Co zrobić, aby wyjechać?

Z roku na roku coraz więcej ludzi decyduje się na samodzielną wycieczkę w nieznane. Nadal spotkać można jednak wiele osób, które marzą o takiej przygodzie, lecz pomimo to nie dążą do realizacji swojego pomysłu. Dlaczego? Co powstrzymuje niektórych przed wyjazdem? Brak pomysłu, czasu czy pieniędzy?

Z rozmów z Wami i pytań, które nam stawiacie wynika, że nie przeraża Was perspektywa wybrania się na indywidualną wycieczkę. Zresztą nie powinna. Przez ostatnie lata podróżowanie stało się o wiele łatwiejsze, a ceny biletów lotniczych czy autokarowych zdecydowanie spadły. Gdy pytacie nas o to, jak się zmotywować do wyjazdu lub prosicie o pomoc w procesie decyzyjnym odnosimy wrażenie, że to samo podjęcie decyzji o wyjeździe jest głównym czynnikiem hamującym Wasz zapał. Wszystkie inne powody to często tyko zwykłe wymówki.

Zastanawiacie się, jak my to robimy, że pakujemy plecak i jedziemy, tak po prostu, bez większego zastanowienia. W dzisiejszym poście podpowiadamy, jak zmotywować się do wyjazdu i jak zabrać się za jego organizację.

DSCN7251

1.  Nie czekamy na spełnienie marzeń, robimy plany.

Czekacie na wróżkę, która przyniesie Wam voucher na gotową wycieczkę lub  na milion dolarów, który spadnie z nieba? Wierzcie nam, prędzej Wam kaktus na dłoni wyrośnie  niż to się wydarzy. Nie uzależniajcie Waszych marzeń od czynników, na które nie macie wpływu. Weźcie sprawy w swoje ręce i zróbcie plan. Przede wszystkim ustalcie, dokąd chcecie pojechać. W zależności od Waszych charakterów możecie zakręcić globusem (to nie żart, my tak zrobiliśmy. O tym więcej tu), skorzystać z rad znajomych lub prowadzić długie dyskusje o tym, dokąd się udać. 

2. Marzenia kontra portfel.

Podstawowy błąd to dywagacje o tym, czy Was na to stać. Wiadomo, że jest to istotny temat, ale nie stawiajcie go na pierwszym miejscu. Gwarantuję, że w 80 % zawsze dojdziecie do wniosku, że macie ważniejsze wydatki. Poprawne pytanie brzmi: Z czego moglibyście zrezygnować, aby sfinansować swoją wycieczkę? Z papierosów, nowych butów, komórki, telewizora, a może jedzenia w restauracjach…? Od budżetu zależeć będzie styl i długość Waszej podróży, a nie destynacja. Im dłuższy wyjazd i droższy kraj, tym oszczędniej do sprawy będziecie musieli podejść. Pamiętajcie jednak, że mają to być wakacje, a nie obóz przetrwania. Nie żebrajcie też na ulicach. Begpacking to forma podróżowania, której nie pochwalamy. Macie dwie ręce i dwie nogi? To spróbujcie gdzieś parę groszy dorobić, ale nie róbcie za europejskich żebraków na drugim końcu świata. W podróżowaniu chodzi o obcowanie z inną kulturą, zobaczenie ciekawych miejsc oraz poznanie nowych osób, a nie o wykorzystywanie dobrego serca mieszkańców danego miejsca.

3. „Nigdy”, „kiedyś” i „później” – wykreśliliśmy te słowa z naszego słownika.

Nigdy nie mówcie nigdy, kiedyś lub później. Moja Mama zarzekała się, że nigdy nie poleci samolotem…I co? W lutym poleciała pierwszy raz, a pod koniec roku czeka ją kolejny lot.  Co prawda zastosowaliśmy mały szantaż, ale niektórym trzeba pomóc w spełnieniu marzeń. Wtedy wszystkie chwyty są dozwolone.

Mówiąc, że zrobicie coś później sami się oszukujecie. Ten właściwy moment nie  nadejdzie lub jeżeli się akurat pojawi, to istnieje ryzyko, że go przegapicie. Później lub kiedyś będziecie mieli może więcej pieniędzy, ale za to mniej urlopu. Być może będziecie mieć więcej czasu, ale zdrowie już nie pozwoli na dalsze wycieczki.

4.  Dobra promocja nie jest zła.

Wiecie dokąd chcecie jechać? Nie ma zatem na co czekać! Chyba, że w planie macie lot samolotem. Wtedy wypadałoby najpierw zapolować na dobrą promocję biletów lotniczych. Zapisanie się do newsletter`ów (np.: Fly4free) czy skorzystanie z odpowiednich wyszukiwarek typu www.momondo.com ułatwi Wam to zadanie. Nie oczekujcie jednak, że polecicie za darmo. Trzeba ustalić własny próg bólu i wszystko poniżej traktować jak ofertę do rozważenia. Warto zorientować się również, ile kosztowały loty w wybrane miejsce w ostatnim czasie, aby mieć punkt odniesienia. Jeżeli czekacie na bilet do Nowej Zelandii za 200 €, to możecie się niemiło zdziwić.  Jasne, że zawsze trafić się może jakaś dzika promocja 50-godzinnego lotu przez 3 kontynenty. Pytanie tylko, czy gra jest warta świeczki. Przykładowo studenci ze względu na większą ilość wolnego czasu mogą sobie na to pozwolić. Natomiast pracownik na etacie, dla którego każdy dzień urlopu jest bezcenny niekoniecznie będzie traktował takie połącznie jako ofertę nie do odrzucenia. Odkąd podróżujemy z małym dzieckiem tego typu „promocje” nie wchodzą dla nas w grę…Dbamy o zdrowie psychiczne nasze i współpasażerów.

Jedna z zasłyszanych historyjek od znajomych mówi o ciężkim powrocie świeżo upieczonej rodzinki z Nowej Zelandii. Ich 40-godzinny lot powrotny dłużył się niemiłosiernie i mieli już dość wszystkiego, a dzieciątko również dołożyło swoje trzy grosze do pogorszenia nastrojów. Pod koniec lotu odzywali się już do siebie tylko służbowo oraz ustalali, kto będzie sprawował opiekę nad dzieckiem po rozwodzie. Oczywiście do rozstania nie doszło, a dziś się z tego śmieją.  Wiemy, że trochę straszna ta historia, ale prawdziwa  😉. Jednak nie martwcie się, każdy ma swoje własne granice wytrzymałości.

5. Spontan nie dla każdego.

Jeżeli nie jesteście typem osoby spontanicznej, zakupcie bilet na wycieczkę lub zarezerwujcie noclegi dużo wcześniej. Wtedy nie ma już odwrotu. Skończą się wymówki, że nie możecie polecieć, bo macie szkolenia, zastępstwa w pracy czy inne zobowiązania. Będziecie planować terminy w swoim kalendarzu w taki sposób, aby znalazł się czas na wyjazd.

Wiedząc już kiedy i dokąd lecicie powinniście przygotować wstępny plan wycieczki i zarezerwować nocleg na przynajmniej pierwszą noc. To pozwoli Wam w większości wypadków oszczędzić sporo pieniędzy. W nieznanym Wam kraju i w nienajlepszej kondycji fizycznej po wielu godzinach w drodze łatwo paść ofiarą naciągaczy. Jeżeli więc nie chcecie zostać frajerem roku i trafić do najdroższej noclegowni w mieście, to zainwestujcie parę minut przed wyjazdem i wybierzcie jakąś rozsądną ofertę.

6. „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”

Pamiętajcie o ubezpieczeniu. W większości wypadków – mamy nadzieję – nie będzie Wam potrzebne.  Z tego względu, że los bywa czasem złośliwy, to najbardziej będziecie go potrzebować z reguły wtedy, gdy się nie ubezpieczycie. Lepiej więc dmuchać na zimne i nie wystawiać swojego szczęścia na próbę. Zainwestujcie parę gorszy w ubezpieczenie zdrowotne,  abyście nie musieli po wystawaniu rachunku przez szpital spłacać tej wycieczki do końca życia.

W naszym poście o przygotowaniach do wyjazdu po Japonii przeczytacie, jak wygląda organizacja naszych wycieczek krok po kroku. 

Oczywiście nie mamy zamiaru przed Wami ukrywać,  że zorganizowanie samodzielnego wyjazdu wymaga pewnej dyscypliny, kreatywności oraz miłości do przygody. Poza tym czasem nawet najlepiej zaplanowana podróż może z powodów obiektywnych ulec zmianie czy opóźnieniu. Niewykluczone, że trzeba będzie sprostać jakiejś innej nieprzewidzianej sytuacji, np.: spóźnimy się na samolot, zgubimy paszport czy wylądujemy w szpitalu lub zostaniemy nielegalnymi imigrantami. Wtedy jesteśmy zdani tylko na siebie oraz na pomoc mieszkańców danego miejsca. Wierzcie  nam jednak, wszystkiemu da się zaradzić oraz  nie ma sytuacji bez wyjścia. Po kilku godzinach lub dniach stresu na końcu zostaje wspomnienie zabawnej przygody.

Kanada

Podczas walki z brakiem zdecydowania zastosujcie naszą zasadę „3 x NIE”:

·       Nie martwcie się więc na zapas.

·       Nie pozwólcie, aby strach przed nieznanym czy niezaplanowanym wpłynął niekorzystnie na Waszą decyzję o wyjeździe.

·       Nie szukajcie kolejnych wymówek, które powstrzymają Was od realizacji marzeń.

Dlaczego? Dlatego, że są to tylko marne wymówki! Musicie sobie to tylko uświadomić i pamiętać, że można wszystko, jeżeli się tego pragnie!

 

Podobał się Wam nasz wpis? Dajcie znać w komentarzach pod tekstem!

A Wy jak się motywujecie do wyjazdu? Zapraszamy do dyskusji

 

„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” II

W 2006 roku Chiny wydawały się nam tak odległym, egzotycznym i nieznanym państwem, że nie mieliśmy z nim żadnych konkretnych skojarzeń.  Może z wyjątkiem niechlubnego okresu rewolucji kulturalnej lub tego, że jest to kraj komunistyczny. Wstyd się przyznać, ale myśląc wtedy o Chinach przed oczami miałam jedynie Mur Chiński i obrazy z Korei Płn.. Tak to jest, gdy nie wie się o kraju zbyt wiele.

Trzeci Świat?

Nie ciężko wyobrazić sobie nasze zdziwienie, gdy dotarliśmy na miejsce. Wiele osób mówiło nam, abyśmy uważali na to czy na tamto, bo przecież jedziemy do „kraju Trzeciego Świata”. Szczerze powiedziawszy już w drodze z lotniska w Szanghaju transrapidem – super szybką koleją magnetyczną – do centrum  miasta, to ja czułam się jak przybysz z Państw Trzeciego Świata…Gdy trafiliśmy do serca Szanghaju, czyli dzielnicy Pudong przed naszymi oczami stanęła nowoczesna metropolia z drapaczami chmur ciągnącymi się wzdłuż linii brzegowej rzeki Huangpu.                                                                                                                                              Pod koniec dnia musieliśmy się jeszcze przeprawić na drugą stronę rzeki do naszego hostelu. Zmęczeni i w poszukiwaniu zimnego Tsingtao (chińskie piwo) wjechaliśmy na ostatnie piętro naszego Captain Hostel i o to naszym oczom ukazał się fantastyczny widok na pięknie oświetlony Pudong. Oh, to była wspaniała nagroda dla młodych podróżników po bardzo długim dniu, którą przez następne dni delektowaliśmy się z tarasu naszego hostelu.

DSCN05571.JPG

Ok, bądźmy szczerzy. Nie wszystko tego dnia było takie piękne. Zanim zdążyliśmy przekroczyć próg naszego hostelu widzieliśmy jak dziecko wypróżnia się na talerzyk po frytkach na środku chodnika…Trzeba jednak spojrzeć na to optymistycznie i dodać, że pełna kultura została zachowana, bo przecież zawsze mogło zrobić bezpośrednio na chodnik…

W drugiej połowie naszej wyprawy udaliśmy się do Pekinu. Miejscem, które nie najlepiej wspominam jest zdecydowanie plac Tiananmen (Niebiańskiego Spokoju).  Znajduje się naprzeciwko Zakazanego Miasta, co sprawia, że nawet jeżeli nie ma się ochoty na zwiedzanie tego placu i tak się tam trafi. Będąc na nim człowiek uświadamia sobie, że Chiny w dalszym ciągu są krajem komunistycznym. Ilość policji, która obserwuje i kontroluje osoby z ulotkami czy gazetami nie daje o tym zapomnieć.

DSCN11811.JPGStojąc na Placu Niebiańskiego Spokoju widziałam oczami wyobraźni przykre, a raczej makabryczne wydarzenia czerwca 1989, które miały tutaj miejsce, a ja znałam je tylko z lekcji historii.                                                                                                                                               To właśnie jest dla mnie zawsze niesamowite w podróżowaniu. Wyprawy pozwalają zobaczyć miejsca, o których słyszało się na geografii czy historii i które z perspektywy ucznia wydawały się niedostępne, a dzięki podróżom nagle są na wyciągnięcie dłoni.  W nawiązaniu do mojego wpisu „Lecimy do Kanady” (https://bodychtravellers.wordpress.com/2016/10/20/lecimy-do-kanady/) podróżowanie to również interaktywna lekcja historii.

Podczas tego wyjazdu udało się nam odwiedzić Szanghaj, Suzhou, Wuhan, Xian, Pekin, Guangzhou, Hong Kong, odbyć  kilkudniowy rejs po rzece Jangcy, pozdrowić pandy w Chengdu oraz nacieszyć się Wielki Murem Chińskim bez tłumu turystów.

DSCN12801.JPG

Każde z tych miejsc nas zachwyciło. Zaczynając od jedzenia, widoki na nowoczesności kończąc. Wszystko przerosło nasze oczekiwania. Zaskoczył nas fakt, że Pekin miał więcej linii metra niż Warszawa.  Stolica Polski dorobiła się w miedzy czasie drugiej nitki, Pekińczycy ok. 14…

Miłą niespodzianką była dla nas również łatwość komunikacji z obywatelami Chin, która na pewno nie wynikała z tego, że mówimy po chińsku…bo nie mówimy (pokładamy nadzieje w naszej córce). Powodem nie jest również świetna znajomość angielskiego ze strony Chińczyków. Brak wspólnego języka rekompensowała ich chęć  niesienia pomocy innym. Czasem wystarczyła mowa ciała. Alternatywnie szukali w pobliżu kogoś, kto mówi po angielsku lub po prostu brali nas za rękę i doprowadzali na miejsce. Obywatele Chin to bardzo ciepły i pomocny naród oraz wspaniali gospodarze, o czym napisze przy innej okazji.

Jestem świadoma tego, że niecałe Chiny są piękne i nowoczesne. Wiem, że nie każde miasto wygląda jak Szanghaj czy Guangzhou. Np.: Północno-wschodnie Chiny to rejon typowo industrialny, a więc nie przypadnie do gustu każdemu. Istnieją także miejsca, gdzie bieda aż piszczy i nikt w te rejony przypadkowo nie trafi. Jednak w Polsce również nie wszędzie wygląda jak w Warszawie, a miejmy na uwadze, że Państwo Środka to ogromny kraj i o powierzchni zbliżonej do Europy.

Chiny mają wiele do zaoferowania. Od wielkich miast z drapaczami chmur po „małe wioski” z polami ryżowymi i typową chińską zabudową: każdy znajdzie tu coś dla siebie. Odnaleźć tu można ponadto  fantastyczne piesze szlaki oraz szerokie autostrady, riksze, a także ekskluzywne limuzyny. Nie można zapomnieć o wspaniałej, różnorodnej kuchni, która nikomu się chyba nie znudzi.                                                                                                                                                               Jak każdy kraj Państwo Środka ma również strony, które szokują lub odpychają. Ciężko było mi się np.: przyzwyczaić do głośnego mlaskania Chińczyków podczas jedzenia. Dość niecodziennym widokiem dla nas było także rzucanie śmieci pod stół w trakcie posiłku w lokalu. Natomiast gdy siedząc w restauracji słyszałam, że chińscy goście wołali na kelnerkę „fúwùyuán”, co dla nas brzmiało jak „fuja”, to nie mogłam sie powstrzymać od śmiechu. Obrazek chaosu pod stołem i słowa „fuja” bardzo dobrze tutaj do siebie pasowały. Także dziura w ziemi zamiast normalnej toalety była  czymś, do czego musieliśmy się najpierw przyzwyczaić.                                                                                                                                 Szokującym przeżyciem był dla mnie nasz przejazd autobusem do Wuhanu, podczas którego pod moimi nogami leżały dwa związane żółwie…Gdy już uświadomiłam sobie, że nie jadą one z nami w ramach prezentu jako zwierzątka domowe, a jako wkład do zupy nie mogłam zmrużyć oka. Zastanawiałam się, jak je uratować.

DSCN08511.JPG

Innym razem jechaliśmy autobusem akurat w dniu, kiedy cały czas padało. Do tego stopnia, że z otworów klimatyzacji autobusu zamiast świeżego powietrza leciał deszcz. Jeden z chińskich pasażerów, który najwyraźniej był przygotowany na taką ewentualność rozłożył nad sobą parasol. Nie wiedzieliśmy czy mamy w tym momencie podziwiać jego kreatywność czy śmiać się z tego widoku.

DSCN10271.JPG

Nasza wyprawa do Chin była bardzo udana i gdybyśmy mogli zostalibyśmy dłużej. O mały włos tak się nie stało. Przez ogromne korki, opóźniony lot do Pekinu i chęć maksymalnego skorzystania z pobytu prawie przegapiliśmy nasz lot powrotny do Europy.  Dzięki miłemu, ale szalonemu kierowcy taksówki, który wziął sobie za punkt honoru dowiezienie nas na czas na lotnisko oraz  obsłudze lotniska, która widząc nasze spanikowane twarze  przepuściła nas poza kolejką i  w bardzo sprawny sposób udzieliła nam informacji dokąd mamy teraz biec, nie przedłużyliśmy sobie wakacji.

Dwa lata później wróciliśmy do Chin i jestem przekonana, że będziemy tam wracać, gdy tylko nadarzy się taka szansa, bo pokochaliśmy ten kraj i jego naród. Tą miłością chcielibyśmy zarazić naszą córkę, bo jest to jak najbardziej ta część świata, którą warto pokazać swojemu dziecku.

 

 

 

 

 

„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” Część I

Mój Mąż i ja w naszą pierwszą wspólną podróż w nieznane udaliśmy się do Chin. Często zostajemy skonfrontowani z pytaniem, dlaczego akurat tam. Zawsze odpowiadamy tak samo: „A dlaczego nie?”

W 2005 roku podczas mojego pobytu w Berlinie, gdzie uczęszczałam do szkoły językowej poznałam bardzo sympatycznego chłopaka, z którym od razu udało mi się nawiązać dobre relacje.  Bardzo miło się nam rozmawiało…mieszanką angielskiego, niemieckiego oraz trochę rękoma i nogami…daliśmy rade. Jie pochodzi z Chin. Wtedy nie wiedziałam, że stanie się on jednym z moich najlepszych przyjaciół z Berlina. Rozmawialiśmy sporo o jego kraju, z którego był bardzo dumny. Mówił o osiągnięciach, ale też tej negatywnej stronie Chin. Wspomniał np.: o tym, że powietrze w Pekinie jest bardzo zanieczyszczone. Przyznam szczerze, że wtedy nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy z tego, o jakim stopniu zanieczyszczenia mówimy. Przekonałam się o tym dopiero później. Natomiast rozbawił mnie, gdy porównał terminal lotniska Berlin-Tegel do chińskiego dworca autobusowego. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że w Chiny w 2005 roku mają większe dworce autobusowe niż stolica Niemiec lotnisko. Cóż teraz mamy 2016 i to się nadal nie zmieniło…

Te nasze rozmowy zasiały u mnie ziarenko ciekawości i sprawiły, że zapragnęłam odwiedzić ten kraj. Wiedziałam jednak, że nie nastąpi to szybko. Pomysł ten, jak i wiele innych trafił na półkę z napisem „MARZENIA”. Miałam nadzieję, że gdy już będę „dorosła”, bogata i będę miała dużo czasu to uda mi się go zrealizować.

Parę miesięcy później mój  – wtedy jeszcze – chłopak wpadł na pomysł wspólnego wyjazdu do Azji. Zaproponował, że w okresie wakacyjnym będziemy pracować, aby jesienią 2006 udać się w jakieś nieznane i odległe miejsce. Postanowił zrezygnować z męskich wycieczek rowerowych po Europie czy sportowych wyjazdów, na które wyjeżdżał co roku. Stwierdził, że nadszedł czas, abyśmy razem zaczęli „podbijać” świat. Chciałabym  zwrócić uwagę na to, że mój Mąż należy do osób, które uważają, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, a do wszystkiego można dojść ciężką pracą. Z tego względu wiedziałam, że rzucony przez z niego pomysł nie jest spontaniczną akcją nieodpowiedzialnego dwudziestolatka, ale przemyślaną propozycją chłopaka, który ma głowę na karku i który  zrobi wszystko, aby ten plan   zrealizować.                                                                                                                                                  Moja reakcja była do przewidzenia. Spojrzałam na niego jak na wariata i zapytałam, czy ma dla mnie jakieś realne propozycje. Miałam wiele „ale”, z powodu których ten wyjazd wydawał się niemożliwy.  Głównym był moja Mama – jak miałabym ją niby przekonać? Byłam przecież za młoda (18 lat) na wyjazd z chłopakiem na koniec świata.

Nasza dyskusja na tym się nie zakończyła i wracaliśmy do tego tematu dość często. Za każdym razem powtarzałam prawie jak mantrę zdanie „Chciałabym , ale nie mogę”. Pewnego razu usłyszałam w odpowiedzi następującą złotą myśl: „Nie ma sensu czekać aż marzenia się spełnią. Zacznij robić plan, jak je spełnić i przystąp do jego realizacji”. Jego postawa sprawiła, że zakochałam się w moim Mężu po raz drugi.

To zdanie przerwało wszelkie dyskusje. Po prostu przystąpiliśmy do realizacji tego pomysłu.  Jako cel naszej wyprawy wybraliśmy właśnie Chiny.  Pierwszym zadaniem było znalezienie funduszy na ten wyjazd. Właśnie, skąd wziąć pieniądze na taką podróż? I tu odpowiedź jest zawsze ta sama: „praca, praca i jeszcze raz praca” + jak to w życiu bywa pewne kompromisy. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrezygnować z nowych ciuchów, nowego komputera czy wyjść do restauracji oraz, że będzie to jedyny wyjazd w tym roku. Jednak w zamian za to mieliśmy przeżyć niezapomniane wakacje.

Następnie musieliśmy zakupić bilety i zarysować wstępny plan naszego wyjazdu. Do dziś się śmiejemy, że był to pierwszy i ostatni urlop zaplanowany przez mojego Męża. Plan był taki, że go nie było i w sumie pojechaliśmy na żywioł.

Na koniec zostawiliśmy sobie przekonanie mojej Mamy, że nie zginiemy w tym wielkim świecie. Nie zrozumcie mnie źle,  moja Mama lubi rozstać się ze swoim m3. Kocha zwiedzać nowe miejsca, nie ważne gdzie by one nie były. Z przyjemnością chłonie także wszystkie opowieści dotyczące naszych wyjazdów. Jednak jak każdy rodzic mocno kochający swoje dzieci ma pewne obawy. Szczególnie, gdy potomstwo jeszcze młode i nigdy nie wyjeżdżało bez rodziców na dłużej niż dwa tygodnie. Mama dowiedziała się o naszym wspaniałym planie, gdy już mieliśmy bilety w ręku. Mój Tata został poinformowany wcześniej i starał się mentalnie przygotować moją Mamę na tą wiadomość. Okazało się, że jednak nie doceniłam odwagi mojej Rodzicielki. Nie powiedziała co prawda „tak”, ale też nie spaliła mojego biletu, jak to sobie wyobrażałam. Mieliśmy jej błogosławieństwo.

Wtedy klamka zapadła. Wiedzieliśmy, że na pewno lecimy. Nic nie stało już nam na drodze do spełnienia naszego marzenia.

Gdyby nie upartość mojej drugiej połówki, to minęłoby jeszcze wiele lat za nim udałabym się w swoja pierwszą podróż w nieznane. Myślę, że mogę uważać się za szczęściarę, której los na drodze postawił chłopaka wierzącego w ludzki potencjał i nieznającego granic marzeń. Z własnego doświadczenia mogę  powiedzieć, że  nie ma co czekać na idealnego księcia z bajki na białym koniu, który nigdy nie nadjedzie. Dajmy się porwać komuś, kto nam pokaże, że nasze  „CHCIEĆ” znaczy „MÓC“.

Lecimy do Kanady

W trakcie ciąży rozmawialiśmy o tym dokąd moglibyśmy się udać w pierwszą dalszą wycieczkę z dzieckiem w ramach urlopu macierzyńskiego/tacierzyńskiego (kto nazwał to urlopem?). Przychodziły nam do głowy najróżniejsze pomysły. Stwierdziliśmy,  że tym razem wybór nie może być przypadkowy. Nie mogliśmy zakręcić globusem, tak jak zrobiliśmy to w przypadku wyboru miejsca na podróż poślubną. W końcu chcieliśmy zabrać ze sobą  9-miesięcznego bobasa i chociaż stwarzać pozory bycia odpowiedzialnymi rodzicami.

Założyliśmy, że:

– musi być to kraj, w którym będziemy w stanie przejechać chodnikiem/ drogą naszym wielkim wózkiem,

–  nie będziemy musieli się obawiać o jakość wody (Dziecko nasze chętnie pije wodę…także podczas kąpieli…)

–  kraj powinien być bogaty w różnorodną ofertę atrakcji na świeżym powietrzu, ponieważ  długie wycieczki po muzeach i galeriach nie wchodzą z dzieckiem w grę

– unikamy  kraju o dość niskim poziomie rozwoju cywilizacyjnego.

Obawialiśmy się, że kumulacja czynników takich jak trudne warunki panujące w danym miejscu, dziecko, które dopiero poznawaliśmy i  my zupełnie nowej roli spowoduje, że więcej nie zdecydujemy się na podróż w trójkę. Zanim wypracowaliśmy kryteria wyboru, to zastanawialiśmy się nad Brazylią w czasie Igrzysk Olimpijskich. Bardzo głupi pomysł. W tym przekonaniu utwierdziliśmy się później słysząc historie przyjaciółki, która tam właśnie w tym okresie była. Rozważaliśmy również Japonię, ale doszliśmy do wniosku, że dwa miesiące w kraju kwitnącej wiśni to trochę za długo. Poza tym ciężko tam ponoć o pieluchy, więc nie wiem, ile paczek pampersów musielibyśmy upchnąć w plecaku kosztem czystej bielizny.

Pewnego dnia Mąż po powrocie z pracy natchniony rozmową z kolegą o byciu ojcem i wspólnych wyjazdach zaproponował, że weźmie w wakacje dwa miesiące tacierzyńskiego, abyśmy mogli polecieć do Kanady. Kolega roztoczył przed nami wizję Kanady jako kraju przyjaznego dzieciom i bogatego w piękną faunę i florę, a ja przecież koniecznie chciałam przeżyć bliskie spotkanie z łosiem.  W sumie już nie było o czym dyskutować, bo pomysł wydawał się doskonały.   Pozostało „tylko” kupić bilety, zaplanować całą podróż i oznajmić wesołą nowinę świeżo upieczonym Dziadkom. Tak jak biletów niespecjalnie się naszukaliśmy, bo Ciocia Ada podesłała nam kuszącą ofertę lotów, to  wierzcie mi, że ostatnie zadanie okazało się najtrudniejsze. Serio zastanawialiśmy się, czy Rodzina naśle na nas demonizowany w Polsce Jugendamt (niemiecki odpowiednik MOPR-u).  Teściowie próbowali nam przedstawić tysiące alternatyw, m.in.: krótki pobyt na Malcie lub 2 tygodnie na jakiejś greckiej wyspie.  Chyba wątpili w to, że jesteśmy świadomi tego na co się piszemy. Przyznam, że mogło to tak wyglądać. Gdy zakupiliśmy bilety lotnicze, byliśmy dopiero rodzicami z tygodniowym stażem i sami zastanawialiśmy się, czy nie porywamy się z motyką na słońce. Przez to, że nasze dziecko nie dało się nam zbyt we znaki w pierwszych dobach swojego życia, (optymistycznie) stwierdziliśmy, że jaki pierwszy tydzień, taki cały rok. Nie chcieliśmy dać się pokonać myśli, że zawsze może być gorzej. Żartowaliśmy też, że to córka musi się do nas dopasować, a nie odwrotnie.

Z poinformowaniem moich Rodziców zwlekaliśmy dość długo. Najpierw musiałam przygotować się do „quizu”, w który „gramy” z nimi przed każdą wyprawą. Nie chciałam go przecież przegrać. „Quiz” polega na odpowiadaniu na przygotowane przez moich Rodziców pytania z zakresu bezpieczeństwa i koncepcji naszego wyjazdu.  Oczywiście zawsze udzielam dość oględnych odpowiedzi. Przede mną było nowe wyzwanie, bo musiałam przygotować się również na pytania dotyczące bezpieczeństwa ich ukochanej wnuczki. Nawet nie miałam zamiaru wspominać, że w planie mamy przelot helikopterem…   „Quiz” zakończył się pomyślnie dla nas. Dziadkowie jako  nagrodę pocieszenia wybrali sobie obietnice, że przywieziemy ich wnuczkę całą i zdrową, a w kolejną podróż udamy się sami zostawiając córkę z nimi. Chyba nie muszę dodawać, że zobowiązaliśmy się jedynie do przywiezienia dziecka w jednym kawałku.

Ostatecznie polecieliśmy do Kanady na 6 tygodni. Odwiedziliśmy 4 prowincje: od Ontario po Nową Szkocję i zjechaliśmy łącznie około 9500 km. Co my tam robiliśmy tyle czasu? Chłonęliśmy cudowną kanadyjską atmosferę, rozkoszowaliśmy się pięknymi widokami i spędzaliśmy czas na spacerach i rozmowach z przemiłymi Kanadyjczykami. Oprócz tego udało się nam zaliczyć parę dodatkowych atrakcji jak np. przelot helikopterem nad Parkiem Narodowym Tysiąca Wysp, oglądanie wielorybów, które wpływają do rzeki Św. Wawrzyńca czy hiking przez Park Narodowy Cape Breton Highlands (mój osobisty highlight wyjazdu – polecam).

Jesteśmy przykładem na to, że spełnianie marzeń jest możliwe również z dzieckiem, szczególnie wtedy, gdy pozwolimy mu uczestniczyć w ich realizacji. Nie traktujmy naszych pociech jako przeszkodę, tylko dodatkową „atrakcję” podróży.  Wyjazd na wakacje z potomstwem nie sprowadza się do siedzenia przez cały czas na placu zabaw. Jeżeli je odpowiednio zainteresujemy i włączymy w zwiedzanie, to spacer przez park/las/ dżungle czy centrum miasta może się okazać niesamowitą przygodą. Oczywiście nie oczekujmy, że nasz mały podróżnik wytrzyma dwie godziny w muzeum. To jednak tylko dziecko, a naszym zadaniem jest dobór odpowiednich atrakcji dla wszystkich członków wyprawy. Podróże z pociechą są inne. Inne nie oznacza jednak gorsze. 

kanadaok