Szlakiem Cabot´a – część III

Następnego dnia pogoda nie mogła się zdecydować, czy chce nam zafundować trochę słońca czy postraszyć deszczem. Warunki były jednak o wiele przyjemniejsze i zachęcały do aktywności na zewnątrz.  W planie mieliśmy m.in.: przejechanie ostatniego odcinka Cabot Trail aż do Cheticamp.

Po drodze odwiedziliśmy rybacką wioskę Pleasant Bay, w której mieszka ok. 150 osób. Mieszkańcy cenią sobie życie z dala od zgiełku dużych metropolii.

DSCN3375.JPG

Oprócz dziewiczej natury w tej okolicy znajduje się buddyjski klasztor Gampo Abbey. Założony został w 1983 roku przez buddyjskiego mnicha Chögyam Trungpa. Niestety nie załapaliśmy się na wycieczkę po jego wnętrzach.

DSCN3376

Udało nam się obejrzeć jedynie budowlę z zewnątrz.  Zwiedziliśmy również stupę, która symbolizuje przebudzony umysł Buddy.  Sam budynek klasztoru wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej. Spodziewaliśmy się budowli podobnych do tych, które widzieliśmy w Azji. W to miejsce jednak warto przyjechać, aby zobaczyć z bliska życie mnichów, dowiedzieć się czegoś o buddyzmie oraz ze względu na rewelacyjne położenie klasztoru. Więcej informacji o Gampo Abbey znajdziecie tutaj: https://gampoabbey.org/tours-2/.

Pleasant Bay słynie również z najlepszego  wielorybowego safari na Cape Breton. Nie skorzystaliśmy jednak z tej opcji. Po pierwsze siedzenie na łodzi w deszczu to średnia przyjemność, a po drugie wieloryby udało nam się zobaczyć kilka tygodni wcześniej w Les Bergeronnes, w prowincji Quebec.

Nie zabawiliśmy długo w tej części wyspy. Ze względu na niewielką ilość turystów i kiepską pogodę za wiele się w tym miejscu nie działo, a leżenie na plaży z wiadomych względów nie wchodziło  w grę.

Postanowiliśmy pojechać dalej w kierunku Parku Narodowego Cape Breton Highlands. Niestety nie mieliśmy przy sobie żadnej mapy parku, w której zaznaczone byłyby szlaki, ich długość oraz stopień trudności. Pierwszego dnia naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapomnieliśmy o to zadbać przejeżdżając obok informacji turystycznej. Stwierdziliśmy, że prędzej czy później trafi się ponownie jakaś okazja na jej zdobycie.

DSCN3345.JPG

Za nim się taka szansa nadarzyła wypatrzeliśmy po drodze jedną z pieszych tras parku, która prowadzić miała do Beulach Ban Falls. Jako fani wodospadów stwierdziliśmy, że robimy tutaj kolejny stop naszej samochodowej wycieczki i idziemy.

DSCN3317.JPG

Spacer do celu okazał się niestety zbyt krótki.  Postanowiliśmy więc podążyć jeszcze innym szlakiem, który znajdował się w tym miejscu. Oczywiście nie znaleźliśmy jego długości przez co nie mogliśmy oszacować ile czasu potrzebujemy na tę wędrówkę. Droga wyglądała jednak na dość łatwą i szeroką, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy hiking bez informacji o szlaku.

Błąd! Jeżeli nie wiesz, ile kilometrów masz do przejścia, jaki poziom trudności ma trasa, nie dysponujesz odpowiednią ilością wody pitnej, a dodatkowo w nosidle niesiesz dziecko, nie wybieraj się na hiking.

Szkoda, że wtedy tacy mądrzy nie byliśmy. Dziś wiemy, że droga, którą szliśmy to 10 kilometrowy Aspy Trail, a wędrówka po nim nie jest zwykłym spacerem.

DSCN3333

Trasa z początku bardzo nam się podobała. Delektowaliśmy się ciszą i zapachami lasu.

DSCN3334.JPG

Co prawda brakowało jakichkolwiek oznaczeń, jak to w Kanadzie, ale za to co jakiś czas widzieliśmy ławeczki,  na których można było sobie spocząć.DSCN3340

Im dalej w las, tym ścieżka robiła się węższa. Po jakimś czasie dotarliśmy do małej chatki, która służyła jako schronienie dla osób, które się zgubiły, źle oszacowały czas lub chcą się ukryć przed niedźwiedziem. Na szczęście żaden z tych przypadków nie dotyczył nas.

W środku znaleźliśmy zarys trasy. Wyczytaliśmy z niego, że do końca mamy jeszcze 4 km. Zdecydowaliśmy się więc na dalszą wędrówkę. Niestety od tego momentu zmienił się poziom trudności. Ścieżka zaczęła prowadzić w górę i była coraz węższa.

DSCN3342.JPG

Jak na złość zaczął padać deszcz. Poza tym informacja dotycząca długości szlaku na mapie w chatce okazała się fałszywa lub my ją źle odczytaliśmy, więc jak się zapewne domyślacie do przejścia mieliśmy więcej niż 4 kilometry. Na naszej drodze coraz częściej zaczęły pojawiać się odchody zwierząt. Nie jestem ekspertem od zwierzęcych „numerów dwa”, więc nie wiem kto zostawił dla nas taką niespodziankę. Nawet gdyby był to łoś, to w tych okolicznościach nie miałabym ochoty na bliskie spotkanie. Wtedy albo musielibyśmy uciekać w las albo turlać się w dół po stromym, zalesionym zboczu. Rajcujące opcje, nieprawdaż? Miejscami wędrówka zmieniała się we wspinaczkę, połączoną ze ślizganiem na błocie. Zastanawialiśmy się, w jakim stanie będzie trasa, gdy będziemy wracali do samochodu. Oczywiście nadal deklarowaliśmy chęć dojścia do końca trasy.

DSCN3343

Jednak  wraz z zagęszczającą się mgłą i zwiększającymi się opadami zaczął odzywać się w nas głos rozsądku, który kazał nam zawracać. W pamięci mieliśmy też naszą przygodę sprzed paru lat. Podczas schodzenia z wulkanu Concepción na wyspie Ometepe w deszczu wywróciłam się i wybiłam sobie nadgarstek.  Przez resztę trasy byłam skazana na asystę Pana Męża. Teraz towarzyszyła nam nasza córka, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na takie dodatkowe wrażenia. Przecież jesteśmy rodzicami i to odpowiedzialnymi…ponoć. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że musimy podjąć „męską” decyzję: iść dalej czy zawracać.

Stwierdziliśmy, że wolimy być żywymi leszczami niż wrócić z podróży jako kaleki i idioci, którzy wybrali się na hiking bez informacji o trasie. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie na wypadek, gdyby to miałoby być nasze ostatnie wspólne zdjęcie i zaczęliśmy zawracać. Schodząc w dół modliliśmy się o to, aby ścieżka jeszcze istniała. Powrót przebiegł na szczęście bez przygód. Trafiliśmy bez przeszkód na parking, gdzie czekał na nasz nas samochód i woda pitna.

Tego dnia nie mieliśmy już więcej ochoty na spacery i obiecaliśmy sobie, że bez mapki nie chodzimy na piesze wędrówki. Grzecznie pojechaliśmy dalej, zatrzymując  się od czasu do czasu przy kolejnym punkcie widokowym.

DSCN3369

Ścieżek dla pieszych minęliśmy sporo, ale trzymaliśmy się umowy, choć pokusa była duża. Największa, gdy przejeżdżaliśmy obok Skyline Trail. Doszliśmy jednak do wniosku, że w taką pogodę i w przemoczonych ciuchach hiking nawet po najładniejszej trasie nie ma sensu. Na szczęście pod koniec dnia, gdy dojechaliśmy do Cheticamp wypogodziło się.

WP_20160815_17_21_27_Rich_LI

Zanim udaliśmy się do naszej noclegowni w Margaree Harbour pozwoliliśmy więc sobie na krótki spacer po plaży i po Cheticamp.

WP_20160815_17_20_22_Rich_LI.jpg

Końcowy odcinek Cabot Trail nas zachwycił. Ustaliliśmy więc, że następnego dnia przejedziemy ten odcinek jeszcze raz  i wrócimy do parku, aby przejść się Skyline Trail. Poza tym nie spotkałam jeszcze łosia, a bez tego doświadczenia nie miałam zamiaru wyjeżdżać z Kanady.

Czytaj dalej tu.

Podróż z dzieckiem: Czy warto?

„Czy jest sens zabierać je w daleką podróż?”, „Przecież i tak nie będzie nic  pamiętać.”, „Dziecko nas ogranicza w trakcie wyjazdu.”,  ” Urlop z dzieckiem to nie jest wypoczynek”.

Wielu rodziców zadaje sobie pytanie, czy na urlop powinni pojechać z dzieckiem. W tym zakresie wyróżnić można 3 typowe postawy: pierwsza grupa zostawia swoją pociechę z opiekunką lub z dziadkami.  Druga grupa rodziców w ogóle się nad tym pytaniem  nie zastanawia i po prostu jedzie. Niestety często krąży wokół nich grupa (pseudo)doradców poddających w wątpliwość słuszność takiej decyzji. Rodzice należący do trzeciej grupy nie wyjeżdżają. Zostają w domu ze swoimi dziećmi.

I kto tu ma rację?

Na to pytanie nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że taka nie istnieje. Wyznaję zasadę, że każdy powinien postępować zgodnie ze swoim sumieniem, dokonując takich wyborów, które będą dla niego najlepsze. To co jest dobre dla mnie, nie oznacza, że spodoba się innym. My wiemy, że podróż z naszą córką sprawia nam ogromną przyjemność, dlatego odkąd pojawiła się na świecie jest nieodłącznym kompanem naszych wyjazdów. Na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” krzyczymy głośno „TAK”.

WP_20160226_17_02_14_Pro_LI 1.jpg

Prawdą jest, że nasz szkrab jest zbyt mały, aby zrozumieć dokąd i dlaczego teraz lecimy lub jedziemy.  Prawdopodobnie niewiele też będzie pamiętać z naszych wypraw. Nie będzie pamiętać również tego, że zabieraliśmy ją na bawialnie, świętowaliśmy jej urodziny, czytaliśmy jej bajki i odwiedzaliśmy wspólnie Dziadków, ale mimo tego, to robimy. Zatem dlaczego nie mamy  zabrać jej  na wspólny wyjazd?                                                                                                                                                            Mój Mąż jako 6-latek towarzyszył swoim Rodzicom podczas 3-miesięcznego rejsu do Ameryki Południowej.  W tym czasie odwiedził połowę państw tego kontynentu. Ile z tego pamięta? Niewiele, tylko urywki. Szczególnie jaką zabawkę rodzice mu kupili w danym miejscu. Jednak gdy ogląda zdjęcia z tej podróży jest bardzo dumny, że miał szansę zwiedzić te odległe i egzotyczne miejsca jako dziecko.  Dodatkowo zaszczepiło to w nim chęć do odkrywania świata.

Sam fakt, że dziecko nie będzie pamiętało wspólnej wycieczki, nie oznacza, że taki wyjazd nie ma pozytywnego wpływu na jego rozwój. W trakcie naszej podróży po Kanadzie nasza córka codziennie obracała sie w nowym gronie osób, które ją zaczepiało, uśmiechało się do niej lub chciało się z nią bawić. To uczy otwartości i przyzwyczaja dziecko do osób, które wyglądają i mówią inaczej niż rodzice. Stwierdziliśmy, że jest to bardzo dobre przygotowanie na żłobek, do którego nasz bobas miał pójść po powrocie.                                                                                                                                                     Niestety w przypadku naszej córki to zainteresowanie jej osobą doprowadziło do tego, że już nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie, ponieważ inaczej była oburzona i dawała temu wyraz wołaniem w kierunku osoby, która ją minęła…najwyraźniej wszystko może zaszkodzić w nadmiarze.

Nasze dziecko przez wakacyjną wyprawę nauczyło się również robić „pa pa” na pożegnanie lub odmachiwać do innych osób.W Kanadzie tyle ludzi do niej machało, że w sumie nie miała innego wyjścia niż nabyć tę umiejętność.  Nigdy  nie zapomnę zdziwionej miny naszej pediatry, która na koniec wizyty lekarskiej po naszym powrocie pomachała na pożegnanie małej pacjentce, a ona jej odmachała. Przyznam, że byłam z niej w tym momencie bardzo dumna. Kanado, jestem Ci wdzięczna!

WP_20160724_13_53_49_Pro_LI12.jpg

Zaskoczeni byliśmy również z jaką łatwością nasza  córka jest w stanie przystosować się do nowych lub ciągle zmieniających się warunków. Najwyraźniej wycieczki uczą małego podróżnika umiejętności zasypiania w każdych warunkach, nie tyko w domu. Już podczas wcześniejszych wyjazdów przekonaliśmy się o tym, że nasze dziecię jest niewzruszone zmianą miejsca i łóżka, w którym ma spać. Nawet gdy miała miesiąc, 5, 6 czy 8 miesięcy. Jednak nie wiedzieliśmy, jak zareaguje na zmianę miejsca pobytu co dwa dni.  Dla dorosłego człowieka może to być męczące, a co dopiero dla małej istoty. Z tego względu chcieliśmy dopasować tempo naszej podróży do niej i jej aktualnego samopoczucia. Przed wylotem zaplanowaliśmy mniej więcej tylko pierwsze dwa tygodnie z mniejszymi dystansami do przejechania i większą ilością przerw w drodze. O przebiegu reszty wyprawy mieliśmy decydować na bieżąco. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się o to obawialiśmy. Nasze dziecko było bardzo elastyczne i pozwoliło nam ostatecznie odwiedzić więcej miejsc niż zakładaliśmy, a na koniec znaleźć jeszcze czas na relaksujące spotkania z przyjaciółmi.

Niesamowite było dla nas również to, że traktowała nasze co chwilę zmieniające się pokoje jako tymczasowy dom. Gdy wracaliśmy po całym dniu zwiedzania do naszego lokum (zarezerwowanego na portalu airbnb.com),  nasze dziecko w ogóle nie było skrępowane. Raczkowało wesoło z kąta w kąt, jakby myślało: „Acha, jesteśmy w domu”.

WP_20160404_16_33_30_Pro_LI 1.jpg

W trakcie tego wyjazdu również  my nauczyliśmy się czegoś nowego. Nastąpiło to podczas bliskiego spotkania naszej córki z grupą turystów z Chin. Wszyscy rozpływali się nad jej wyglądem oraz próbowali jej za wszelką cenę dotknąć. Zastanawialiśmy się z Mężem co powinniśmy zrobić w takiej sytuacji. Staliśmy akurat w kolejce na prom i nie chcieliśmy ryzykować, że nasze dziecko rozpłacze się w tym momencie przez zbyt intensywny kontakt z obcymi ludźmi. Tutaj trzeba przyznać, że ona cicho nie płacze i pewnie zmuszeni bylibyśmy uciec gdzieś w ustronne miejsce. Inaczej musielibyśmy później wypłacać wszystkim w kolejce odszkodowania za utratę słuchu i uszczerbki na zdrowiu.  Z jednej strony nie chcieliśmy zwracać im uwagi. Z drugiej strony wizja płaczącego dziecka i  ucieczki z kolejki też nam się nie uśmiechała . Okazało się, że nasza pociecha była uradowana całą uwagą, która była kierowana w jej stronę i zupełnie do niczego nie byliśmy jej potrzebni. Postanowiliśmy zatem dać jej możliwość zawiązania nowych znajomości bacznie nad nią czuwając. Po jakimś czasie zrobiła się jednak zmęczona i chyba też trochę znudzona. Widząc to chciałam wkroczyć do akcji i rozgonić towarzystwo. Nie musiałam. Nasze dziecko udowodniło nam, że nie potrzebuje ciągłej asysty  i radzi sobie samo w sytuacjach, kiedy jej się coś nie podoba lub ma dość. Potrafi to dość głośno i wyraźnie machając ręką zasygnalizować. Miła grupka zrozumiała przekaz, pomachała na pożegnanie i się oddaliła. Wtedy pomyślałam sobie, że nasza córka w  żłobku może jednak nie zginie. Dla nas była to lekcja o tym, że rolą rodzica jest bycie zawsze w pogotowiu, ale w taki sposób, aby dziecko nauczyło się  samo sygnalizować, że coś mu się nie podoba niekoniecznie wyciągając od razu ciężkiego działa w postaci płaczu.

Ostatni przykład, który przytoczę dotyczyć będzie języka obcego. Nasza córka słyszała przez 6 tygodni głównie angielski. Na początku wyjazdu, kiedy byliśmy pytani przez Kanadyjczyków, czy nasz mały towarzysz podróży rozumie po angielsku, musiałam powstrzymywać się od śmiechu. Nie mieliśmy pewności, czy nasz 9-miesięczny bobas rozumie wszystko po polsku lub choć trochę po niemiecku,  bo w końcu w Niemczech się wychowuje. To co tu dopiero mówić o języku obcym!  Przyznam jednak, że po 6 tygodniach to pytanie nie wydawało mi się już tak absurdalne. W końcu nasza wielotygodniowa podróż po Kanadzie była dla niej pasywną lekcją nauki angielskiego, której nie doświadczyłaby w tak młodym wieku zostając w domu. Pomyślałam, że jeżeli  słyszała język angielski codziennie przez 24h na dobę, to może jednak czegoś się nauczyła.   Pod koniec wyjazdu zastanawialiśmy się, ile z tego zostanie w jej umyśle i czy dzięki tej podróży kiedyś łatwiej  jej się będzie uczyć angielskiego.

Podróże to przygoda. Nie tylko pozwalają na zwiedzenie  nowych miejsc i zawiązywanie znajomości, ale i uczą m.in.: życia, otwartości, języka  i akceptacji.

WP_20160227_11_20_39_Rich_LI12.jpg

Jak daleko można pojechać z małym dzieckiem lub bobasem? Nie ma na to odpowiedzi. Granicą jest tylko nasza wyobraźnia i odwaga. Dziecku nie robi to różnicy czy będzie leżeć na kocu nad jeziorem 100 km czy w jakimś egzotycznym miejscu 2 tysiące kilometrów od domu.  Póki będziemy z nim i będziemy poświęcali mu uwagę będzie szczęśliwe niezależnie od miejsca.                                                                                                                                              Oczywiście nie myślcie, że zawsze jest pięknie i różowo.  Na każdym wyjeździe dziecko płacze i ma swoje humory, ale ma je również i w domu. Osobiście wolę walczyć z jego kaprysami w jakimś fajnym miejscu niż w czterech ścianach.  Przyznaję też, że podróżując z dzieckiem nie można korzystać ze wszystkich atrakcji danego miejsca. Wieczorne wypady na festiwale, koncerty lub odkrycie nocnego życia czy długie wycieczki po muzeach lub galeriach nie wchodzą w grę. Dla niektórych może to być ograniczeniem, dla innych rezygnacją ze zbędnej rozrywki, a dla innych dodatkowymi godzinami snu potrzebnymi na regeneracje, aby następnego dnia odkrywać miejsca, do których bez dzieci  nie trafiliby. Dużo zależy od naszego nastawienia.  Poza tym jeżeli traktujemy wycieczkę, jako ucieczkę od pieluch i butelek czy miliona pytań „a dlaczego?”, to wspólny wyjazd niekoniecznie wywoła  radość na naszych twarzach.

Dla nas wspólne wycieczki to czas, podczas którego możemy poświęcić sobie 100% uwagi, która na co dzień zostaje rozproszona przez wiele czynników typu praca czy domowe obowiązki.  W trakcie wyjazdu mamy  tylko siebie, ze wszystkimi tego zaletami i wadami.

Wiadomo, że  wyprawa z małym podróżnikiem wiąże się z różnymi obawami. Najpierw martwimy się, czy sprostamy logistycznemu wyzwaniu i spakujemy wszystkie tobołki malucha do bagażnika lub walizki. Potem dochodzi kwestia ilości godzin spędzonych w środkach transportu, ilości dziennie pokonywanych km, częstotliwości zmieniania miejsca, jedzenia, bezpieczeństwa itd …uwierzcie mi lista pytań i obaw zawsze będzie długa bez względu na wiek potomstwa. Wydaję mi się, że strach rodziców wyznacza czasem granicę wiary w możliwości i umiejętności własnego dziecka. Rodzinne wakacje to świetna okazja, aby te granice przełamać i wypróbować się w nowej sytuacji.                                                                                                                                                     Trzeba jednak być świadomym tego, że nigdy nie będzie idealnego momentu na wspólny urlop, a odpowiedzi na nurtujące nas, jako rodziców pytania nie poznamy dopóki się w taką podróż nie wybierzemy.

Czy na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” teraz już krzyczysz głośno „TAK” razem z nami?

Lecimy do Kanady

W trakcie ciąży rozmawialiśmy o tym dokąd moglibyśmy się udać w pierwszą dalszą wycieczkę z dzieckiem w ramach urlopu macierzyńskiego/tacierzyńskiego (kto nazwał to urlopem?). Przychodziły nam do głowy najróżniejsze pomysły. Stwierdziliśmy,  że tym razem wybór nie może być przypadkowy. Nie mogliśmy zakręcić globusem, tak jak zrobiliśmy to w przypadku wyboru miejsca na podróż poślubną. W końcu chcieliśmy zabrać ze sobą  9-miesięcznego bobasa i chociaż stwarzać pozory bycia odpowiedzialnymi rodzicami.

Założyliśmy, że:

– musi być to kraj, w którym będziemy w stanie przejechać chodnikiem/ drogą naszym wielkim wózkiem,

–  nie będziemy musieli się obawiać o jakość wody (Dziecko nasze chętnie pije wodę…także podczas kąpieli…)

–  kraj powinien być bogaty w różnorodną ofertę atrakcji na świeżym powietrzu, ponieważ  długie wycieczki po muzeach i galeriach nie wchodzą z dzieckiem w grę

– unikamy  kraju o dość niskim poziomie rozwoju cywilizacyjnego.

Obawialiśmy się, że kumulacja czynników takich jak trudne warunki panujące w danym miejscu, dziecko, które dopiero poznawaliśmy i  my zupełnie nowej roli spowoduje, że więcej nie zdecydujemy się na podróż w trójkę. Zanim wypracowaliśmy kryteria wyboru, to zastanawialiśmy się nad Brazylią w czasie Igrzysk Olimpijskich. Bardzo głupi pomysł. W tym przekonaniu utwierdziliśmy się później słysząc historie przyjaciółki, która tam właśnie w tym okresie była. Rozważaliśmy również Japonię, ale doszliśmy do wniosku, że dwa miesiące w kraju kwitnącej wiśni to trochę za długo. Poza tym ciężko tam ponoć o pieluchy, więc nie wiem, ile paczek pampersów musielibyśmy upchnąć w plecaku kosztem czystej bielizny.

Pewnego dnia Mąż po powrocie z pracy natchniony rozmową z kolegą o byciu ojcem i wspólnych wyjazdach zaproponował, że weźmie w wakacje dwa miesiące tacierzyńskiego, abyśmy mogli polecieć do Kanady. Kolega roztoczył przed nami wizję Kanady jako kraju przyjaznego dzieciom i bogatego w piękną faunę i florę, a ja przecież koniecznie chciałam przeżyć bliskie spotkanie z łosiem.  W sumie już nie było o czym dyskutować, bo pomysł wydawał się doskonały.   Pozostało „tylko” kupić bilety, zaplanować całą podróż i oznajmić wesołą nowinę świeżo upieczonym Dziadkom. Tak jak biletów niespecjalnie się naszukaliśmy, bo Ciocia Ada podesłała nam kuszącą ofertę lotów, to  wierzcie mi, że ostatnie zadanie okazało się najtrudniejsze. Serio zastanawialiśmy się, czy Rodzina naśle na nas demonizowany w Polsce Jugendamt (niemiecki odpowiednik MOPR-u).  Teściowie próbowali nam przedstawić tysiące alternatyw, m.in.: krótki pobyt na Malcie lub 2 tygodnie na jakiejś greckiej wyspie.  Chyba wątpili w to, że jesteśmy świadomi tego na co się piszemy. Przyznam, że mogło to tak wyglądać. Gdy zakupiliśmy bilety lotnicze, byliśmy dopiero rodzicami z tygodniowym stażem i sami zastanawialiśmy się, czy nie porywamy się z motyką na słońce. Przez to, że nasze dziecko nie dało się nam zbyt we znaki w pierwszych dobach swojego życia, (optymistycznie) stwierdziliśmy, że jaki pierwszy tydzień, taki cały rok. Nie chcieliśmy dać się pokonać myśli, że zawsze może być gorzej. Żartowaliśmy też, że to córka musi się do nas dopasować, a nie odwrotnie.

Z poinformowaniem moich Rodziców zwlekaliśmy dość długo. Najpierw musiałam przygotować się do „quizu”, w który „gramy” z nimi przed każdą wyprawą. Nie chciałam go przecież przegrać. „Quiz” polega na odpowiadaniu na przygotowane przez moich Rodziców pytania z zakresu bezpieczeństwa i koncepcji naszego wyjazdu.  Oczywiście zawsze udzielam dość oględnych odpowiedzi. Przede mną było nowe wyzwanie, bo musiałam przygotować się również na pytania dotyczące bezpieczeństwa ich ukochanej wnuczki. Nawet nie miałam zamiaru wspominać, że w planie mamy przelot helikopterem…   „Quiz” zakończył się pomyślnie dla nas. Dziadkowie jako  nagrodę pocieszenia wybrali sobie obietnice, że przywieziemy ich wnuczkę całą i zdrową, a w kolejną podróż udamy się sami zostawiając córkę z nimi. Chyba nie muszę dodawać, że zobowiązaliśmy się jedynie do przywiezienia dziecka w jednym kawałku.

Ostatecznie polecieliśmy do Kanady na 6 tygodni. Odwiedziliśmy 4 prowincje: od Ontario po Nową Szkocję i zjechaliśmy łącznie około 9500 km. Co my tam robiliśmy tyle czasu? Chłonęliśmy cudowną kanadyjską atmosferę, rozkoszowaliśmy się pięknymi widokami i spędzaliśmy czas na spacerach i rozmowach z przemiłymi Kanadyjczykami. Oprócz tego udało się nam zaliczyć parę dodatkowych atrakcji jak np. przelot helikopterem nad Parkiem Narodowym Tysiąca Wysp, oglądanie wielorybów, które wpływają do rzeki Św. Wawrzyńca czy hiking przez Park Narodowy Cape Breton Highlands (mój osobisty highlight wyjazdu – polecam).

Jesteśmy przykładem na to, że spełnianie marzeń jest możliwe również z dzieckiem, szczególnie wtedy, gdy pozwolimy mu uczestniczyć w ich realizacji. Nie traktujmy naszych pociech jako przeszkodę, tylko dodatkową „atrakcję” podróży.  Wyjazd na wakacje z potomstwem nie sprowadza się do siedzenia przez cały czas na placu zabaw. Jeżeli je odpowiednio zainteresujemy i włączymy w zwiedzanie, to spacer przez park/las/ dżungle czy centrum miasta może się okazać niesamowitą przygodą. Oczywiście nie oczekujmy, że nasz mały podróżnik wytrzyma dwie godziny w muzeum. To jednak tylko dziecko, a naszym zadaniem jest dobór odpowiednich atrakcji dla wszystkich członków wyprawy. Podróże z pociechą są inne. Inne nie oznacza jednak gorsze. 

kanadaok