Szlakiem Cabot´a – część IV

Ostatni dzień naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapowiadał się dobrze już od samego rana. Wyjątkowo nie obudził nas dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet okna, a niebo było niebieskie.  Po sytym śniadaniu i miłych rozmowach z innymi gośćmi w naszym Bed & Breakfast w Margaree Harbour ruszyliśmy na ostatnią przejażdżkę po Cabot Trail. Ta trasa skąpana w promieniach słońca prezentowała się jeszcze piękniej, więc przez większość drogi zbieraliśmy szczęki z ziemi.

Głównym celem tego dnia była wędrówka po Skyline Trail w Parku Narodowym Cape Breton Highlands. Ten pieszy szlak słynie z oszalamiających widoków i dużej ilości gatunków zwierząt, które można spotkać po drodze. Nie marzyłam o bliskim spotkaniu z niedźwiedziem, ale liczyłam, ze chociaż zza drzew wypatrzę łosia. Los sprawił, że spotkałam tego zwierzaka w tym dniu dwa razy. 

Gdy dojechaliśmy na parking chwilę po nas podjechało kolejne auto. Wyskoczyła z niego pani, która oznajmiła wszem i wobec, że łosie właśnie przeszły przez szosę. Pewnie zmierzały do tej części parku, więc szansa, że zaraz znajdą się blisko nas była bardzo duża.  Chwilę później naszym oczom ukazały się urocze stworzenia. 

DSCN3412.JPG

Pani łoś wraz ze swoimi dziećmi próbowała przejść przez parking. Jedyną przeszkodą byliśmy my, ludzie. Bylo nas więcej, więc zwierzęta widziały w nas zagrożenie.  Niektóre osoby zamiast stanąć z boku i się na chwilę uciszyć, to biegały za nimi z aparatami wzdłuż ścieżki pokrzykując przy tym wesoło. Zwierzęta nie mogły wejść na drogę. Stwierdziłam, że nie mogę na to patrzeć. Powiedziałam więc zgromadzonym, że łosie próbują przejść na drugą stronę, a nasza obecność i krzyki je stresuje. Podziałało. Spragniona wrażeń gromadka uspokoiła się, zwierzaki udały się w wybrane miejsce, a ja zobaczyłam je z bliska w najmniej spodziewanym momencie. Czekałam na to parę tygodni. Byłam więc usatysfakcjonowana. Na szlaku mogłam zatem spokojnie skupić sie na pięknym krajobrazie oraz  na tym , aby NIE spotkać niedźwiedzia. Po tym, jak w moje ręce wpadła ulotka parku, która dotyczyła sposobów postępowania na wypadek bliskiego spotkania z drapieżnikami, to ostatnie na co miałam ochotę to walka z „Mihem”, jakby to powiedziała  nasza córka. Złota rada kanadyjskich ekspertów na przeżycie spotkania z tym zwierzakiem brzmi:

Jeżeli wypatrzyłeś niedźwiedzia, a on Ciebie i nie było mu to obojętne, to sposób w jaki musisz się w takiej sytuacji zachować zależy od jego postawy. Jeżeli niedźwiedź nie chce Cię wyeliminować tylko jako ewentualnego niebezpieczeństwa, tylko jest to atak drapieżny, powinneś walczyć wszystkim, co przy sobie masz. Błędem jest kładzenie się na ziemi i udawanie trupa.

Jak u licha zwykły Kowalski ma w przeciągu paru sekund ocenić, czy zwierzę się tylko broni czy zobaczyło w nas smaczny kąsek? Poza tym wiedziałam, że z przedmiotami, które schowaliśmy do plecaka nasze szanse na zwycięstwo wynoszą O %, więc wynik tej bitwy był z góry przesądzony.  

Idąc szlakiem rozmawialiśmy głośno zgodnie z zaleceniami z ulotki, aby nie zaskoczyć kryjącej się w krzakach zwierzyny. Problem był w tym, że niezawsze chciało nam się prowadzić konwersacje. Widoki byly takie cudowne, że woleliśmy skupić  się na otaczającej nas przyrodzie. Przez jakiś odcinek drogi szliśmy więc w ciszy. No i stało się. Po lewej stronie ścieżki zza drzew usłyszeliśmy szelest. Następnie wypatrzeliśmy pana łosia z wielkim porożem, który był tak samo zaskoczony naszą obecnością, jak my jego. Zaczęliśmy powoli się wycofywać nie spuszczając go przy tym z oka. Pan łoś postanowił przyjrzeć się nam z bliska i powoli kierował się w naszym kierunku.

Co zrobić, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji? Kanadyjski ekspert radzi:

Gdy zobaczysz łosia nie uciekaj w panice. Szansa, że uda się wtedy za Tobą w pogoń  jest bardzo duża. Zacznij powoli się cofać nie spuszczając go z oczu. Jeżeli ruszy w Twoim kierunku w przyspieszonym tempie zadbaj o to, aby między Wami znalazły sie drzewa. To spowoduje, że nie będzie on mógł wymachiwać porożem ani swobodnie się poruszać.  Ty w ten sposób zredukujesz ryzyko, że zostaniesz przez niego stratowany.

Byliśmy zatem gotowi w każdej chwili wskoczyć w głęboki las i ukryć się między drzewami. Dziecko mieliśmy w nosidle, zatem mogliśmy się całkiem sprawnie poruszać. Powoli oddaliliśmy się cały czas bacznie obserwując każdy jego ruch.

Łoś wszedł majestatycznie na ścieżkę i ukazał nam się w całej swojej okazałości. 

DSCN3422

Spojrzał się na nas, stwierdził: „Phi, żadne z Was zagrożenie“ i poszedł dalej. Uffff, odetchnęliśmy  z ulgą, a zastrzyk adrenaliny sprawił, że nawet nie wiem kiedy oddaliliśmy się od miejsca naprawdę bliskiego spotkania. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście  tego dnia.

DSCN3425.JPG

Dalej czekały już na nas tylko cudowne widoki, błękit oceanu i świergot ptaków. Na końcu trasy spoczęliśmy w specjalnie przygotowanych do tego miejscach (tak, Kanada to kraj ławek w lesie 😆) i razem z innymi turystami podziwialiśmy otaczającą nas naturę, a przy okazji chwaliliśmy się im jak dzieci, tym co nas spotkało.

DSCN3461.JPG

Gdybyśmy jeszcze ze znajdującej się tam platformy widokowej na wzgórzu wypatrzyli wieloryby, to ten dzień byłby więcej niż perfekcyjny. Wiadomo jednak, w życiu nie można mieć wszystkiego :P.

Z tego względu, że Skyline Trail spełnił wszystkie nasze oczekiwania, a ja mogłam zrealizować swoje marzenie,  nie mieliśmy juz potrzeby szukania dalszych wrażeń ani w parku ani na Cabot Trail.

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej.

DSCN3473.JPG

Po drodze pooglądaliśmy jeszcze trochę  krajobrazów z przydrożnych punktów widokowych. Następnie udaliśmy się  do naszej ostatniej atrakcji na Cape Breton. Zwiedziliśmy destylarnie whisky Glen Breton, gdzie również można skosztować tego trunku. Znajduje się ona w miejscowości  Glenville. Glen Breton  Rare to pierwsza single malt whisky wyprodukowana w Ameryce Północnej. Trochę na nią w tej części świata poczekali, bo udało się to dopiero w 2000 roku. Więcej informacji dostępnych jest na: http://www.glenoradistillery.com/glenora-whiskey/   

Zadowoleni z realizacji naszego planu w 200% w tej części Kanady i pełni wrażeń udaliśmy się w drogę powrotną w kierunku Toronto.

Wspólnie z Panem Mężem odwiedziliśmy już wiele zakątków świata. Ten zapiera dech w piersiach i dostarcza wielu wrażeń. W rankingu naszych ulubionych regionów Cape Breton zajął bardzo wysoką pozycję. To miejsce, które zdecydowanie przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. W końcu nie bez powodu okrzyknięto  Cape Breton jedną z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Szlakiem Cabot´a – część II

Życie to nie koncert życzeń, więc następnego dnia oczywiście zabrakło słońca. Rano obudził nas deszcz, który uderzał w parapet okna. Nasze dobre humory zniknęły razem z błękitnym niebem.  W końcu przyjechaliśmy tutaj dla widoków i szwędania się po szlakach dla pieszych. W takim deszczu to ani przyjemnie ani bezpieczne, a widoczność średnia. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy licząc na to, że pogoda się polepszy. Dojechaliśmy do najbardziej oddalonego na północ punktu Wyspy Cape Breton: Meatcove.

DSCN3236.JPG

Tam zobaczyliśmy jeszcze lepszą miejscówkę do spania niż nasza. Pole campingowe na klifie. Człowiek budzi się rano i jedyne co dzieli go od oceanu, to parometrowa przepaść. Marzenie.

DSCN3254.JPG

Choć niekoniecznie idealne miejsce na nocleg, gdy towarzyszą Wam małe dzieci. Wokół tylko natura i żadnych domów w pobliżu. Niestety warunki pogodowe nie pozwalały na hiking przez las, więc pospacerowaliśmy po kamienistej plaży.

DSCN3260.JPG

Następnie pojechaliśmy do White Point.  Aby dostać się w to miejsce z północy wyspy trzeba ponownie przejechać krótki odcinek Cabot Trail. Kiedyś znajdowała się tu francuska wioska rybacka, gdzie trudniono się połowem homara. Dziś pozostały po niej tylko kamienie i groby nieznanych marynarzy.

DSCN3296.JPG

Odwiedzający trafiają do tego miejsca obecnie głównie ze względu na możliwość hiking´u po okolicznych wzniesieniach.

WP_20160814_15_33_59_Rich_LI.jpg

W deszczu przeszliśmy większą część dostępnego szlaku, który nawet przy tak niesprzyjającej pogodzie był bardzo atrakcyjny.

DSCN3300.JPG

WP_20160814_15_44_18_Rich_LI.jpg

Przemarznięci i przemoczeni postanowiliśmy rozgrzać się przy jakimś dobrym jedzonku. W tym celu udaliśmy się samochodem do miejscowości Neil´s Harbour. Podczas gdy my wcinaliśmy  ciepłą zupę, za oknem szalał wiatr i deszcz, a w małej zatoczce kołysały się kutry rybackie. Idealna pogoda do spędzenia czasu na zewnątrz, prawda? 😉

WP_20160814_16_59_40_Pro_LI.jpg

Nie zniechęciło nas to jednak do dalszego zwiedzania. Ustaliliśmy tylko, że rezygnujemy ze spacerów, bo szkoda nam było naszej córki. Tak naprawdę była to tylko wymówka. Dziecko wyglądało na zadowolone, po prostu my nie chcieliśmy już moknąć.

Gdy jechaliśmy Cabot Trail zauważyliśmy znak, który pokazywał, że w okolicy znajduje się miejsce, do którego przybył żeglarz John Cabot w 1497 roku. Spodziewaliśmy się, że będzie to  na którymś odcinku właśnie tej drogi widokowej. Okazało się, że na tej słynnej trasie jest tylko znak. Po jakiś 30 minutach szukania, kręcenia kółeczek ostatecznie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Na plaży,  która oczywiście znajdowała się poza szlakiem (…logiczne, nie? :-P), odnaleźliśmy tablicę pamiątkową oraz pomnik Cabot`a.  

Po tym punkcie naszego programu z czystym sumieniem mogliśmy wrócić do motelu w Bay St. Lawrence i się trochę podsuszyć. Zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepiku, aby mieć z czego przygotować kolację. Późne popołudnie przeznaczyliśmy na podpatrywanie oceanu z okien naszego pokoju i suszenie ubrań.

Czytaj dalej tu.

Z perspektywy rodzica- Japonia

Dziś w ramach artykułu z serii „Z perspektywy rodzica” prezentujemy Wam Japonię. Ten azjatycki kraj od zawsze zajmował jedną z czołowych pozycji na naszej liście marzeń. Co prawda jeszcze parę lat temu wyobrażałam sobie, że polecimy tam we dwójkę, a nie jako rodzina. Jednak im więcej czytałam o tej części świata, tym bardziej byłam o tym przekonana, że podróżowanie z dzieckiem po tym państwie nie jest żadną czarną magią. Przyznam szczerze, że to co zastaliśmy na miejscu przerosło nasze oczekiwania. 

CZY WARTO WYBRAĆ KRAJ KWITNĄCEJ WIŚNI JAKO CEL RODZINNEJ WYCIECZKI?

  • Udogodnienia

Udogodnień, które oferuje Japonia dla podróżujących rodzin nie spotkaliśmy dotąd w Europie.  Wszystkie toalety, które mieliśmy okazję „odwiedzić” posiadały przewijaki. Nieważne, czy było to na dworcu, w pociągu, w parku, czy na terenie kompleksu świątynnego. Po pewnym czasie przestaliśmy się zastanawiać nad tym, czy w danym miejscu będzie WC i czy będzie, jak wygodnie zmienić pieluchę. Co ciekawe, przewijaki znaleźć można było także w większości męskich toalet oraz w pomieszczeniach dla niepełnosprawnych. Najwyraźniej Japończycy, tak samo jak Kanadyjczycy wpadli na to, że ojciec też jest w stanie przebrać dziecku pampersa.

Dodatkowym punktem zasługującym na wyróżnienie jest siedzonko toaletowe (Przynajmniej ja to tak nazywam. Nie wiem, czy ma jakąś oficjalną nazwę). Co to takiego? To żaden kosmiczny wynalazek.  To krzesełko, które przymontowano do ściany  kabiny, aby rodzic mógł posadzić w nim dziecko. Pozwala to opiekunowi małej pociechy na bezstresowe załatwienie swoich potrzeb. Nie trzeba się zastanawiać nad tym, gdzie postawić wózek albo   jak utrzymać malucha na rękach tak, żeby móc się w miarę komfortowo skorzystać z toalety. Banalne, a jakie praktyczne, prawda?

toaleta

W każdym kraju, który odwiedzamy napotykamy mniejsze lub większe problemy. W Kraju Kwitnącej Wiśni to właśnie podróżowanie z wózkiem stanowi pewnego rodzaju wyzwanie. Nie wszędzie się z nim zmieścicie, np.: w restauracjach ze względu na wąskie wejście lub brak miejsca w środku. Osoby z wózkami mogą zapomnieć o przejażdżce autobusami w Kioto w godzinach szczytu.  Na szczęście to nie jedyny środek transportu w tym mieście. Istnieje jeszcze metro i pociągi. Inaczej nie dotarlibyśmy do Arashiyama.

W dużych japońskich miastach na peronach głównych stacji dostępne są windy lub ruchome schody. W niektórych kompleksach świątynnych znaleźć można rampy. Zdarzały się jednak dni, kiedy musieliśmy nosić wózek. Wtedy zawsze nie wiadomo skąd pojawiała się przy nas jakaś dobra dusza, która była chętna nam pomóc.

Przed wyjazdem warto zastanowić się nad wyborem odpowiedniego dzieciowozu. O tym, jak wybrać odpowiedni model dowiecie się tutaj.

W większości restauracji wieczorem ciężko znaleźć wolne miejsce. Zadanie to jest utrudnione, gdy jest się w towarzystwie dziecka w dzieciowozie. Trzeba to mieć na uwadze planując porę kolacji.  W niektórych miastach (nie dotyczy to Tokio i Osaki) między 14:00 a 17:00 nie serwuje się jedzenia. W Japonii nie grozi Wam jednak ani głód ani pragnienie.

japonia stoiska.jpg

Liczne sklepy czy stoiska z przekąskami oraz automaty z napojami pozwolą w każdej chwili zaspokoić pierwsze potrzeby Waszych małych towarzyszy.

Automat.jpg

  • Środki transportu

O środkach transportu moglibyśmy napisać wiele. Doceniliśmy punktualność i czystość  pojazdów, częstotliwość połączeń oraz toalety z przewijakami na stacjach i w pociągach. Pamiętajcie jednak, że poruszanie się z wózkiem w godzinach szczytu może nie być łatwe. Kilka razy nie mogliśmy wyjść z autobusu, ponieważ nie zmieściliśmy się z wózkami w przejściu. Wywołaliśmy tym złość u kierowcy. Powód: przyczyniliśmy się do 30 sekundowego opóźnienia względem rozkładu jazdy! Jednak z wyjątkiem paru takich sytuacji, nie mieliśmy większych problemów.

Komunikacja publiczna zarówno między miastami jak i w mieście spełnia oczekiwania nawet najbardziej wymagających użytkowników. Turyści nie tracą czasu na transport z punktu A do punktu B, co pozwala na zwiedzenie wielu zakątków Japonii w dość krótkim czasie.

Zastanawiacie się pewnie, jak wyglądała nasza podróż  pociągiem. O dziwo odległości między fotelami pozwalają na bezproblemowy przejazd wózkiem przez wagon oraz ustawianie go  w rzędzie, w którym siedzimy. Oczywiście to też zależy od szerokości Waszego wózka. Nasz Quinny dawał radę.

Więcej o tym, jak wygląda przejazd pociągiem z dziećmi w Japonii dowiecie się z kolejnego postu.

  • Asortyment dziecięcy

Produktów dla dzieci nie znajdziemy ani w małych sklepach typu 7-eleven ani drogeriach (w nielicznych widzieliśmy pieluchy).

Słoiczki i innego rodzaju przysmaki dla małych podróżników dostępne są w większych supermarketach, np. Seiyu. W Japonii nie brakuje również sieciówek typu Babies r us lub ich japońskich odpowiedników. O niektórych z nich nie można powiedzieć, że są to  zwykłe sklepy. Byliśmy w takich, które wyglądały jak mini parki rozrywki  z automatami do gier, kącikami zabaw i  basenami z kulkami. Wasze dzieci na pewno nie będą się tam nudzić. 

WP_20170531_10_11_10_Rich_LI.jpg

W wymienionych sklepach nadaremnie możecie szukać znanych marek słoiczków. Dostępne są tylko lokalne produkty. Niestety ich jakość nie zachwyca. Nasza szkrab wolał kurczaka lub ośmiornicę z naszego talerza. Oczywiście nie oznacza to wcale, że Wasze pociechy nie pokochają japońskich przetworów. Córka naszych przyjaciół zjadała dzielnie wszystko, co jej podano.

Jako fani praktycznych gadżetów dla dzieci również podczas tego wyjazdu rozglądaliśmy się za jakimś ciekawym produktem. Osobiście spodziewaliśmy się większego wyboru, ale być może trafiliśmy do nie najlepiej wyposażonego sklepu. Naszym highlightem były specjalne pałeczki do nauki posługiwania się nimi.  

Ceny niektórych produktów (np.: mleka modyfikowanego) wypadają zdecydowanie niekorzystnie. Pieluszki w przeliczeniu na sztukę również wychodzą drożej niż w Polsce. Natomiast przystępne ceny zabawek zachęcają do przywiezienia jednej z nich w ramach pamiątki lub prezentu, np. zabawkowy pociąg shinkansen.

  • Atrakcje dla całej rodziny

Japonia ma do zaoferowania wiele atrakcji, które znajdują się na łonie natury. Należą do nich położone w urokliwych parkach lub sąsiadujące z pięknymi ogrodami świątynie czy zamki.

Dla oszałamiających widoków i świeżego powietrza warto wybrać się w japońskie Alpy.

japonia widoku.JPG

Polecamy przeprawę szlakiem Tateyama Kurobe Alpine Route.  Dla starszych dzieci dodatkową atrakcją będzie przejazd różnymi środkami lokomocji, które oferowane są na tej trasie.

DSCN5687.JPG

W Osace warto wybrać się do Kaiyukan. To jedno z największych oceanariów na świecie, gdzie każdy członek rodziny będzie się dobrze bawił. Natomiast w Tokio rozrywką dla Was i Waszych pociech będzie odwiedzenie Kawaii Monster Café. Więcej o tym miejscu przeczytacie tutaj.

Nara oferuje bliskie spotkanie z nachalnymi sarenkami na zielonej łące. Szczerze powiedziawszy nie pochwalamy tej atrakcji.  Szkoda mi tych zwierzątek, za którymi uganiają się turyści, a gdy tylko zwierzaki stają się zbyt natarczywe i role się odwracają, to człowiek przejawia wobec nich niezbyt miłe zachowanie… Dla samych zwierzaków byśmy nie odwiedzili tego miejsca. Kto wie, może akurat Wam się spodoba 😊.

sarenki.JPG

Dopiero sarenki napotkane w lesie wzdłuż ścieżki do kompleksu świątynnego robią wrażenie i pozwalają na spokojne przyjrzenie się tym mieszkańcom Nary. One z odpowiednim dystansem obserwują przechodniów spomiędzy drzew i tylko od czasu do czasu wychodzą odwiedzającym naprzeciw.

DSCN6316.JPG

Do tej miejscowości wybrać się jednak warto głównie ze względu na zachwycającą świątynie Tōdai-ji.

W miastach znajduje się wiele parków oraz placów zabaw. To idealne miejsce, aby odpocząć od zgiełku ulic oraz poobserwować, jak spędzają czas japońskie rodziny.  Chętnie piknikują w cieniu drzew. W sumie spożywają posiłki zawsze, kiedy tylko nadarzy się ku temu odpowiednia okazja. W końcu jedzenie to również japońska rozrywka. Gdy tylko skosztujecie pierwszych dań, zrozumiecie Japończyków. Zapomnieć nie można również o licznych wesołych miasteczkach.

  • Nastawienie wobec dzieci

Japończycy nie tylko nie przewracają oczami, gdy wchodzisz z dziećmi do restauracji, sklepu czy muzeum, ale wręcz nie mogą powstrzymać zachwytu na ich widok.  Są zawsze uśmiechnięci i próbują stanąć na głowie, aby zadbać o komfort małej pociechy i jej opiekunów. Ta wypowiedź nie dotyczy tylko pracowników danego miejsca, ale także innych gości. To powoduje, że człowiek nie siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu na oburzone spojrzenia, gdy dziecko krzyknie, zapłacze lub będzie zachowywało się głośniej niż inni. Zresztą nawet płaczący szkrab jest dla nich kawaii (pol. urocze).                                                                                

W niektórych restauracjach obsługa ma przygotowany zestaw miseczek i sztućców dla najmłodszych gości, które przynosi zawsze bez względu na to, czy zamówiony został dla nich posiłek. Poza tym często podarowuje dzieciom małe upominki. Konduktorzy w pociągach rozdają naklejki najmłodszym pasażerom.  

Kraj Kwitnącej Wiśni to naszym zdaniem idealna destynacja na rodzinne wakacje. Nie trzeba się zastanawiać nad jakością wody czy spożywanych posiłków ani obawiać ewentualnych nachalnych naganiaczy czy oszustów. Nie musząc martwić się o dodatkowe stresogenne faktory podczas wycieczki mamy więcej siły na „walkę” z małymi towarzyszami, które nie każdego dnia dostałaby dyplom za wzorowe zachowanie. Po Japonii podróżuje się łatwo i przyjemnie. Wszelkiego rodzaju udogodnienia ułatwiają zwiedzanie z małymi podróżnikami, a liczne atrakcje nie pozwalają na nudę. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę, to odpowiedni wózek, aby nie utknąć w jakimś przejściu… 😊.

 

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

10 ogrodów świata w jednym miejscu. Zapraszamy na wycieczkę po Gärten der Welt.

Ciekawi jesteście kolejnej propozycji na jednodniową wycieczkę? Tym razem chcielibyśmy Was zaprosić do Berlina, a dokładniej do dzielnicy Marzan-Hellersdorf. Znajduje się tutaj kompleks znany jako  Gärten der Welt  – Ogrody Świata. Na jego terenie zwiedzić można 10 ogrodów z najodleglejszych zakątków świata – od angielskiego po orientalny  – oraz skorzystać z wielu innych atrakcji.

Obecnie na terenie parku odbywa się Międzynarodowa Wystawa Ogrodnicza – IGA 2017, która trwać będzie do 15 października 2017. Wiąże się to niestety z podniesieniem cen biletów wstępu. W związku z imprezą wybudowano jednak dodatkowe atrakcje, które urozmaicają pobyt i rekompensują wyższą cenę. Należą do nich m.in.: kolejka linowa, platforma widokowa oraz tor bobslejowy. Poza tym w ramach imprezy IGA architekci krajobrazu z różnych państw stworzyli międzynarodowe gabinety ogrodowe. Kolejne niespodzianki znaleźć można idąc wzdłuż tzw. Aqua Promenady.

gärten der welt 67.jpg

My się tak trochę śmiejemy, że dzięki szczecińskiemu projektowi „Floating Garden 2050” doczekamy się jakiegoś bezpośredniego połączenia z tego parku do Szczecina, aby goście Ogrodów Świata mogli zobaczyć również innowacyjny pływający ogród z Polski. W końcu z Marzahn to już bliżej do polskiej granicy niż do zachodniego Berlina…:-).

Do głównych ogrodów tej atrakcji zalicza się:

  • chiński
  • japoński
  • koreański
  • orientalny
  • włoski
  • balijski
  • angielski
  • labirynt
  • chrześcijański
  • bylinowy

Każdy z nich jest piękny i interesujący. W labiryncie zarówno dzieci jak i dorośli będą się dobrze bawić. Po około 8 minutach poszukiwaczom przygód udaje  się odnaleźć małą wieżę widokową, która znajduje sie w sercu labiryntu.  Pilnujcie tylko swoich pociech, aby nie pomyślały, że naprawdę zabłądziły :-). Jedyny ogród, który znajduje się w zamkniętym pomieszczeniu to ogród balijski, gdzie podziwiać można tropikalną roślinność.

Do moich ulubionych zakątków należy ogród chiński z dość dużym jeziorem, kamiennym mostem i tradycyjnymi pawilonami.  Jego nazwa „Ogród odzyskanego księżyca” nawiązuje do zjednoczenia niegdyś podzielonego Berlina. Odwiedzający mają tutaj szansę skosztować drobnych smakołyków z Państwa Środka, napić się różnych rodzajów chińskiej herbaty oraz wziąć udział w ceremonii jej parzenia.

ogrody.jpg

Chcecie spojrzeć na park z trochę innej perspektywy? Przejedźcie się kolejką linową. Kursuje między wejściami na teren IGA na trasie „Kienbergpark“ – Gärten der Welt” z jednym stopem po drodze. Zatrzymuje się przy platformie widokowej, z której można podziwiać panoramę wschodniej części Berlina.

gärten der welt 56.jpg

gärten der welt 11.jpg

W Ogrodach Świata znajdziecie również zwierzątka, małą plażę z leżakami i dużo  zielonych terenów, gdzie odwiedzający spragnieni ciszy i spokoju mogą zaszyć się z książką.

0E66C305-F931-4562-8C24-D8801C9A5B22.jpg

Liczne imbisy nie dadzą Wam umrzeć ani z głodu ani z pragnienia. Oczywiście  możecie też przynieść jakieś przekąski ze sobą.

Osoby, które kochają przyrodę i lubią spędzać czas na łonie natury docenią uroki tej berlińskiej atrakcji.

gärten der welt 76.jpg

Rodziny z dziećmi  zagospodarują odpowiednio swój czas  na placach zabaw i w innych przyjaznych dzieciom częściom parku.

gärten der welt 9.jpg

Ogrody Świata Marzahn to idealne miejsce na aktywną wycieczkę, leniwą niedzielę…lub sesję zdjęciową. Jako pasjonaci podróży stwierdziliśmy, że park, w którym możemy w ciągu jednego dnia przenieść się z Japonii do Chin, a następnie do Orientu będzie odpowiednią scenerią dla naszej sesji ślubnej.

sesja.JPG

sesja1.JPG

Na koniec parę wskazówek:

1. Teren parku jest dość rozległy i trzeba się trochę nachodzić, aby dotrzeć do bardziej oddalonych zakątków. Warto więc zabrać wózki,  rowerki czy inne sprzęty dla swoich pociech.

2. Oficjalny parking IGA, z którego bus dowozi odwiedzających do bramy wejściowej kosztuje 7€ za dzien. Możecie spróbować poszukać miejsc do parkowania na osiedlach, które sąsiadują z Ogrodami Świata.

3. Zwiedzanie parku polecamy zacząć od wejścia „Gärten der Welt” przy Blumberger Damm 44.

4. Poproście o mapę przy wejściu.

5. Koniecznie weźcie ze sobą aparat.

 

Więcej informacji znajdziecie na: https://gruen-berlin.de/en/gaerten-der-welt

oraz oficjalnej stronie IGA.

 

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

 

 

Kawaii Monster Café

Jakiś czas temu usłyszałam, że Azję dzieli się na kraje rozwijające się,  nowoczesne oraz Japonię. Kraj kwitnącej wiśni to nie tylko shinkanseny, manga, sushi i świątynie –  Japonia to stan umysłu. Miejsca i rzeczy, które można tam zobaczyć ciężko znaleźć w innych częściach świata.

Do ciekawych atrakcji należą kawiarnie tematyczne. Odnaleźć je już można nawet w Europie, ale te najbardziej specyficzne znajdują sie właśnie po drugiej stronie globu. Słyszeliśmy o kafejkach z kotami, sowami lub dla fanów wampirów. Popularne są również tzw. Maid Café, gdzie jedzenie serwują młode dziewczyny przebrane za pokojówki. W „serwis” wliczone jest klaskanie i wyśpiewywanie różnych piosenek  słodkim głosem, a goście witani są słowami „Witaj w domu, Goshujin-sama (Panie)”. Podczas naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy odwiedzić jedną z tych nietypowych atrakcji.

Przed wyjazdem zupełnie przypadkowo znalazłam informację o otwartej w 2015 roku  tokijskiej kawiarni Kawaii Monster Café. Została zaprojektowana przez sławnego designera sztuki Sebastania Masuda´e, którego prace charakteryzują elementy kultury „kawaii”.

DSCN5444

W Kawaii Monster Café unikatowy wystrój wnętrza przyprawia o zawrót głowy, a personel przykuwa wzrok przebraniami. Menu dostępne jest na dotykowym tablecie w kształcie ciasta. Zarówno zimne, jak i ciepłe potrawy podawane są w stylu kawaii. W końcu wszystko musi wyglądać uroczo. Cuteness everywhere!

Kawaii1.jpg

Do lokalu wchodzi się przez paszczę wielkiego potwora. Nagle goście przenoszą się do świata intensywnych kolorów, kul dyskotekowych, błyszczących przedmiotów i klubowej muzyki. Na środku sali umieszczono wielką karuzelę w kształcie tortu, na której dwa razy dziennie odbywa się występ pań przebranych za urocze potwory.

kawaii2.jpg

Pomieszczenie zostało urządzone różnorodnie i dzieli się na następujące obszary:

·    Mel-Tea Room

·    Mushroom Disco

·    Milk Stand

·    Bar Experiment

Idąc do toalety nie zapomnijcie aparatu… :-). Podpowiem tylko, że nawet w tej części kawiarni nie zabrakło artyście pomysłów.

Warunkiem spędzenia czasu w Kawaii Monster Cafe jest zamówienie posiłku. Jedzenie nie należy do najtańszych. Nie spodziewajcie sie również wybitnych przeżyć kulinarnych, celem tego miejsca nie  są doznania smakowe. W weekendy warto zrobić rezerwację, aby uniknąć stania w kolejce. Wózki dziecięce trzeba  zostawić przed paszczą potwora.  

Kawaii3.jpg

Pobyt w kawiarni zaliczamy do bardzo udanych. Na początku byliśmy trochę sceptyczni, ponieważ nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać. Przekonaliśmy sie jednak, że warto odwiedzić Kawaii Monster Café. Dodatkowym zaskoczeniem  był zachwyt naszego dziecka i córki przyjaciół, którzy towarzyszyli nam podczas wyjazdu. Z zainteresowaniem zwiedzały wszystkie zakamarki, wdrapywały się tam, gdzie to było tylko możliwe, podziwiały karuzelę i pijącego z butelki jednorożca oraz kołysały się w rytm muzyki.

Kawaii.jpg

Nasza córka oglądała show z takim zafascynowaniem, że nawet nie mogłam do niej podejść. Zostałam po prostu odepchnięta na znak tego, że przeszkadzam…

Kawaii Monster Café to zdecydowanie atrakcja dla wszystkich członków rodziny (z wyjątkiem czwartkowych wieczorów… ;-)). Choć po wyjściu zastanawiać się będziecie, gdzie Wy właśnie byliście… to zupełnie inny świat.

 Więcej szczegółów na:

https://www.facebook.com/kawaiimonstercafe/

http://kawaiimonster.jp/

 

 

 

 

Z jakim wózkiem na wakacje?

Planujecie intensywną rodzinną wycieczkę? Zabieracie ze sobą potomstwo, które nie wyrosło jeszcze z dzieciowozu? Zatem musicie poważnie przeanalizować temat wózka. Tysiące modeli, które są dostępne na rynku wcale nie ułatwią Wam wyboru.

Lecąc do  Kanady mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby zabrać ze sobą naszego wielkiego Stokke Trailz, ponieważ wiedzieliśmy, że na miejscu będziemy się  przemieszczać głównie samochodem. Naszym jedynym zmartwieniem było to, czy wózek na pewno zmieści się do bagażnika.

W przypadku wyjazdu do Japonii sprawa wyglądała inaczej. W związku z tym, że mieliśmy zamiar poruszać się tylko i wyłącznie publicznymi środkami transportu, wielkość wózka miała dla nas istotne znaczenie. Niektórzy mogą w tym miejscu pomyśleć: „Cóż to za problem. Wystarczy zabrać zwykłą spacerówkę typu parasolka”. Otóż wcale nie jest to takie proste, zwłaszcza jeżeli chcemy zapewnić dziecku i sobie komfort podczas jazdy. Nie zapominajmy, że na urlopie mali podróżnicy spędzają sporo czasu w swoich powozach.

Jak udało nam się wybrać idealny model?

Wypracowaliśmy kilka kryteriów, które powinien spełnić nasz nowy dzieciowóz, aby sprawdził się podczas wycieczki. Oprócz wspomnianych już wymiarów należą do nich:

·   waga – Podczas takiego wyjazdu trzeba nie tylko nosić bagaż, ale również wózek. Czy to po schodach, czy w niektórych atrakcjach, czy na nieprzejezdnej drodze. Im mniejsza waga pojazdu, tym mniej się umęczycie.

·   szerokość rozstawu kół – Dlaczego ten punkt jest istotny? W niektórych miejscach można się po prostu nie zmieścić, gdy wózek jest zbyt szeroki. Może się wtedy okazać, że wejście do windy, a nawet do mieszkania stanie się problematyczne i konieczne będzie złożenie pojazdu. W Japonii nawet nasz idealny model nie podołał w niektórych japońskich autobusach i mieliśmy czasem problem przy wysiadaniu. Poza tym w zatłoczonych miejscach łatwiej przejechać wąskim wózkiem. Ma się także większą szansę na znalezienie kawałka miejsca w metrze w godzinach szczytu.

·   nieskomplikowany i intuicyjny sposób składania wózkaWózek musi być prosty w obsłudze. Jeżeli macie problemy ze złożeniem go przy zakupie jeszcze w sklepie (po tym jak już Wam pokazano, jak to zrobić), to znaczy, że z podobnym problemem będziecie się zmagać także na wakacjach. Szkoda tracić czas na nerwy. W sytuacjach, kiedy trzeba szybko wysiąść z pociągu czy taksówki,  nie można sobie pozwolić sobie na walkę z dzieciowozem. Istotne jest także, aby wózek po złożeniu zajmował jak najmniej miejsca. Przydaje się to m.in. w zatłoczonych miejscach. Będąc w Japonii nie raz mieliśmy się okazję przekonać o tym, że dokonaliśmy dobrego wyboru. W tym kraju większość  restauracji, pokoi hotelowych czy mieszkań jest raczej niewielka i składnie naszego trzykołowca było nie do uniknięcia. W 2006 podczas naszej podróży po Chinach mieliśmy problem, aby wejść z plecakami w godzinach szczytu do pekińskiego metra. Pomyślcie sobie, jakie szanse mają w takim momencie osoby z wózkiem?

·   odchylane siedzisko do odpoczynkuDziecko powinno mieć możliwość nie tylko komfortowo siedzieć, ale również przyjąć wygodną pozycję podczas drzemki. Zapewni mu to tylko taki wózek, w którym można odchylić siedzisko do odpoczynku. Moje serce pęka, gdy widzę, jak niektórym dzieciaczkom w spacerówkach bez tej funkcji zwisa głowa.

·   materiał siedziskaUwagę warto zwrócić również na materiał, z którego wykonane jest siedzisko. Wiemy, że większość wykonana jest ze sztucznych tkanin, ale wśród nich można wyróżnić takie, przez które dziecko będzie się pocić dwa razy bardziej. Oczywiście można kupić wózek, którego tapicerka wykonana jest z przewiewnej tkaniny, jak np.: Quinny Yezz Air. Jednak sprawdzać się on będzie najlepiej tylko w tropikach, ponieważ przewiewna struktura tkaniny nie  idzie w parze z niższymi temperaturami.

·   jakośćWózek musi być dobrze wykonany, aby przetrwał każdą przygodę.  Pamiętajmy, że pojazd małych szkrabów jest podczas urlopu o wiele bardziej eksploatowany niż podczas codziennego użytku. Jeżeli chcemy, aby dłużej nam posłużył, powinniśmy się przyjrzeć jakości wykonania danego modelu.

·   cenaJeżeli ciężko podjąć nam decyzję, bo znaleźliśmy parę podobnych produktów, to nasze wątpliwości może rozwiać cena. Jak ze wszystkim, trzeba zachować zdrowy umiar. Jeżeli nie jest to jedyny lub główny wózek dla dziecka, to nie dajmy się zwariować…cena nie zawsze świadczy o jakości.

Wśród oferowanych na rynku wózków znaleźliśmy trzy, które wzbudziły nasze zainteresowanie: Quinny Zapp Xtra2, Quinny Yezz oraz Babyzen Yoyo.

Quinny Yezz należy do kategorii bardzo lekkich wózków, które można nosić na ramieniu jak torbę. Jednak patrząc na jego wykonanie naszym zdaniem raczej nie przetrwa intensywnej wycieczki. Chyba, że zamierzacie spędzać czas głównie przy basenie. Niestety brak w nim regulacji siedziska, więc dziecko siedzi, śpi i odpoczywa cały czas w tej samej pozycji. To zdyskwalifikowało ten model.

Babyzen Yoyo ma idealną wagę, jest zwrotny, a dziecko może się w nim wygodnie zdrzemnąć. Nie przekonało nas jednak siedzisko, ponieważ starszy maluch nie będzie miał gdzie położyć nóg. Zwisają w powietrzu…  Poza tym i przede wszystkim – cena. Spora jak za zwykłą spacerówkę, która nie posiada żadnych magicznych funkcji.  

Jak się już domyślacie ostatecznie zdecydowaliśmy się na Quinny Zapp Xtra2. Przyznajemy, że mógłby być ciut lżejszy. Poza tym aspektem spełnił większość naszych oczekiwań. Dlatego szybko wybaczyliśmy mu te dodatkowe kilogramy. Dobrze się go prowadzi –  jest zwrotny i stabilny. Chyba, że zawiesicie na nim  7 kg torbę…wtedy się przewraca…  :-). Siedzisko jest regulowane, nie tylko pod kątem nachylenia, ale również i kierunku jazdy. Tapicerkę można wyprać w pralce, więc żadna plama nie została z nami na dłużej. Łatwo i szybko się go składa, a koszyk zaskakuje pojemnością.  Dodatkowo składa się tak jak spacerówka typu parasolka. Transportować można go w specjalnej torbie, którą można zawiesić na ramieniu. Cena Quinny nie przeraża i nie sieje spustoszenia w portfelu. Wózek wrócił z naszej wycieczki po Japonii w jednym kawałku i czeka na kolejne wyjazdy w najbliższych tygodniach.

wozek japonia.jpg

Uważamy, że Quinny Xtra Zapp2 jest idealnym wózkiem na wycieczkę po Azji i nie tylko. Wiedzą też o tym Japończycy. Często mijali nas na ulicy prowadząc ten trzykołowiec. Modele sprzedawane w kraju kwitnącej wiśni są jednak zdecydowanie bardziej „kawaii” (urocze) niż u nas w Europie.   

Mamy nadzieję, że ten tekst pomoże Wam przy wyborze idealnego wózka na Wasz wyjazd.

 

Jak przygotować sie do podróży po Japonii?

Pytacie, ile czasu potrzebowaliśmy na przygotowanie naszej podróży po Japonii. Co załatwialiśmy wcześniej, a co dopiero na miejscu.

Planowanie naszej wycieczki podzielić można na 5 etapów:

  1. Zakup biletu lotniczego

Zdecydowanie najdłużej zajmuje znalezienie odpowiedniej promocji biletów lotniczych. Proces można oczywiście skrócić ignorując ceny i wybierając pierwsze lepsze połączenie do interesującej nas destynacji. Ten sposób pozbawia jednak radości, jaką daje samo szukanie.  Poza tym jeszcze nie wygraliśmy w lotto, dlatego staramy się być łaskawi  dla naszych portfeli. Doświadczenie nauczyło nas tego, że kupując bilety z dużym wyprzedzeniem mamy szansę na atrakcyjną cenę. Z reguły na 5-6 miesięcy przed planowaną wyprawą stajemy się szczęśliwymi posiadaczami potwierdzenia rezerwacji na wybrane połączenie lotnicze.  Wtedy wiemy już, że nie ma odwrotu i na pewno lecimy. Życie nauczyło nas, że im dłużej człowiek zwleka z zakupem, tym zwiększa się ryzyko, że z wyjazdu nic nie wyjdzie. Szczególnie jeżeli chcemy wyjechać w konkretnym miesiącu. Im dłużej czekamy, tym więcej dodatkowych terminów pojawia się w kalendarzu, które potem kolidują z wycieczką. Poza tym bez konkretnych dat wylotu ciężko planować kolejne kroki. Dla nas także sam okres oczekiwania na wyjazd jest ekscytujący. Dostarcza dodatkowej radości. Obowiązki w pracy też jakoś szybciej udaję się wypełnić, gdy przed oczami pojawia się perspektywa urlopu.

Bilet do Japonii zakupiliśmy na ponad 6 miesięcy przed datą odlotu. Dlaczego aż tak wcześnie? Musieliśmy się upewnić, że nasz przyjaciel, który deklarował gotowość wyjazdu, na pewno będzie mógł polecieć.

  1. Ustalenie trasy

Następnie – jednak dużo później niż zakup biletu – przychodzi czas na ustalenie trasy lub listę miast, które chcielibyśmy odwiedzić. Podróż z dzieckiem nie pozwala na taką spontaniczność, jak jeszcze parę lat temu. Wynika to z tego, że nie nocujemy już w hostelach, gdzie zawsze można trafić chociaż jedno wolne łóżko do spania (przynajmniej takie jest nasze doświadczenie). Wiemy, że rodzice z dziećmi nie mają tam czego szukać. Przecież żaden młody podróżnik, który oszczędza na wszystkim podczas swojego wyjazdu nie marzy o tym, aby słuchać za ścianą płaczu małej istoty… Jeżeli zależy nam na noclegu w rozsądnej cenie, to warto zająć się tym tematem wcześniej, a przede wszystkim najpierw wiedzieć, w jakim mieście będziemy nocować.

Zazwyczaj trasę planujemy na pierwsze dwa tygodnie. Resztę już w trakcie wyjazdu w zależności od samopoczucia naszej córki. Oczywiście wcześniej przygotowujemy parę pomysłów na pozostałe dni.

Japonia Sara

Do Japonii polecieliśmy na 2,5 tygodnia. Kraj kwitnącej wiśni ma wiele do zaoferowania, dlatego musieliśmy się dobrze zastanowić nad tym, co chcielibyśmy zobaczyć i gdzie chcielibyśmy spędzić najwięcej czasu. Wiązało się to z czytaniem przewodnika, a także różnych blogów i artykułów. Ostatnie dni planowaliśmy już na miejscu dopasowując intensywność wycieczki do naszego nastroju.

  1. Rezerwacja noclegów

Kolejnym krokiem jest rezerwacja noclegów. Tym tematem zajęliśmy sie na jakieś 3 miesiące przed wylotem. Mieliśmy jasno postawiony cel: gdy tylko będzie to możliwe NIE nocujemy w hotelach. W tę podróż wybrali się z nami nasi przyjaciele z 15-miesięczną córeczką. W grę wchodziły zatem tylko prywatne mieszkania, które dałyby młodym przestrzeń do zabawy, a nam miejsce do miłego spędzania wieczorów. Taka forma noclegu pozwala także na zakosztowanie życia prawdziwego Japończyka. Korzystasz z typowej japońskiej łazienki, śpisz na futonie w pokoju wyłożonym tatami. (O japońskim mieszkaniu przeczytacie w innym wpisie). Chodzisz do sklepu, aby kupić sushi, pierożki i piwo. Podziwiasz ciuchy sąsiadów rozwieszone na balkonie. Pozdrawiasz mieszkańców bloku słowami „Ohayou” lub „Konnichiwa. O i segregujesz śmieci! Jeżeli ogarnąłeś ten temat, to znaczy, że jesteś jak lokalni. Do dzisiaj zastanawiamy się, czy pojęliśmy ten nie do końca dla nas logiczny system.

japonia chata.jpg

Im wcześniej szuka się noclegów, tym lepsze i atrakcyjniejsze cenowo mieszkania można znaleźć. Prywatnych kwater szukaliśmy jak zwykle na portalu Airbnb.pl .

Podczas całego wyjazdu w pokoju hotelowym nocowaliśmy tylko raz i to nam wystarczyło. Malutki pokój, zwykła łazienka… co w tym egzotycznego?

Uważajcie tylko szukając hoteli… W Japonii (zresztą nie tylko tam) popularne są tzw. „love hotels”. Pojawiają się one często w internetowych wyszukiwarkach noclegów kusząc swoimi cenami i dość specyficznym wystrojem. Jak się możecie domyślać, idzie się tam zazwyczaj tylko w jednym celu. Oczywiście można tam też przenocować ;D.. Jednak z dziećmi nie liczcie na wejście… 🙂

  1. Zakup biletu na pociąg

Ostatnim etapem, który wiązał się z wydaniem większej sumy pieniędzy był zakup biletu na przejazdy (głównie) pociągami (Japanese Railway Pass). Zamówiliśmy go na miesiąc przed wyjazdem.

JPR.jpg

Kosztuje sporo, ale jeżeli mamy zamiar dużo jeździć, to inwestycja ta szybko się zwraca.  JR Pass można kupić poza terytorium Japonii  i do marca 2018  także w wybranych japońskich miastach. Pamiętajmy, aby bilety zamówić najwcześniej na 3 miesiące przed wylotem.

  1. Dogrywanie szczegółów

Na parę dni przed wyjazdem sprawdzaliśmy możliwości niedrogiego dojazdu z lotniska do centrum Tokio. Zamówiliśmy również tańszy bilet na przeprawę przez japońskie Alpy i ściągaliśmy przydatne aplikacje, np.: HyperDia.

Dowiedzieliśmy się również, że nie ma mapy Japonii w trybie offline na nasze telefony. Jak dobrze, że jechaliśmy z kimś, kto posiadał komórkę innej firmy. Zorientowaliśmy się też, że nasz bilet na pociąg kończy się dzień wcześniej niż zakładaliśmy…

Pod koniec przygotowań zawsze zdarzają się jakieś małe wpadki, to zapowiada początek dobrej przygody, prawda? 🙂

 

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

Gdy zwykły śliniak to za mało…

Ostatnie miesiące nauczyły nas tego, że wraz ze wzrostem dziecka, zwiększa się również powierzchnia, którą jest ono w stanie zabrudzić w trakcie spożywania posiłku. Gdy małe szkraby zaczynają na poważnie przygodę z samodzielnym jedzeniem,  wtedy śliniak nie do końca spełnia swoją rolę. Dzieci interesuje wtedy nie tylko smak, ale również konsystencja serwowanych im dań. Poza tym co czwarta łyżka nie trafia tam gdzie powinna.  Nagle sterta prania rośnie, a podłoga staje się najczęściej czyszczoną powierzchnią w całym mieszkaniu. Oczywiście żadne plamy nam niestraszne, gdy dziecko wcina obiad w domu.  Wszystko zmienia się, gdy jesteśmy w podróży. Wiadomo, nikt nie chce, aby jego pociecha chodziła w zaplamionych ubrankach,  niestety liczba ciuchów, które można spakować do bagażu jest ograniczona. Na szczęście mądrzy ludzie wpadli na pomysł, który rozwiązuje ten problem. Śliniak z rękawkami! 

WP_20170424_15_43_42_Pro.jpg

Pozwala  zachować „czystość i suchość” dziecka od szyi do kolan. Produkt marki Close Parent wykonany jest z poliestru z membraną TPU laminat. Materiał nie nasiąka, dzięki czemu resztki jedzenia czy ślady zabaw np.: farbkami można bez problemu zmyć wodą. Co ważne, śliniak nie wymaga prania po każdym użyciu. Na rynku dostępne są różne rozmiary i kolory.

Ten ułatwiający życie gadżet jest z nami dopiero od trzech tygodni i bardzo żałuję, że nie towarzyszył nam już podczas wcześniejszych wyjazdów. Jednak jak to mówią „lepiej później niż wcale”. Mam przeczucie, że przez najbliższe 1,5 roku będziemy często po niego sięgać. Dziękujemy Cioci Ali za dobry tip ;-).

O tym jakie inne gadżety warto zabrać w podróż z bobasem przeczytacie na:

https://bodychtravellers.com/2016/12/09/wakacje-z-bobasem-10-rzeczy-ktore-warto-zabrac-ze-soba/

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

Z perspektywy rodzica-Rumunia

Dziś w ramach wpisu z cyklu „Z perspektywy rodzica” (ostatnio było TU o Sofii) prezentujemy Rumunię.

Niektórzy będą się może zastanawiali, dlaczego zdecydowaliśmy się na tę część kontynentu i to zimą. Jak w przypadku większości naszych krótszych wyjazdów, także i tym razem wybór miejsca uzależniony był od promocji na bilety lotnicze. I tak kusząca oferta taniego przelotu do Bukaresztu pokierowała nas ponownie na Bałkany.  Jak wiecie jesteśmy rodziną, która lubi zwiedzać „na pieszo”. Jednak tym razem zrobiliśmy wyjątek. Ze względu na towarzyszącą nam liczbę osób postanowiliśmy wynająć samochód. Przy czteroosobowej grupie jest to dosyć opłacalne, pozwala zaoszczędzić czas, a także pieniądze, które trzeba byłoby wydać na pociągi Dzięki temu w ciągu czterech dni udało nam się zobaczyć więcej niż tylko najtańszą stolicę Europy.


CZY RUMUNIA JEST
PRZYJAZNA TURYSTOM Z DZIEĆMI?

Udogodnienia
W przeciwieństwie do Bułgarii w Rumunii dba się o komfort rodziców z dziećmi w miejscach publicznych.  Przewijak i krzesełko do karmienia to znane praktyczne ułatwienia, a nie żadne magiczne wynalazki. Nie twierdzę, że są dostępne wszędzie, ale znajdziecie je w głównych atrakcjach turystycznych i w
niektórych lokalach.

Zresztą odkąd mamy przenośne siedzonko do karmienia, to żadna restauracja nam niestraszna: https://bodychtravellers.com/2017/02/17/przenosne-krzeselko-do-karmienia/ .

Moim osobistym hitem było pomieszczenie do przewijania dzieci, które odkryliśmy w Pałacu Peles w rumuńskim mieście Sinaia. Zamiast typowego przewijaka zastaliśmy tam wielki stół przykryty białym prześcieradłem. Przypominał raczej stół operacyjny niż miejsce do przewinięcia pieluchy. Za to było to jedno z nielicznych odwiedzonych przeze mnie tego typu pomieszczeń, w którym było ciepło. Po raz pierwszy od dawna nie musiałam się martwić o to,  czy moje dziecko zmarznie. 

DSCN41921.JPG

Tak naprawdę rodzice małych dzieci nie znajdą zbyt wiele powodów do narzekania w Rumunii. Wszystkie nowoczesne toalety np.: te na lotnisku wyposażono w przewijaki. Liczne windy czy ruchome schody ułatwią poruszanie się po ulicach i w przeprawach przez przejścia podziemne. Dzięki temu tym razem nie musieliśmy tak często prosić wujka Krystiana o pomoc… w przeciwieństwie do naszej wycieczki po Sofii.


Środki transportu

Z tego względu, że poruszaliśmy się po mieście głównie pieszo, a za miasto jeździliśmy samochodem, nie mogę zbyt wiele powiedzieć na temat środków transportu. Mieszkańcy Bukaresztu, na pewno nie mogą narzekać na komunikację miejską: mają tramwaje, trolejbusy, autobusy i metro. W godzinach szczytu ciężko jednak poruszać się po centrum. Większość ulic jest zakorkowana. Warto o tym pamiętać w dniu wylotu, jeżeli planujemy dostać się na lotnisko autobusem lub taksówką. Należy odpowiednio zaplanować czas wyjazdu. W przypadku taksówki nie liczmy jednak na to, że dostaniemy fotelik dla dziecka. W celu uniknięcia korków można skorzystać z opcji dojazdu pociągiem na lotnisko. 


Jedzenie dla bobasów
W sklepach dostępne są te same produkty dla dzieci co w naszej części Europy. Muszę jednak przyznać, że w Rumuni ich ceny są znacznie wyższe. Dlatego na parodniową wycieczkę warto zabrać własny zapas.


Atrakcje
W Bukareszcie, jak w większości większych miast  znaleźć można sporo placów zabaw i parków, ale ze względu na temperatury i wszechobecny biały puch nie były celem naszych wędrówek.

Ciekawe dziecięce rozrywki znaleźć można przy atrakcjach turystycznych poza stolicą. W Braszowie można było wynająć quady. Miasteczko oferowało poza tym pokazy klaunów czy różne zabawy dla najmłodszych na starym mieście. W Rasnovie naszą uwagę zwróciły ciuchcie i kolorowe kolejki, które dowożą zainteresowanych do zamku. Są zatem idealnym wariantem dla leniwych turystów lub właśnie rodziców z dziećmi. Natomiast w Sinaii cała  rodzina może rozkoszować się wspaniałymi widokami podczas przejażdżki gondolą czy podczas spacerów po pięknych trasach pieszych.   


Nastawienie wobec dzieci

Muszę przyznać, że Rumunii to bardzo sympatyczny naród, a do tego pozytywnie nastawiony wobec dzieci. Gdziekolwiek nie poszliśmy nasza córka witana była uśmiechem. Przewodniczka w pałacu Peles wykazała zrozumienie dla najmłodszej uczestniczki wycieczki i nie miała nic przeciwko, abyśmy mogli odłączyć się od grupy, gdy naszą pociechę coś zaciekawiło. Umożliwiło nam to na bezstresowe zwiedzanie tego pięknego zabytku. Poza tym pani przewodnik, gdy tylko miała taką możliwość sama choć przez chwilę  bawiła się z naszym dzieckiem. Miła niespodzianka spotkała nas też na lotnisku. Ekspedientka ze sklepu wolnocłowego, w którym zrobiliśmy zakupy goniła nas tylko po to, aby dać naszej małej podróżniczce garść cukierków (Jak to było? Nie bierz słodyczy od obcych? Też Wam tak rodzice mówili? ;-)). 

Naszym zdaniem Rumunia to nie tylko kraj przyjazny turystom z dziećmi, ale również idealne miejsce na tani, aktywny, a przede wszystkim rodzinny urlop. Ten piękny kraj i jego mili obywatele bardzo przypadli nam do gustu. Jestem o tym przekonana, że jeszcze tam wrócimy w ramach dłuższego wakacyjnego wyjazdu.

PS. Jeżeli jesteście ciekawi naszych wrażeń z Bukaresztu, zapraszam do przeczytania wpisu: „Bukareszt naszymi oczami

 

Podróż to dla mnie…?

Każdy z nas ma jakieś hobby. Jedni uprawią sport, drudzy piszą wiersze, a jeszcze inni zbierają znaczki. Ja z zapałem zwiedzam świat. Czy traktuję nasze wyprawy tylko i wyłącznie jako hobby? Nie, dla mnie są czymś więcej.

Podróże to przygoda

Zwiedzanie z plecakiem nieznanego kraju, którego języka się nie rozumie. Niepewność tego co wydarzy się jutro i czy dotrzemy do wybranego celu. Testowanie dotychczas nieznanych dań, o których składzie nie ma się pojęcia. (W przypadku Pana Męża wybieranie potrawy to wielka loteria, podczas której w 95% trafi mu się coś niezjadliwego.) Bycie zdanym tylko na siebie bez telefonu do przyjaciela w postaci biura podróży, które jest odpowiedzialne za wycieczkę. Co to jest? Przygoda!

Podczas naszej pierwszej podróży nie towarzyszyły nam ani smartphony ani dostęp do internetu na każdym kroku, czyli udogodnienia, bez których dziś większość z nas nie potrafi funkcjonować. Mieliśmy za to plecak pełen do niczego niepotrzebnych konserw. Przez te 10 lat od naszej pierwszej wyprawy w 2006 roku wiele się zmieniło, a my wiele się nauczyliśmy  – w większości na własnych błędach. Nasze wyprawy pozostały jednak w pewnej części bez zmian. Nadal dają nam zastrzyk energii z domieszką adrenaliny  i są niezapomnianą przygodą, a moja druga połówka dalej dokonuje fatalnego w wyboru w zakresie kulinarnych doznań…;-).

Podróże to sprawdzian

Podczas naszej pierwszej wyprawy przekonaliśmy się o tym, że wspólny wyjazd to także wielka próba dla związku. Wynika to z tego, że podróże nie zawsze są łatwe i przyjemne oraz pełne zapierających dech w piersiach widoków. To czasem kilkunastogodzinna jazda rozklekotanym pociągiem lub busem na twardym siedzeniu, które dzielisz z większą ilością osób niż ustawa przewiduje. To też dni, kiedy dostajesz takiego rozstroju żołądka, że jedyne z czego się cieszysz to fakt, że drzwi do łazienki się zamykają lub, że w ogóle są. Trudne warunki czy niespodziewane sytuacje, którym trzeba wspólnie stawić czoła są niekończącym się testem na kompatybilność i umiejętność współpracy.

Podróże składają się z chwil, kiedy w kryzysowych sytuacjach pokrzyczycie na siebie, aby za chwilę stać się najbardziej zgranym zespołem, który będzie w stanie szybko  rozwiązać napotkany problem. To momenty, gdy trzeba pomóc partnerowi zmierzyć się z własnymi lękami, np. podczas ataku klaustrofobii po środku jaskini. To czasem dni, kiedy nie wyglądasz ładnie, nie masz dostępu do prysznica i zamiast seksownego negliżu śpisz w warstwach ubrań i czapce, aby nie zamarznąć. Gorzej, gdy jest to twoja podróż poślubna 😉 .

To warunki, które znacznie odbiegają od scenerii randek czy weekendowych wyjazdów, prawda? ;-). Właśnie dlatego każdy wyjazd to próba naszych charakterów i idealny czas, aby się dobrze poznać. Z doświadczenia wiem, że warto podejść do tego egzaminu jeszcze zanim zaczniecie planować wspólną przyszłość. Jeżeli przetrwacie miesiąc poza domem spędzając ze sobą 24 na dobę, to wierzcie mi, jesteście dla siebie stworzeni.

Zawsze mówiłam, że zanim moje dziecko weźmie ślub będę je namawiała do zamieszkania z jego drugą połówką, aby mieli okazję się dobrze poznać i później niczego nie żałowali. Teraz trafniejszym pomysłem wydaje mi się wspólna samodzielnie zorganizowana wyprawa z ograniczonym budżetem.

Czym podróże są dla mnie dzisiaj, odkąd jestem żoną i matką?

Gdy byłam w ciąży moja Mama powtarzała mi, abym pamiętała o następującej zasadzie: „Nie zatrać siebie – najpierw bądź sobą, potem żoną, a dopiero na końcu matką.” Nie zrozumcie mnie źle, miłość do dziecka jest bezwarunkowa i przychodzi nam najłatwiej. Ono zawsze będzie stało dla nas na pierwszym miejscu.  Musimy jednak zachować zdrowy balans. Jeżeli nie zadbamy o poczucie samospełnienia, to pozostałe sfery naszego życia również będą kuleć. Zaczniemy zaniedbywać nie tylko siebie, ale i partnera / partnerkę. Oczywiście nikt nie twierdzi, że znalezienie złotego środka jest łatwe. Wręcz przeciwnie, to ciężka codzienna praca. Jednym z moich sposobów na życie w zgodzie z tą matczyną mądrością są podróże.

Podróże to możliwość zachowania balansu

Ja -> Ja

Nasze wycieczki dają mi możliwość realizowania moich pasji: odkrywania świata, rozwijania organizacyjnego talentu, poznawania nowych ludzi oraz uzupełniania listy potraw, których na pewno nigdy nie zjem.

Ja -> Matka

Patrząc z perspektywy matki podróże to dla mnie czas dla rodziny. To idealna okazja do tego, aby nauczyć dziecko przystosowywania się  do zmieniających się warunków. To także możliwość dostarczenia mu nowych bodźców, które wesprą jego rozwój i ukształtują charakter. To moja szansa na poznawanie naszej córki z innej, oderwanej od codzienności perspektywy.  Podczas wyjazdów również proste rodzicielskie obowiązki wymagają dodatkowej dozy kreatywności i są ciekawym urozmaiceniem, np: zmiana pieluchy na spuszczonej desce klozetowej. Nawet płacz dziecka brzmi na wakacjach jakoś inaczej.  

Ja -> Żona

Z Mężem podróżujemy razem od samego początku. Wyjazdy stanowią nieodłączny element naszego życia. Kształtują nie tylko nas, ale i nasz związek. Przede wszystkim dają nam możliwość poznania się ze strony, o której nawet sami nie wiedzieliśmy, że istnieje. To okazja do snucia marzeń, planów i dyskusji na zupełnie nowe tematy, czas, podczas którego delektujemy się wspólnymi chwilami, nie myśląc w ogóle o codziennych obowiązkach. Kiedy dziecko zaśnie, my przestajemy być choć na chwilę rodzicami i jesteśmy znowu tylko dwojgiem zakochanych w sobie osób. Gdy dziecię smacznie śpi w wózeczku, my mamy szansę na spokojnie poobserwować otaczający nas świat trzymając się za ręce. Po prostu jesteśmy sobą.

W życiu codziennym, które wypełnione jest obowiązkami, pracą i terminami ciężko o zachowanie balansu między tymi trzema ważnymi rolami. Mam wrażenie, że każdego dnia, na którąś z nich muszę niestety poświęcić mniej czasu. W trakcie wyjazdów jesteśmy razem przez 24 godziny na dobę i mamy możliwość nacieszyć się sobą równocześnie spełniając nasze własne marzenia.   Z tego powodu zawsze będę dążyć do tego, abyśmy nasz urlop spędzali wspólnie jako rodzina. Przynajmniej dopóki nasze dziecko będzie chciało z nami jeździć ;-).

Zwiedzanie świata to dla mniej o wiele więcej niż tylko hobby. Dla mnie podróże mają o wiele głębsze znaczenie. To pasja, z której nie potrafiłabym zrezygnować. Coś co sprawia, że czuję się spełniona, co ma wpływ na to kim jestem.