o tym, że rolą rodzica jest bycie zawsze w pogotowiu, ale w taki sposób, aby dziecko nauczyło się  samo sygnalizować, że coś mu się nie podoba niekoniecznie wyciągając od razu ciężkiego działa w postaci płaczu.

Ostatni przykład, który przytoczę dotyczyć będzie języka obcego. Nasza córka słyszała przez 6 tygodni głównie angielski. Na początku wyjazdu, kiedy byliśmy pytani przez Kanadyjczyków, czy nasz mały towarzysz podróży rozumie po angielsku, musiałam powstrzymywać się od śmiechu. Nie mieliśmy pewności, czy nasz 9-miesięczny bobas rozumie wszystko po polsku lub choć trochę po niemiecku,  bo w końcu w Niemczech się wychowuje. To co tu dopiero mówić o języku obcym!  Przyznam jednak, że po 6 tygodniach to pytanie nie wydawało mi się już tak absurdalne. W końcu nasza wielotygodniowa podróż po Kanadzie była dla niej pasywną lekcją nauki angielskiego, której nie doświadczyłaby w tak młodym wieku zostając w domu. Pomyślałam, że jeżeli  słyszała język angielski codziennie przez 24h na dobę, to może jednak czegoś się nauczyła.   Pod koniec wyjazdu zastanawialiśmy się, ile z tego zostanie w jej umyśle i czy dzięki tej podróży kiedyś łatwiej  jej się będzie uczyć angielskiego.

Podróże to przygoda. Nie tylko pozwalają na zwiedzenie  nowych miejsc i zawiązywanie znajomości, ale i uczą m.in.: życia, otwartości, języka  i akceptacji.

WP_20160227_11_20_39_Rich_LI12.jpg

Jak daleko można pojechać z małym dzieckiem lub bobasem? Nie ma na to odpowiedzi. Granicą jest tylko nasza wyobraźnia i odwaga. Dziecku nie robi to różnicy czy będzie leżeć na kocu nad jeziorem 100 km czy w jakimś egzotycznym miejscu 2 tysiące kilometrów od domu.  Póki będziemy z nim i będziemy poświęcali mu uwagę będzie szczęśliwe niezależnie od miejsca.                                                                                                                                              Oczywiście nie myślcie, że zawsze jest pięknie i różowo.  Na każdym wyjeździe dziecko płacze i ma swoje humory, ale ma je również i w domu. Osobiście wolę walczyć z jego kaprysami w jakimś fajnym miejscu niż w czterech ścianach.  Przyznaję też, że podróżując z dzieckiem nie można korzystać ze wszystkich atrakcji danego miejsca. Wieczorne wypady na festiwale, koncerty lub odkrycie nocnego życia czy długie wycieczki po muzeach lub galeriach nie wchodzą w grę. Dla niektórych może to być ograniczeniem, dla innych rezygnacją ze zbędnej rozrywki, a dla innych dodatkowymi godzinami snu potrzebnymi na regeneracje, aby następnego dnia odkrywać miejsca, do których bez dzieci  nie trafiliby. Dużo zależy od naszego nastawienia.  Poza tym jeżeli traktujemy wycieczkę, jako ucieczkę od pieluch i butelek czy miliona pytań „a dlaczego?”, to wspólny wyjazd niekoniecznie wywoła  radość na naszych twarzach.

Dla nas wspólne wycieczki to czas, podczas którego możemy poświęcić sobie 100% uwagi, która na co dzień zostaje rozproszona przez wiele czynników typu praca czy domowe obowiązki.  W trakcie wyjazdu mamy  tylko siebie, ze wszystkimi tego zaletami i wadami.

Wiadomo, że  wyprawa z małym podróżnikiem wiąże się z różnymi obawami. Najpierw martwimy się, czy sprostamy logistycznemu wyzwaniu i spakujemy wszystkie tobołki malucha do bagażnika lub walizki. Potem dochodzi kwestia ilości godzin spędzonych w środkach transportu, ilości dziennie pokonywanych km, częstotliwości zmieniania miejsca, jedzenia, bezpieczeństwa itd …uwierzcie mi lista pytań i obaw zawsze będzie długa bez względu na wiek potomstwa. Wydaję mi się, że strach rodziców wyznacza czasem granicę wiary w możliwości i umiejętności własnego dziecka. Rodzinne wakacje to świetna okazja, aby te granice przełamać i wypróbować się w nowej sytuacji.                                                                                                                                                     Trzeba jednak być świadomym tego, że nigdy nie będzie idealnego momentu na wspólny urlop, a odpowiedzi na nurtujące nas, jako rodziców pytania nie poznamy dopóki się w taką podróż nie wybierzemy.

Czy na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” teraz już krzyczysz głośno „TAK” razem z nami?