Szlakiem Cabot´a – część IV

Ostatni dzień naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapowiadał się dobrze już od samego rana. Wyjątkowo nie obudził nas dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet okna, a niebo było niebieskie.  Po sytym śniadaniu i miłych rozmowach z innymi gośćmi w naszym Bed & Breakfast w Margaree Harbour ruszyliśmy na ostatnią przejażdżkę po Cabot Trail. Ta trasa skąpana w promieniach słońca prezentowała się jeszcze piękniej, więc przez większość drogi zbieraliśmy szczęki z ziemi.

Głównym celem tego dnia była wędrówka po Skyline Trail w Parku Narodowym Cape Breton Highlands. Ten pieszy szlak słynie z oszalamiających widoków i dużej ilości gatunków zwierząt, które można spotkać po drodze. Nie marzyłam o bliskim spotkaniu z niedźwiedziem, ale liczyłam, ze chociaż zza drzew wypatrzę łosia. Los sprawił, że spotkałam tego zwierzaka w tym dniu dwa razy. 

Gdy dojechaliśmy na parking chwilę po nas podjechało kolejne auto. Wyskoczyła z niego pani, która oznajmiła wszem i wobec, że łosie właśnie przeszły przez szosę. Pewnie zmierzały do tej części parku, więc szansa, że zaraz znajdą się blisko nas była bardzo duża.  Chwilę później naszym oczom ukazały się urocze stworzenia. 

DSCN3412.JPG

Pani łoś wraz ze swoimi dziećmi próbowała przejść przez parking. Jedyną przeszkodą byliśmy my, ludzie. Bylo nas więcej, więc zwierzęta widziały w nas zagrożenie.  Niektóre osoby zamiast stanąć z boku i się na chwilę uciszyć, to biegały za nimi z aparatami wzdłuż ścieżki pokrzykując przy tym wesoło. Zwierzęta nie mogły wejść na drogę. Stwierdziłam, że nie mogę na to patrzeć. Powiedziałam więc zgromadzonym, że łosie próbują przejść na drugą stronę, a nasza obecność i krzyki je stresuje. Podziałało. Spragniona wrażeń gromadka uspokoiła się, zwierzaki udały się w wybrane miejsce, a ja zobaczyłam je z bliska w najmniej spodziewanym momencie. Czekałam na to parę tygodni. Byłam więc usatysfakcjonowana. Na szlaku mogłam zatem spokojnie skupić sie na pięknym krajobrazie oraz  na tym , aby NIE spotkać niedźwiedzia. Po tym, jak w moje ręce wpadła ulotka parku, która dotyczyła sposobów postępowania na wypadek bliskiego spotkania z drapieżnikami, to ostatnie na co miałam ochotę to walka z „Mihem”, jakby to powiedziała  nasza córka. Złota rada kanadyjskich ekspertów na przeżycie spotkania z tym zwierzakiem brzmi:

Jeżeli wypatrzyłeś niedźwiedzia, a on Ciebie i nie było mu to obojętne, to sposób w jaki musisz się w takiej sytuacji zachować zależy od jego postawy. Jeżeli niedźwiedź nie chce Cię wyeliminować tylko jako ewentualnego niebezpieczeństwa, tylko jest to atak drapieżny, powinneś walczyć wszystkim, co przy sobie masz. Błędem jest kładzenie się na ziemi i udawanie trupa.

Jak u licha zwykły Kowalski ma w przeciągu paru sekund ocenić, czy zwierzę się tylko broni czy zobaczyło w nas smaczny kąsek? Poza tym wiedziałam, że z przedmiotami, które schowaliśmy do plecaka nasze szanse na zwycięstwo wynoszą O %, więc wynik tej bitwy był z góry przesądzony.  

Idąc szlakiem rozmawialiśmy głośno zgodnie z zaleceniami z ulotki, aby nie zaskoczyć kryjącej się w krzakach zwierzyny. Problem był w tym, że niezawsze chciało nam się prowadzić konwersacje. Widoki byly takie cudowne, że woleliśmy skupić  się na otaczającej nas przyrodzie. Przez jakiś odcinek drogi szliśmy więc w ciszy. No i stało się. Po lewej stronie ścieżki zza drzew usłyszeliśmy szelest. Następnie wypatrzeliśmy pana łosia z wielkim porożem, który był tak samo zaskoczony naszą obecnością, jak my jego. Zaczęliśmy powoli się wycofywać nie spuszczając go przy tym z oka. Pan łoś postanowił przyjrzeć się nam z bliska i powoli kierował się w naszym kierunku.

Co zrobić, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji? Kanadyjski ekspert radzi:

Gdy zobaczysz łosia nie uciekaj w panice. Szansa, że uda się wtedy za Tobą w pogoń  jest bardzo duża. Zacznij powoli się cofać nie spuszczając go z oczu. Jeżeli ruszy w Twoim kierunku w przyspieszonym tempie zadbaj o to, aby między Wami znalazły sie drzewa. To spowoduje, że nie będzie on mógł wymachiwać porożem ani swobodnie się poruszać.  Ty w ten sposób zredukujesz ryzyko, że zostaniesz przez niego stratowany.

Byliśmy zatem gotowi w każdej chwili wskoczyć w głęboki las i ukryć się między drzewami. Dziecko mieliśmy w nosidle, zatem mogliśmy się całkiem sprawnie poruszać. Powoli oddaliliśmy się cały czas bacznie obserwując każdy jego ruch.

Łoś wszedł majestatycznie na ścieżkę i ukazał nam się w całej swojej okazałości. 

DSCN3422

Spojrzał się na nas, stwierdził: „Phi, żadne z Was zagrożenie“ i poszedł dalej. Uffff, odetchnęliśmy  z ulgą, a zastrzyk adrenaliny sprawił, że nawet nie wiem kiedy oddaliliśmy się od miejsca naprawdę bliskiego spotkania. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście  tego dnia.

DSCN3425.JPG

Dalej czekały już na nas tylko cudowne widoki, błękit oceanu i świergot ptaków. Na końcu trasy spoczęliśmy w specjalnie przygotowanych do tego miejscach (tak, Kanada to kraj ławek w lesie 😆) i razem z innymi turystami podziwialiśmy otaczającą nas naturę, a przy okazji chwaliliśmy się im jak dzieci, tym co nas spotkało.

DSCN3461.JPG

Gdybyśmy jeszcze ze znajdującej się tam platformy widokowej na wzgórzu wypatrzyli wieloryby, to ten dzień byłby więcej niż perfekcyjny. Wiadomo jednak, w życiu nie można mieć wszystkiego :P.

Z tego względu, że Skyline Trail spełnił wszystkie nasze oczekiwania, a ja mogłam zrealizować swoje marzenie,  nie mieliśmy juz potrzeby szukania dalszych wrażeń ani w parku ani na Cabot Trail.

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej.

DSCN3473.JPG

Po drodze pooglądaliśmy jeszcze trochę  krajobrazów z przydrożnych punktów widokowych. Następnie udaliśmy się  do naszej ostatniej atrakcji na Cape Breton. Zwiedziliśmy destylarnie whisky Glen Breton, gdzie również można skosztować tego trunku. Znajduje się ona w miejscowości  Glenville. Glen Breton  Rare to pierwsza single malt whisky wyprodukowana w Ameryce Północnej. Trochę na nią w tej części świata poczekali, bo udało się to dopiero w 2000 roku. Więcej informacji dostępnych jest na: http://www.glenoradistillery.com/glenora-whiskey/   

Zadowoleni z realizacji naszego planu w 200% w tej części Kanady i pełni wrażeń udaliśmy się w drogę powrotną w kierunku Toronto.

Wspólnie z Panem Mężem odwiedziliśmy już wiele zakątków świata. Ten zapiera dech w piersiach i dostarcza wielu wrażeń. W rankingu naszych ulubionych regionów Cape Breton zajął bardzo wysoką pozycję. To miejsce, które zdecydowanie przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. W końcu nie bez powodu okrzyknięto  Cape Breton jedną z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Szlakiem Cabot´a – część III

Następnego dnia pogoda nie mogła się zdecydować, czy chce nam zafundować trochę słońca czy postraszyć deszczem. Warunki były jednak o wiele przyjemniejsze i zachęcały do aktywności na zewnątrz.  W planie mieliśmy m.in.: przejechanie ostatniego odcinka Cabot Trail aż do Cheticamp.

Po drodze odwiedziliśmy rybacką wioskę Pleasant Bay, w której mieszka ok. 150 osób. Mieszkańcy cenią sobie życie z dala od zgiełku dużych metropolii.

DSCN3375.JPG

Oprócz dziewiczej natury w tej okolicy znajduje się buddyjski klasztor Gampo Abbey. Założony został w 1983 roku przez buddyjskiego mnicha Chögyam Trungpa. Niestety nie załapaliśmy się na wycieczkę po jego wnętrzach.

DSCN3376

Udało nam się obejrzeć jedynie budowlę z zewnątrz.  Zwiedziliśmy również stupę, która symbolizuje przebudzony umysł Buddy.  Sam budynek klasztoru wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej. Spodziewaliśmy się budowli podobnych do tych, które widzieliśmy w Azji. W to miejsce jednak warto przyjechać, aby zobaczyć z bliska życie mnichów, dowiedzieć się czegoś o buddyzmie oraz ze względu na rewelacyjne położenie klasztoru. Więcej informacji o Gampo Abbey znajdziecie tutaj: https://gampoabbey.org/tours-2/.

Pleasant Bay słynie również z najlepszego  wielorybowego safari na Cape Breton. Nie skorzystaliśmy jednak z tej opcji. Po pierwsze siedzenie na łodzi w deszczu to średnia przyjemność, a po drugie wieloryby udało nam się zobaczyć kilka tygodni wcześniej w Les Bergeronnes, w prowincji Quebec.

Nie zabawiliśmy długo w tej części wyspy. Ze względu na niewielką ilość turystów i kiepską pogodę za wiele się w tym miejscu nie działo, a leżenie na plaży z wiadomych względów nie wchodziło  w grę.

Postanowiliśmy pojechać dalej w kierunku Parku Narodowego Cape Breton Highlands. Niestety nie mieliśmy przy sobie żadnej mapy parku, w której zaznaczone byłyby szlaki, ich długość oraz stopień trudności. Pierwszego dnia naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapomnieliśmy o to zadbać przejeżdżając obok informacji turystycznej. Stwierdziliśmy, że prędzej czy później trafi się ponownie jakaś okazja na jej zdobycie.

DSCN3345.JPG

Za nim się taka szansa nadarzyła wypatrzeliśmy po drodze jedną z pieszych tras parku, która prowadzić miała do Beulach Ban Falls. Jako fani wodospadów stwierdziliśmy, że robimy tutaj kolejny stop naszej samochodowej wycieczki i idziemy.

DSCN3317.JPG

Spacer do celu okazał się niestety zbyt krótki.  Postanowiliśmy więc podążyć jeszcze innym szlakiem, który znajdował się w tym miejscu. Oczywiście nie znaleźliśmy jego długości przez co nie mogliśmy oszacować ile czasu potrzebujemy na tę wędrówkę. Droga wyglądała jednak na dość łatwą i szeroką, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy hiking bez informacji o szlaku.

Błąd! Jeżeli nie wiesz, ile kilometrów masz do przejścia, jaki poziom trudności ma trasa, nie dysponujesz odpowiednią ilością wody pitnej, a dodatkowo w nosidle niesiesz dziecko, nie wybieraj się na hiking.

Szkoda, że wtedy tacy mądrzy nie byliśmy. Dziś wiemy, że droga, którą szliśmy to 10 kilometrowy Aspy Trail, a wędrówka po nim nie jest zwykłym spacerem.

DSCN3333

Trasa z początku bardzo nam się podobała. Delektowaliśmy się ciszą i zapachami lasu.

DSCN3334.JPG

Co prawda brakowało jakichkolwiek oznaczeń, jak to w Kanadzie, ale za to co jakiś czas widzieliśmy ławeczki,  na których można było sobie spocząć.DSCN3340

Im dalej w las, tym ścieżka robiła się węższa. Po jakimś czasie dotarliśmy do małej chatki, która służyła jako schronienie dla osób, które się zgubiły, źle oszacowały czas lub chcą się ukryć przed niedźwiedziem. Na szczęście żaden z tych przypadków nie dotyczył nas.

W środku znaleźliśmy zarys trasy. Wyczytaliśmy z niego, że do końca mamy jeszcze 4 km. Zdecydowaliśmy się więc na dalszą wędrówkę. Niestety od tego momentu zmienił się poziom trudności. Ścieżka zaczęła prowadzić w górę i była coraz węższa.

DSCN3342.JPG

Jak na złość zaczął padać deszcz. Poza tym informacja dotycząca długości szlaku na mapie w chatce okazała się fałszywa lub my ją źle odczytaliśmy, więc jak się zapewne domyślacie do przejścia mieliśmy więcej niż 4 kilometry. Na naszej drodze coraz częściej zaczęły pojawiać się odchody zwierząt. Nie jestem ekspertem od zwierzęcych „numerów dwa”, więc nie wiem kto zostawił dla nas taką niespodziankę. Nawet gdyby był to łoś, to w tych okolicznościach nie miałabym ochoty na bliskie spotkanie. Wtedy albo musielibyśmy uciekać w las albo turlać się w dół po stromym, zalesionym zboczu. Rajcujące opcje, nieprawdaż? Miejscami wędrówka zmieniała się we wspinaczkę, połączoną ze ślizganiem na błocie. Zastanawialiśmy się, w jakim stanie będzie trasa, gdy będziemy wracali do samochodu. Oczywiście nadal deklarowaliśmy chęć dojścia do końca trasy.

DSCN3343

Jednak  wraz z zagęszczającą się mgłą i zwiększającymi się opadami zaczął odzywać się w nas głos rozsądku, który kazał nam zawracać. W pamięci mieliśmy też naszą przygodę sprzed paru lat. Podczas schodzenia z wulkanu Concepción na wyspie Ometepe w deszczu wywróciłam się i wybiłam sobie nadgarstek.  Przez resztę trasy byłam skazana na asystę Pana Męża. Teraz towarzyszyła nam nasza córka, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na takie dodatkowe wrażenia. Przecież jesteśmy rodzicami i to odpowiedzialnymi…ponoć. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że musimy podjąć „męską” decyzję: iść dalej czy zawracać.

Stwierdziliśmy, że wolimy być żywymi leszczami niż wrócić z podróży jako kaleki i idioci, którzy wybrali się na hiking bez informacji o trasie. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie na wypadek, gdyby to miałoby być nasze ostatnie wspólne zdjęcie i zaczęliśmy zawracać. Schodząc w dół modliliśmy się o to, aby ścieżka jeszcze istniała. Powrót przebiegł na szczęście bez przygód. Trafiliśmy bez przeszkód na parking, gdzie czekał na nasz nas samochód i woda pitna.

Tego dnia nie mieliśmy już więcej ochoty na spacery i obiecaliśmy sobie, że bez mapki nie chodzimy na piesze wędrówki. Grzecznie pojechaliśmy dalej, zatrzymując  się od czasu do czasu przy kolejnym punkcie widokowym.

DSCN3369

Ścieżek dla pieszych minęliśmy sporo, ale trzymaliśmy się umowy, choć pokusa była duża. Największa, gdy przejeżdżaliśmy obok Skyline Trail. Doszliśmy jednak do wniosku, że w taką pogodę i w przemoczonych ciuchach hiking nawet po najładniejszej trasie nie ma sensu. Na szczęście pod koniec dnia, gdy dojechaliśmy do Cheticamp wypogodziło się.

WP_20160815_17_21_27_Rich_LI

Zanim udaliśmy się do naszej noclegowni w Margaree Harbour pozwoliliśmy więc sobie na krótki spacer po plaży i po Cheticamp.

WP_20160815_17_20_22_Rich_LI.jpg

Końcowy odcinek Cabot Trail nas zachwycił. Ustaliliśmy więc, że następnego dnia przejedziemy ten odcinek jeszcze raz  i wrócimy do parku, aby przejść się Skyline Trail. Poza tym nie spotkałam jeszcze łosia, a bez tego doświadczenia nie miałam zamiaru wyjeżdżać z Kanady.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część II

Życie to nie koncert życzeń, więc następnego dnia oczywiście zabrakło słońca. Rano obudził nas deszcz, który uderzał w parapet okna. Nasze dobre humory zniknęły razem z błękitnym niebem.  W końcu przyjechaliśmy tutaj dla widoków i szwędania się po szlakach dla pieszych. W takim deszczu to ani przyjemnie ani bezpieczne, a widoczność średnia. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy licząc na to, że pogoda się polepszy. Dojechaliśmy do najbardziej oddalonego na północ punktu Wyspy Cape Breton: Meatcove.

DSCN3236.JPG

Tam zobaczyliśmy jeszcze lepszą miejscówkę do spania niż nasza. Pole campingowe na klifie. Człowiek budzi się rano i jedyne co dzieli go od oceanu, to parometrowa przepaść. Marzenie.

DSCN3254.JPG

Choć niekoniecznie idealne miejsce na nocleg, gdy towarzyszą Wam małe dzieci. Wokół tylko natura i żadnych domów w pobliżu. Niestety warunki pogodowe nie pozwalały na hiking przez las, więc pospacerowaliśmy po kamienistej plaży.

DSCN3260.JPG

Następnie pojechaliśmy do White Point.  Aby dostać się w to miejsce z północy wyspy trzeba ponownie przejechać krótki odcinek Cabot Trail. Kiedyś znajdowała się tu francuska wioska rybacka, gdzie trudniono się połowem homara. Dziś pozostały po niej tylko kamienie i groby nieznanych marynarzy.

DSCN3296.JPG

Odwiedzający trafiają do tego miejsca obecnie głównie ze względu na możliwość hiking´u po okolicznych wzniesieniach.

WP_20160814_15_33_59_Rich_LI.jpg

W deszczu przeszliśmy większą część dostępnego szlaku, który nawet przy tak niesprzyjającej pogodzie był bardzo atrakcyjny.

DSCN3300.JPG

WP_20160814_15_44_18_Rich_LI.jpg

Przemarznięci i przemoczeni postanowiliśmy rozgrzać się przy jakimś dobrym jedzonku. W tym celu udaliśmy się samochodem do miejscowości Neil´s Harbour. Podczas gdy my wcinaliśmy  ciepłą zupę, za oknem szalał wiatr i deszcz, a w małej zatoczce kołysały się kutry rybackie. Idealna pogoda do spędzenia czasu na zewnątrz, prawda? 😉

WP_20160814_16_59_40_Pro_LI.jpg

Nie zniechęciło nas to jednak do dalszego zwiedzania. Ustaliliśmy tylko, że rezygnujemy ze spacerów, bo szkoda nam było naszej córki. Tak naprawdę była to tylko wymówka. Dziecko wyglądało na zadowolone, po prostu my nie chcieliśmy już moknąć.

Gdy jechaliśmy Cabot Trail zauważyliśmy znak, który pokazywał, że w okolicy znajduje się miejsce, do którego przybył żeglarz John Cabot w 1497 roku. Spodziewaliśmy się, że będzie to  na którymś odcinku właśnie tej drogi widokowej. Okazało się, że na tej słynnej trasie jest tylko znak. Po jakiś 30 minutach szukania, kręcenia kółeczek ostatecznie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Na plaży,  która oczywiście znajdowała się poza szlakiem (…logiczne, nie? :-P), odnaleźliśmy tablicę pamiątkową oraz pomnik Cabot`a.  

Po tym punkcie naszego programu z czystym sumieniem mogliśmy wrócić do motelu w Bay St. Lawrence i się trochę podsuszyć. Zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepiku, aby mieć z czego przygotować kolację. Późne popołudnie przeznaczyliśmy na podpatrywanie oceanu z okien naszego pokoju i suszenie ubrań.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część I

Latem 2016 roku  w ramach naszej 6-tygodniowej podróży po Kanadzie zwiedziliśmy m.in. Wyspę Cape Breton. Higlight´em tego regionu jest Cabot Trail. Szlak Cabot‘ a to 300 km trasa widokowa, która prowadzi przez Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz wzdłuż wybrzeża wyspy. Zaczyna się ona w Cheticamp, a kończy w Baddeck. Więcej o niej przeczytacie tu.

Spośród wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy podczas naszego wyjazdu, to spodobało nam się najbardziej. Można by rzec, że była to wisienka na naszym kanadyjskim torcie.

Wiele osób przejeżdża 300 km szlak Cabota´a w ciągu jednego dnia. Jako osoby kochające naturę i preferujące parki narodowe niż centra zachodnich miast z góry zadecydowaliśmy, że poświęcimy na tę trasę więcej czasu. W naszej decyzji utwierdzaliśmy się za każdym razem, gdy każdy napotkany Kanadyjczyk po tym, gdy dowiedział się, że wybieramy do tej części Kanady reagował z zachwytem i zazdrością. „To musi być jakieś fantastyczne miejsce” myśleliśmy sobie.

DSCN2942.JPG

Zwiedzanie Wyspy Cape Breton rozpoczęliśmy w Baddeck, które leży na zachodnim brzegu Jeziora Bras d’Or. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na odwiedzenie dwóch muzeów. Pierwsze było poświęcone wynalazcy telefonu, a drugie Guglielmo Marconiemu, który wynalazł radio. Fani Marconiego muszą się udać do Glace Bay w celu odwiedzenia tego muzeum. Niestety nie zdążyliśmy już do kopalni węgla kamiennego, którą również można w tym miejscu zwiedzić.

Wieczorem zastanawialiśmy się, co zaoferuje nam Kanada w kolejnych dniach. Ja miałam jeden cel: Zobaczyć łosia.

Następnego dnia  ruszyliśmy szlakiem Cabot´a. W pełnym słońcu  przejechaliśmy trasę od Baddeck przez Ingonish aż po Cape North.

WP_20160813_17_18_36_Rich_LI.jpg

Po drodze mijaliśmy piaszczyste plaże, na których wypoczywała nasza córka, urokliwe restauracje i hotele położone w malowniczych miejscach oraz zatrzymywaliśmy się w licznych punktach widokowych.

DSCN3063.JPG

Wzbijaliśmy się w górę naszym autem, aby za chwilę toczyć się w dół. Podziwialiśmy przy tym błękitny ocean wyłaniający się zza kolejnych zakrętów.

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce o nazwie Bay St. Lawrence. Była to jedna z najładniej położonych noclegowni, jaką mieliśmy w historii 10 lat naszego podróżowania. Aby się tam dostać musieliśmy zjechać z Cabot Trail i udać się na północ w bardziej opustoszałą część Wyspy Cape Breton. Nasz motel znajdował się na wzgórzu. Otaczał nas tylko ocean, drzewa… i pewnie jakieś dzikie zwierzęta, które czaiły się w krzakach. Wolałam się jednak nad tym nie zastanawiać. Szczególnie, że tydzień wcześniej w prowincji Nowy Brunszwik nie byłam w stanie cieszyć się relaksującymi chwilami w jacuzzi na tarasie naszego domku. Oczami wyobraźni widziałam  niedźwiedzie i kojoty, które czekały tylko na to, aby nas zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Ucząc się na własnych błędach nie chciałam popsuć nam kolejnych miłych chwil tego wyjazdu i udawałam, że widzę tylko piękny zachód słońca na horyzoncie.

WP_20160813_20_28_15_Rich_LI1.jpg

Brakowało jeszcze butelki szampana jak na filmach i wzbilibyśmy się na wyżyny romantyzmu w naszym związkuKładąc się spać liczyliśmy na to, że kolejnego dnia również  będziemy mogli zwiedzać ten zakątek ziemi w pięknym słońcu. 

Czytaj dalej tu.

Wyspa Cape Breton

W związku z drugimi urodzinami naszej córki wzięło mnie na wspomnienia z naszych podróży w trójkę. Stwierdziłam, że na blogu nigdy nie wspomniałam szerzej o naszej podróży do Kanady w 2016 roku, a przecież to właśnie w tym kraju trafiliśmy do jednego z naszych ulubionych miejsc na ziemi.

W północno-wschodniej części Nowej Szkocji  znajduje się Wyspa Cape Breton. Głównym higlight´em tej części Kanady jest szlak John´a Cabot´a (tzw. Cabot Trail). To jedna z najładniejszych tras widokowych świata o 300 km długości, która prowadzi przez  Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz zapierające dech w piersiach krajobrazy wyspy.  

DSCN31031

W 1497 roku dotarł w te okolice jako pierwszy Europejczyk włoski żeglarz John Cabot (Giovanni Caboto), któremu ta malownicza droga zawdzięcza swoje imię. Celem jego wyprawy była Azja. Los sprawił jednak, że wylądował on po przeciwnej stronie globu. Przypadek zaprowadził go w dziką część Ameryki Północnej, która znana była tylko rdzennej ludności wyspy, Indianom Mi´kmaq . Tak właśnie Cabot odkrył wyspę Cape Breton i otworzył furtkę do tej części świata mieszkańcom Europy. W 1734 Francuzi zbudowali na wyspie pierwszą latarnię w Kanadzie, która była również w tym czasie jedyną w całej w Ameryce Północnej. 

Ponad 200 lat później – w 1961 roku – miejscowości leżące na szlaku Cabot`a zostały połączone ok 300 km  odcinkiem utwardzanej drogi. To ułatwiło przemieszczanie się między miejscowościami zamieszkałym tam Indianom, jak i europejskim osadnikom. W tym samym czasie ruszyła promocja  tego regionu wśród turystów, a parędziesiąt lat później okrzyknięto go jednym z najładniejszych miejsc na ziemi.

DSCN3109

Obecny Cape Breton zdecydowanie odbiega od obrazu, który ukazał się oczom John Cabot´a w średniowieczu. Nadal mieszkają tu Mikmakowie, ale również potomkowie Szkotów, Irlandczyków, Brytyjczyków czy Francuzów. Doświadczyć tu można nie tylko indiańskich rytuałów, ale również celtyckiej muzyki. 

Cape Breton wraz z napływem turystów nie uniknął zmian spowodowanych działaniami ręki człowieka. Zaczęły się tu pojawiać hotele, restauracje, zadbane plaże, infrastruktura w parku. Przyznajemy jednak, że w tym przypadku nie osiągnięto takiego poziomu komercji, jak przy wodospadzie Niagara. Udogodnienia pojawiają się tam, gdzie odwiedzający potrzebuje odrobiny komfortu, a znikają, gdy tylko zejdzie się kawałek z utartego szlaku.

Większość osób przyjeżdża na Wyspę Cape Breton, aby w ciągu jednego dnia przejechać 300 km Cabot Trail. Odwiedzający mogą podziwiać cudowne krajobrazy z licznych punktów widokowych.

DSCN3360

Szlak Cabot´a rozpoczyna się w Cheticamp, a kończy się w Baddeck. My zwiedziliśmy go poruszając się  w przeciwnym kierunku. Skąd taka decyzja? Powód jest bardzo prosty. Chcieliśmy jak najdłużej delektować się niesamowitymi widokami. Przemierzając tę trasę niezgodnie z ruchem wskazówek zegara rowerzysta czy pasażer  w aucie ma szansę dłużej oglądać krajobraz za oknem, ponieważ całą drogę jedzie się wtedy po zewnętrznym pasie.

DSCN3403

Przejazd Cabot Trail trzyma w napięciu, każdy odcinek tej trasy jest inny. Raz jest szeroką szosą, a raz wąską drogą, na której ledwo mieszczą się dwa samochody. Za każdym zakrętem pojawić się może jakieś zwierzę, punkt widokowy w jakimś oszałamiającym miejscu lub nadjeżdżające z naprzeciwka auto 😊

DSCN3143.JPG

26 szlaków pieszych w Parku Narodowym, wielorybowe wycieczki, plażing czy odwiedzenie buddyjskiego klasztoru to jedne z atrakcji, które czekają na Was na szlaku Cabot`a. 

DSCN3461.JPG

Przyznajemy, że przeznaczenie na tą część świata tylko jednego dnia sprowadzi się do tego, że „przelecicie” tylko tę trasę bez delektowania się nią. Będziecie za to mogli odhaczyć kolejny punkt na Waszej liście podróżniczych marzeń. Jednak czy poznacie to magiczne miejsce w taki sposób na jaki zasługuje, czy poczujecie jego klimat? Czy uda Wam się wypatrzyć łosia lub niedźwiedzia? Raczej nie. Oczywiście piękne widoki towarzyszyć Wam będą od początku do końca, niezależnie jak długo tu zostaniecie.  Jednak im więcej czasu zainwestujecie w to miejsce, tym bardziej odpłaci się Wam ono niezapomnianymi wrażeniami. Im dalej od głównej trasy, tym piękniej i tajemniczo się robi. Na to wszystko potrzeba jednak dodatkowych dni.

O tym, jak my to zrobiliśmy dowiecie się w kolejnym poście.

Believe it or not

Jednym z głównych celów naszej podróży do Kanady była wycieczka nad Wodospad Niagara, który składa się z kaskady amerykańskiej i kanadyjskiej. Znajduje się on w zachodniej części prowincji Ontario przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Atrakcja ta przyciąga miliony turystów rocznie, głównie tych z drugiego brzegu rzeki Niagara. Jak w każdym popularnym miejscu turystycznym również tutaj liczyliśmy się z pewnym poziomem komercji. Jednak to co tam zostaliśmy przerosło nasze nawet najśmielsze oczekiwania…

Na początku myślałam, że jedyną przesadą tego miejsca są ceny parkingów, które przyprawiały o zawrót głowy (nawet po 4-5 kanadyjskich dolarów za godzinę). Na szczęście im dalej od wodospadu, tym było taniej. Troszkę pokrążyliśmy i  ostatecznie udało nam się znaleźć parking dość blisko centrum i w miarę rozsądnej cenie – $8 CAD za cały dzień. Okazało się jednak, że to nie wysokość opłat za parking będzie dla nas niemiłym zaskoczeniem.

Wodospad oglądać można z promenady Clifton Hill, do którego prowadzi Victoria Avenue. Gdy udało się nam już dotrzeć do tej ulicy z 5 litrami wody i kilogramem kremu przeciwsłonecznego (tego dnia było upalnie i słonecznie), zaniemówiliśmy i w sumie też prawie ogłuchliśmy.                                                                                                                                 Naszym oczom ukazał się jeden wielki park rozrywki z restauracjami, domami strachu, karuzelami, wodnym parkiem, neonami i docierającym do nas ze wszystkich stron hałasem wydobywającym się z porozstawianych głośników. To było takie mini Las Vegas skoncentrowane na krótkiej ulicy z wąskim chodnikiem. Na jej początku umieszczono duży napis  „Believe it or not”(pol. uwierz lub nie), który według mnie świetnie podsumowywał to co zobaczyliśmy.

dscn03261

Ten widok złamał moje serce. Oczywiście czytaliśmy o tym, że wokół wodospadów zbudowano jedno wielkie centrum rozrywki, jednak nie spodziewałam się takiego natężenia komercyjnych rozrywek. Niestety każda atrakcja odwiedzana masowo przez Amerykanów zmienia się w Disneyland. Świadkami tego fenomenu byliśmy chociażby w Cancun czy w Chichén Itzá. Pytania obywateli USA o WI-FI na trekkingu do Machu Picchu do dziś wywołują uśmiech na mojej twarzy. Wszelkie miejsca skażone stonką amerykańską (tak nazywam masy turystów ze Stanów Zjednoczonych ) kończą właśnie w ten sposób. Niesamowite, że człowiek jest w stanie wybudować tak blisko pięknego daru natury betonową pustynię z wielką ilością świateł. Rozumiem, że trzeba na czymś zarobić, zwłaszcza, że samo oglądanie wodospadu nic nie kosztuje, ale można to zrobić ze smakiem.                                                                                                                                                   Miłość do przyrody i ogromna chęć zobaczenia Wodospadu Niagara wygrała jednak z naszym zniesmaczeniem. Gdyby nie to, na pewno byśmy zawrócili.  Manewrując  wózkiem między ludźmi i nie odzywając się do siebie przez większość drogi, ponieważ nie byliśmy w stanie przekrzyczeć głosów  z głośników i ulicznego zgiełku, dotarliśmy na promenadę  Clifton Hill. I tutaj zastała nas pierwsza miła niespodzianka tego dnia. Zupełnie bez problemu mogliśmy podejść do specjalnie przygotowanych tarasów widokowych. Nie musieliśmy z nikim bić się o miejsce! Nie zrozumcie mnie źle, turystów nie brakowało. Jednak spodziewaliśmy się dzikich tłumów walczących o najlepszą miejscówkę do zrobienia selfie.  Trafiliśmy zatem na najlepszy moment, aby w  miarę spokojnie móc delektować się tą kanadyjską atrakcją. Tłoczno zrobiło się, gdy zbieraliśmy się już do powrotu.

Kolejną miłą niespodzianką był przejazd statkiem rzeką Niagara. Obie kaskady można podziwiać na różne sposoby. Z pokładu helikoptera, z wieży, zjeżdżając na linie, wchodząc przez tunele wykute w skałach…Dla nas rejs  wydawał się najlepszą opcją. Mimo pełnego obładowania statku każdy miał szansę wsłuchać się w szum spadającej wody i przyjrzeć się dokładnie majestatycznym wodospadom, ponieważ statek podpływał bardzo blisko nich. Wbrew pozorom było to jedyne miejsce, gdzie w ciągu tego całego dnia zaznaliśmy odrobiny spokoju. Z tego co zaobserwowaliśmy to przelot helikopterem czy zjazd na linie nad Niagarą nie jest specjalnie porywający. Z tego typu atrakcji warto skorzystać w innych miejscach, np. w Parku Tysiąca Wysp. Gdy dostaliśmy się z powrotem na ląd, postanowiliśmy zrobić krótką przerwę. Usiedliśmy w ogródku piwnym blisko brzegu, czyli z daleka od wszystkich lokali przy tarasach widokowych . Jeżeli ktoś myśli, że mogliśmy się w ciszy napawać ostatnimi chwilami nad Wodospadem Niagara, to jest w błędzie. Jak nie tłum turystów i irytujące odgłosy z głośników, to kapele i piosenkarze nie pozwały nam na 5 minut bez hałasu. Normalnie bardzo chętnie słuchamy muzyki na żywo, ale akurat nad Niagarą nie było to nikomu do niczego potrzebne. Nic nas  tak nie wykończyło tego dnia, jak zbyt duże natężenie odgłosów oraz oczopląs spowodowany dostępnymi tam rozrywkami. Wróciliśmy do domu zmęczeni, ale pełni wrażeń.

dscn0350

Czy było warto? Oczywiście, że tak! Mimo napotykanego na każdym kroku „neonowego piekiełka”, hałasu i zniesmaczenia widok wodospadów rekompensuje wszystko. Piękno natury pozwala choć na chwilę zapomnieć o pozostawionym w tyle mini Las Vegas. Jednak życzyłabym sobie, aby masowa turystyka nie niszczyła wyjątkowości cudów natury, które dane nam jest jeszcze zwiedzić. Wodospad Niagara byłyby jeszcze piękniejszy, gdyby nie wybudowano wokół niego wielkiego centrum rozrywki.

 

Z perspektywy rodzica- Kanada

Każdy rodzic prędzej czy później będzie musiał zadać sobie pytanie: „Dokąd udać się z dziećmi na wakacje?” Nie ma znaczenia, czy wybierzemy miejsce znajdujące się 20, 200 czy 2000 km od domu. Najważniejsze, że spędzimy ten czas razem. Oczywiście musimy być świadomi tego, że istnieją państwa bardziej przyjazne rodzinnym wyjazdom i takie, do których  może niekoniecznie leciałabym w pierwszą w podróż z bobasem. Przykładowo na Indie czy Birmę przyjdzie jeszcze czas…

Jeżeli możemy sobie jednak pozwolić na luksus w postaci wyboru dowolnego miejsca na ziemi,  warto byłoby zastanowić się nad kryteriami, jakie powinien spełniać cel naszej wycieczki. Nie, nie zachęcam nikogo do tworzenia listy za i przeciw ani prowadzenia wielogodzinnych analiz. Wystarczy wybrać kilka punktów, które ułatwią nam podjęcie decyzji i pozwolą z miliona cudownych miejsc na świecie wybrać to jedno, które w danym momencie naszego życia, będzie idealne. Kryteria te nie zagwarantują nam niestety, że wyjazd będzie  w 100% udany, ale przynajmniej dadzą nam poczucie świadomego wyboru. Muszę przyznać,  że lista, którą stworzyliśmy przed pierwszą daleką podróżą z naszą córką była bardzo krótka. To wynikało z braku doświadczenia w wyprawach z potomstwem oraz z tego, że decyzje zakresie wycieczek podejmujemy zazwyczaj dość spontanicznie. Chcieliśmy wykluczyć państwa, które ze względu na rozwój cywilizacyjny, stopień bezpieczeństwa, utrudniony dostęp do czystej wody i brak możliwości korzystania z wózka (nasze dziecko nie jest fanem nosidełek) mogłyby wywołać u nas pewną frustrację (o tym pisałam już  w wpisie „Lecimy do Kanady„). Innych aspektów nie braliśmy pod uwagę. Jesteśmy jednak świadomi tego, że nasze wymagania będą się zmieniały wraz z wiekiem naszej córki.  Natomiast dzięki wycieczce do Kanady przekonaliśmy się, co wpływa na komfort podróży z dzieckiem..

CZY WARTO WYBRAĆ KRAJ SYROPU KLONOWEGO JAKO CEL RODZINNEJ WYCIECZKI?

  • Udogodnienia

Po pierwsze Kanada to państwo przygotowane na turystów z dziećmi. Niemalże w każdej restauracji (nawet w tych obskurnie wyglądających) dostępne są krzesełka dla maluchów lub specjalne nakładki na normalne krzesła. Oprócz tego ponad 80% toalet (za wyjątkiem toi toi) posiada przewijaki. W dodatku znajdują się one nie tylko w damskich, ale także w męskich toaletach!!! Kanadyjczycy wpadli najwyraźniej na to, że ojciec też jest w stanie przebrać dziecku pieluchę. Na szczęście nie wszędzie na świecie rozumiane jest to wyłącznie jako obowiązek matki. Z drugiej strony zawsze zastanawiało mnie, jak problem zmiany pieluchy u dzieci w miejscu publicznym rozwiązują mężczyźni. Wyobrażam sobie wszystkie kreatywne rozwiązania (Panowie, ucieszą mnie Wasze komentarze w tym temacie) .  W Kanadzie nikt nie musi kombinować.   Moim osobistym highlight´em w tym zakresie są tzw. pomieszczenia rodzinne, do których  mogą wejść oboje rodzice. W środku znajdują się zarówno przewijak, jak i toaleta. Dużym zaskoczeniem były też place zabaw, przy których wybudowane były toalety. Rozwiązanie to oszczędza stresu rodzicom odpieluchowanego potomstwa, a dzieciom zapewnia szybki powrót do przerwanej zabawy. W Europie to jednak melodia przyszłości.

DSCN03501.JPG

Oczywiście trzeba też przyznać, że nie wszystko jest idealne i są momenty, kiedy podróżowanie z wózkiem może być uciążliwe. W Toronto niewiele stacji metra było wyposażonych w windę, więc i wózek było trzeba wnosić po schodach. Z drugiej strony zawsze znalazł się ktoś chętny do pomocy lub podziwiający nasze samozaparcie.

  • Środki transportu

Na pewno nie jest to kraj na wyprawę autostopem, jeżeli ma się ograniczony czas. Po pierwsze nie jest to dość rozpowszechniona forma podróżowania, a po drugie w niektórych miejscach tak rzadko przejeżdża jakiś samochód, że parogodzinne czekanie z dziećmi na pustkowiu może przerodzić nawet najbardziej udane wakacje w horror. Przemieszczanie się po dużych miastach jest w miarę komfortowe, niestety transport między miejscowościami nie powala na kolana swoją ofertą. W dodatku jest dość drogi. Jeżeli wybieramy się do Kanady z rodziną lub nawet w dwójkę, to wynajęcie samochodu jest praktycznym i ekonomicznym rozwiązaniem. Dla podróżników z dobrą kondycją, których (starsze) dzieci kochają poruszanie się na dwóch kółkach ciekawym pomysłem może być przemieszczanie się rowerem.

DSCN22461.JPG

  • Asortyment dziecięcy

Zdecydowanie niekorzystnie wypadają ceny mleka modyfikowanego oraz jakość słoiczkowego jedzenia dla bobasów. W sklepach sprzedają głównie  produkty firmy Heinz. Przepraszam za porównanie, ale niektóra zawartość słoiczków pachniała tak, że zastanawialiśmy się, czy nasze dziecko ponownie zrobiło w pieluchę…To nie to co dobry Hipp. Na lotnisku w drodze powrotnej spotkaliśmy rodzinę ze Szkocji, która  częściej bywa w Kanadzie. Zauważyliśmy, że mieli przy sobie słoiczek tej marki. Zapytaliśmy ich, czy udało im się go zakupić to w Kanadzie. Odpowiedzieli, że nie i że zawsze wożą ze sobą zapas jedzonka Hipp, bo ich syn nie cierpi lokalnych słoiczków…także to chyba nie tylko nasza opinia.

Miłym zaskoczeniem okazały się przystępne ceny zabawek oraz szeroki wachlarz gadżetów dziecięcych. My zakupiliśmy tam np.. talerzyk-nakładkę na stół, który można łatwo umyć, zwinąć i schować do torebki. W podróż do Kanady nie trzeba zatem  zabierać worka zabawek i warto uzupełnić zapas na miejscu. Bardzo dobrym przykładem jest szczeniaczek uczniaczek firmy Fisher Price, który w Pl kosztuje średnio 0k 100 zł. My kupiliśmy go w Walmarcie za ok 23 kanadyjskie dolary, co jest odpowiednikiem 70 zł według dzisiejszego kursu. Uważać trzeba natomiast przy gadająco-grających zabawkach. Należy pamiętać o tym, w której części kraju się przebywa. W prowincji Quebec wszystkie zabawki mają zaprogramowany język francuski. Pewnego razu zdarzyło się nam o tym zapomnieć, gdy kupowaliśmy prezent dla naszego dziecka. W drodze do kasy nowy gadżet przez przypadek się włączył (na szczęście) i uratował nas przed zakupem zabawki gadającej w niezrozumiałym dla nas języku. Nie będziemy tego ukrywać, nie  jesteśmy fanami  języka francuskiego.

WP_20160814_17_01_14_Pro_LI1.jpg

  • Atrakcje

Kanada oferuje ponadto wiele możliwości oudoorowych. Jeżeli dziecko  nie pozwala na rundki po galeriach czy muzeach, a marsze po ulicach miast też nie przypadną mu do gustu to w tym kraju na pewno można znaleźć inne atrakcje.  Zaczynając od ogromnej ilości Parków Narodowych, w których można również nocować pod namiotami lub  w kamperach, przez pięknie położone forty oraz  parki miejskie, na licznych placach zabaw kończąc.

DSCN20851.JPG

Także duża miasta posiadają urokliwe miejsca z dala od zgiełku ulic. Przykładowo w stolicy prowincji Ontario prawdziwą oazą spokoju są wyspy Toronto. Jest to idealne miejsce na przejażdżkę rowerową z najmłodszymi członkami rodziny, które nie czują się jeszcze pewnie na ulicach miast. Osobom zmęczonym restauracyjnym jedzeniem proponuję zrobienie tutaj rodzinnego pikniku. Wybór tej lokalizacji  jest oczywisty, kiedy jest się świadomym istnienia tego miejsca. Oprócz koca i koszyka z jedzeniem warto zabrać ze sobą strój kąpielowy, jeżeli lubimy kąpiel w 12 stopniowej wodzie…    15 minut drogi na północ z centrum Ottawy znajduje się Park Gatineau, który świetnie nadaje się krótkie i dłuższe wypady. Duża ilość szlaków pieszych, rowerowych oraz dostępność miejsc campingowych i piknikowych, a także  jezior i punktów widokowych wypełniłaby nawet miesiąc naszych wakacji. Tutaj można znaleźć rozrywkę dla potomstwa w każdym  wieku.  W samym Montrealu także można znaleźć  wiele malowniczo położonych parków. Dla młodych fanów sportu trafionym pomysłem będzie spacer po  parku olimpijskim, a wizyta w  parku rozrywki przypadnie do gustu poszukiwaczom adrenaliny. Myślę, że nawet najbardziej wymagające dzieci znajdą również w dużych aglomeracjach coś dla siebie.

DSCN03061.JPG

Dodać też trzeba, że Kanada to młode państwo o prawie 150 letniej historii. Ten kraj oferuje na pewno o wiele mniej typowych punktów zwiedzania tzw. „must see” niż np.  Paryż czy Ateny. Dzięki temu rodzice-podróżnicy nie muszą się obawiać, że w trakcie wyjazdu będą musieli zrezygnować z obejrzenia wielu wyjątkowych wystaw muzealnych czy zabytków.  Idealnym połączeniem lekcji historii ze zwiedzaniem z dziećmi są forty. Maluchy będą miały szanse wybiegania się na świeżym powietrzu i zrobić zdjęcie a armatą, podczas gdy dorośli będą mogli dowiedzieć się paru nowych faktów historycznych. Muzeum Historii w Ottawie jest godne polecenia. Nadaję do odwiedzenia podczas urlopu z rodziną. Dlaczego? Przy nim znajduje się specjalne muzeum dla młodszych turystów,  dla których przygotowany jest odpowiedni interaktywny program. Ze starszymi dziećmi, które są  świadome problemów otaczającego je świata zajrzeć można do Kanadyjskiego Muzeum Imigracji  – Pier 21 –  w Halifax. W dość łatwy sposób, ale równocześnie trafiający do serca  przedstawiony jest temat imigracji i jego konsekwencji. Ciekawe rekwizyty na pewno zainteresują również młodsze pociechy. Świetnym miejscem do zwiedzania razem z dziećmi są żyjące muzea, jak np. wioska Upper Canada lub akadyjska wioska historyczna w okolicach Caraquet, które ukazują życie w latach 1770-1949 z wieloma atrakcjami dla małych podróżników.                                                                                                                                  Tutaj warto wspomnieć jeszcze o tzw. bilecie Parks Canada Discovery Pass, który jest ważny dla  grupy do 7 osób jadącej w jednym samochodzie. W ostatecznym rozrachunku bardziej opłaca się zainwestować w jeden bilet niż kupować za każdym razem pojedyncze wejściówki  dla każdego uczestnika wyprawy.

DSCN0954 1.JPG

  • Możliwość i jakość postojów w trasie

Każde nawet najbardziej cierpliwe dziecko zada w końcu pytanie „Daleko jeszcze?”. Prędzej czy później będziemy zmuszeni zrobić postój, aby zająć potomstwo czymś innym niż myśleniem o celu podróży. Przerwa np.na tankowanie czy krótką wizytę w toalecie nie będzie wystarczająco  satysfakcjonująca. Dlatego ważne jest, aby znaleźć  komfortowe miejsce na postój.

DSCN1381.JPG

W Kanadzie jest wiele możliwości stopów między miejscowościami nie tylko  na stacjach, ale także na łonie natury . W tym kraju jest to normalną praktyką, że podróżuje się z własną lodówką pełną jedzenia. Podczas postojów urządza się prawdziwe pikniki. Dzieci mają wtedy czas poszaleć, a dorośli rozprostować kości i zaspokoić głód. Nie spodziewajmy się stacji ze sklepem i McDonaldem co 10 km. Oczywiście takowe też istnieją, ale im dalej od większych miast, tym zdarzają się rzadziej. Z tego względu trzeba tankować  bak do pełna, gdy nadarza się ku temu okazja. Chyba, że ktoś jest fanem przygód i chce utknąć w środku lasu w samochodzie pełnym dzieci …  Zamiast McDonalda lepiej wybrać stacje z lokalem o nazwie Tim Hortons (takie połączenie Starbucks´a z fast food´em, ale po ich jedzeniu nie się wyrzutów sumienia, że się to zjadło i podało też dziecku)

  • Nastawienie wobec dzieci

Dodatkowo Kanadyjczycy nie przewracają oczami, gdy wchodzisz z dzieckiem do restauracji, sklepu czy muzeum.  Są zawsze uśmiechnięci i próbują stanąć na głowie, aby zadbać o komfort dziecka i jego opiekunów. Ta wypowiedź nie dotyczy tylko pracowników danego miejsca, ale także innych gości. To powoduje, że człowiek nie siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu na oburzone spojrzenia, gdy dziecko krzyknie, zapłacze lub będzie zachowywało się głośniej przy stole niż inni.                                                                                 Dzięki naszej córce nie musieliśmy czekać w kolejce do stolika  w restauracji. Było to oczywiste, że jako rodzice z dzieckiem dostaniemy miejsce do siedzenia jako pierwsi. W niektórych lokalach obsługa sama z siebie przynosiła jakieś przekąski dla naszego małego towarzysza i czekała, czy coś z tego jemu zasmakuje. Obsługa Subway´a podarowała naszej córce nawet torebkę ich ciasteczek, które w sumie zjedliśmy my, ale cicho :-). Nie zapomnimy też jak w Halifax w restauracji z przepysznym sushi -Wasabi House- kelner z własnej inicjatywy zabawiał naszego szkraba, abyśmy mogli w spokoju zjeść posiłek. Oczywiście mieliśmy dziecko i kelnera na oku.

DSCN1843-Sylwia1.JPG

Kanada to kraj bogaty w różnego rodzaju atrakcje dostosowane dla turystów w każdym wieku. Na pewno nie spotkamy się tu z opinią, że pies w knajpie jest ok, a dzieci powinny siedzieć w domu. Podróż po tym państwie słynącym z syropu klonowego zapewnia wspaniałe widoki i wrażenia, ale też komfort dla podróżników z dziećmi. Nie musząc martwić się o dodatkowe stresogenne faktory mamy więcej siły na „walkę” z małymi towarzyszami, które nie każdego dnia dostałaby dyplom za wzorowe zachowanie. Jak każdy kraj również Kanada ma swoje drobne minusy. Jednak w mojej opinii nie są one aż tak istotne, aby miałyby mieć jakikolwiek wpływ na nasze zdanie. Wózek nieraz musimy wnosić po schodach i w naszym mieście. Ceny i jakość jedzenia zawsze będą różne w zależności od państwa, które zwiedzamy. Gdybyśmy chcieli, aby wszystko było takie samo jak w domu nie wyjeżdżalibyśmy.

Jeżeli możecie sobie pozwolić na luksus wyboru dowolnego celu wakacji, z czystym sumieniem polecamy Kanadę.  Szczególnie na pierwszą wyprawę z  małym bobasem.

Podróż z dzieckiem: Czy warto?

„Czy jest sens zabierać je w daleką podróż?”, „Przecież i tak nie będzie nic  pamiętać.”, „Dziecko nas ogranicza w trakcie wyjazdu.”,  ” Urlop z dzieckiem to nie jest wypoczynek”.

Wielu rodziców zadaje sobie pytanie, czy na urlop powinni pojechać z dzieckiem. W tym zakresie wyróżnić można 3 typowe postawy: pierwsza grupa zostawia swoją pociechę z opiekunką lub z dziadkami.  Druga grupa rodziców w ogóle się nad tym pytaniem  nie zastanawia i po prostu jedzie. Niestety często krąży wokół nich grupa (pseudo)doradców poddających w wątpliwość słuszność takiej decyzji. Rodzice należący do trzeciej grupy nie wyjeżdżają. Zostają w domu ze swoimi dziećmi.

I kto tu ma rację?

Na to pytanie nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że taka nie istnieje. Wyznaję zasadę, że każdy powinien postępować zgodnie ze swoim sumieniem, dokonując takich wyborów, które będą dla niego najlepsze. To co jest dobre dla mnie, nie oznacza, że spodoba się innym. My wiemy, że podróż z naszą córką sprawia nam ogromną przyjemność, dlatego odkąd pojawiła się na świecie jest nieodłącznym kompanem naszych wyjazdów. Na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” krzyczymy głośno „TAK”.

WP_20160226_17_02_14_Pro_LI 1.jpg

Prawdą jest, że nasz szkrab jest zbyt mały, aby zrozumieć dokąd i dlaczego teraz lecimy lub jedziemy.  Prawdopodobnie niewiele też będzie pamiętać z naszych wypraw. Nie będzie pamiętać również tego, że zabieraliśmy ją na bawialnie, świętowaliśmy jej urodziny, czytaliśmy jej bajki i odwiedzaliśmy wspólnie Dziadków, ale mimo tego, to robimy. Zatem dlaczego nie mamy  zabrać jej  na wspólny wyjazd?                                                                                                                                                            Mój Mąż jako 6-latek towarzyszył swoim Rodzicom podczas 3-miesięcznego rejsu do Ameryki Południowej.  W tym czasie odwiedził połowę państw tego kontynentu. Ile z tego pamięta? Niewiele, tylko urywki. Szczególnie jaką zabawkę rodzice mu kupili w danym miejscu. Jednak gdy ogląda zdjęcia z tej podróży jest bardzo dumny, że miał szansę zwiedzić te odległe i egzotyczne miejsca jako dziecko.  Dodatkowo zaszczepiło to w nim chęć do odkrywania świata.

Sam fakt, że dziecko nie będzie pamiętało wspólnej wycieczki, nie oznacza, że taki wyjazd nie ma pozytywnego wpływu na jego rozwój. W trakcie naszej podróży po Kanadzie nasza córka codziennie obracała sie w nowym gronie osób, które ją zaczepiało, uśmiechało się do niej lub chciało się z nią bawić. To uczy otwartości i przyzwyczaja dziecko do osób, które wyglądają i mówią inaczej niż rodzice. Stwierdziliśmy, że jest to bardzo dobre przygotowanie na żłobek, do którego nasz bobas miał pójść po powrocie.                                                                                                                                                     Niestety w przypadku naszej córki to zainteresowanie jej osobą doprowadziło do tego, że już nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie, ponieważ inaczej była oburzona i dawała temu wyraz wołaniem w kierunku osoby, która ją minęła…najwyraźniej wszystko może zaszkodzić w nadmiarze.

Nasze dziecko przez wakacyjną wyprawę nauczyło się również robić „pa pa” na pożegnanie lub odmachiwać do innych osób.W Kanadzie tyle ludzi do niej machało, że w sumie nie miała innego wyjścia niż nabyć tę umiejętność.  Nigdy  nie zapomnę zdziwionej miny naszej pediatry, która na koniec wizyty lekarskiej po naszym powrocie pomachała na pożegnanie małej pacjentce, a ona jej odmachała. Przyznam, że byłam z niej w tym momencie bardzo dumna. Kanado, jestem Ci wdzięczna!

WP_20160724_13_53_49_Pro_LI12.jpg

Zaskoczeni byliśmy również z jaką łatwością nasza  córka jest w stanie przystosować się do nowych lub ciągle zmieniających się warunków. Najwyraźniej wycieczki uczą małego podróżnika umiejętności zasypiania w każdych warunkach, nie tyko w domu. Już podczas wcześniejszych wyjazdów przekonaliśmy się o tym, że nasze dziecię jest niewzruszone zmianą miejsca i łóżka, w którym ma spać. Nawet gdy miała miesiąc, 5, 6 czy 8 miesięcy. Jednak nie wiedzieliśmy, jak zareaguje na zmianę miejsca pobytu co dwa dni.  Dla dorosłego człowieka może to być męczące, a co dopiero dla małej istoty. Z tego względu chcieliśmy dopasować tempo naszej podróży do niej i jej aktualnego samopoczucia. Przed wylotem zaplanowaliśmy mniej więcej tylko pierwsze dwa tygodnie z mniejszymi dystansami do przejechania i większą ilością przerw w drodze. O przebiegu reszty wyprawy mieliśmy decydować na bieżąco. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się o to obawialiśmy. Nasze dziecko było bardzo elastyczne i pozwoliło nam ostatecznie odwiedzić więcej miejsc niż zakładaliśmy, a na koniec znaleźć jeszcze czas na relaksujące spotkania z przyjaciółmi.

Niesamowite było dla nas również to, że traktowała nasze co chwilę zmieniające się pokoje jako tymczasowy dom. Gdy wracaliśmy po całym dniu zwiedzania do naszego lokum (zarezerwowanego na portalu airbnb.com),  nasze dziecko w ogóle nie było skrępowane. Raczkowało wesoło z kąta w kąt, jakby myślało: „Acha, jesteśmy w domu”.

WP_20160404_16_33_30_Pro_LI 1.jpg

W trakcie tego wyjazdu również  my nauczyliśmy się czegoś nowego. Nastąpiło to podczas bliskiego spotkania naszej córki z grupą turystów z Chin. Wszyscy rozpływali się nad jej wyglądem oraz próbowali jej za wszelką cenę dotknąć. Zastanawialiśmy się z Mężem co powinniśmy zrobić w takiej sytuacji. Staliśmy akurat w kolejce na prom i nie chcieliśmy ryzykować, że nasze dziecko rozpłacze się w tym momencie przez zbyt intensywny kontakt z obcymi ludźmi. Tutaj trzeba przyznać, że ona cicho nie płacze i pewnie zmuszeni bylibyśmy uciec gdzieś w ustronne miejsce. Inaczej musielibyśmy później wypłacać wszystkim w kolejce odszkodowania za utratę słuchu i uszczerbki na zdrowiu.  Z jednej strony nie chcieliśmy zwracać im uwagi. Z drugiej strony wizja płaczącego dziecka i  ucieczki z kolejki też nam się nie uśmiechała . Okazało się, że nasza pociecha była uradowana całą uwagą, która była kierowana w jej stronę i zupełnie do niczego nie byliśmy jej potrzebni. Postanowiliśmy zatem dać jej możliwość zawiązania nowych znajomości bacznie nad nią czuwając. Po jakimś czasie zrobiła się jednak zmęczona i chyba też trochę znudzona. Widząc to chciałam wkroczyć do akcji i rozgonić towarzystwo. Nie musiałam. Nasze dziecko udowodniło nam, że nie potrzebuje ciągłej asysty  i radzi sobie samo w sytuacjach, kiedy jej się coś nie podoba lub ma dość. Potrafi to dość głośno i wyraźnie machając ręką zasygnalizować. Miła grupka zrozumiała przekaz, pomachała na pożegnanie i się oddaliła. Wtedy pomyślałam sobie, że nasza córka w  żłobku może jednak nie zginie. Dla nas była to lekcja o tym, że rolą rodzica jest bycie zawsze w pogotowiu, ale w taki sposób, aby dziecko nauczyło się  samo sygnalizować, że coś mu się nie podoba niekoniecznie wyciągając od razu ciężkiego działa w postaci płaczu.

Ostatni przykład, który przytoczę dotyczyć będzie języka obcego. Nasza córka słyszała przez 6 tygodni głównie angielski. Na początku wyjazdu, kiedy byliśmy pytani przez Kanadyjczyków, czy nasz mały towarzysz podróży rozumie po angielsku, musiałam powstrzymywać się od śmiechu. Nie mieliśmy pewności, czy nasz 9-miesięczny bobas rozumie wszystko po polsku lub choć trochę po niemiecku,  bo w końcu w Niemczech się wychowuje. To co tu dopiero mówić o języku obcym!  Przyznam jednak, że po 6 tygodniach to pytanie nie wydawało mi się już tak absurdalne. W końcu nasza wielotygodniowa podróż po Kanadzie była dla niej pasywną lekcją nauki angielskiego, której nie doświadczyłaby w tak młodym wieku zostając w domu. Pomyślałam, że jeżeli  słyszała język angielski codziennie przez 24h na dobę, to może jednak czegoś się nauczyła.   Pod koniec wyjazdu zastanawialiśmy się, ile z tego zostanie w jej umyśle i czy dzięki tej podróży kiedyś łatwiej  jej się będzie uczyć angielskiego.

Podróże to przygoda. Nie tylko pozwalają na zwiedzenie  nowych miejsc i zawiązywanie znajomości, ale i uczą m.in.: życia, otwartości, języka  i akceptacji.

WP_20160227_11_20_39_Rich_LI12.jpg

Jak daleko można pojechać z małym dzieckiem lub bobasem? Nie ma na to odpowiedzi. Granicą jest tylko nasza wyobraźnia i odwaga. Dziecku nie robi to różnicy czy będzie leżeć na kocu nad jeziorem 100 km czy w jakimś egzotycznym miejscu 2 tysiące kilometrów od domu.  Póki będziemy z nim i będziemy poświęcali mu uwagę będzie szczęśliwe niezależnie od miejsca.                                                                                                                                              Oczywiście nie myślcie, że zawsze jest pięknie i różowo.  Na każdym wyjeździe dziecko płacze i ma swoje humory, ale ma je również i w domu. Osobiście wolę walczyć z jego kaprysami w jakimś fajnym miejscu niż w czterech ścianach.  Przyznaję też, że podróżując z dzieckiem nie można korzystać ze wszystkich atrakcji danego miejsca. Wieczorne wypady na festiwale, koncerty lub odkrycie nocnego życia czy długie wycieczki po muzeach lub galeriach nie wchodzą w grę. Dla niektórych może to być ograniczeniem, dla innych rezygnacją ze zbędnej rozrywki, a dla innych dodatkowymi godzinami snu potrzebnymi na regeneracje, aby następnego dnia odkrywać miejsca, do których bez dzieci  nie trafiliby. Dużo zależy od naszego nastawienia.  Poza tym jeżeli traktujemy wycieczkę, jako ucieczkę od pieluch i butelek czy miliona pytań „a dlaczego?”, to wspólny wyjazd niekoniecznie wywoła  radość na naszych twarzach.

Dla nas wspólne wycieczki to czas, podczas którego możemy poświęcić sobie 100% uwagi, która na co dzień zostaje rozproszona przez wiele czynników typu praca czy domowe obowiązki.  W trakcie wyjazdu mamy  tylko siebie, ze wszystkimi tego zaletami i wadami.

Wiadomo, że  wyprawa z małym podróżnikiem wiąże się z różnymi obawami. Najpierw martwimy się, czy sprostamy logistycznemu wyzwaniu i spakujemy wszystkie tobołki malucha do bagażnika lub walizki. Potem dochodzi kwestia ilości godzin spędzonych w środkach transportu, ilości dziennie pokonywanych km, częstotliwości zmieniania miejsca, jedzenia, bezpieczeństwa itd …uwierzcie mi lista pytań i obaw zawsze będzie długa bez względu na wiek potomstwa. Wydaję mi się, że strach rodziców wyznacza czasem granicę wiary w możliwości i umiejętności własnego dziecka. Rodzinne wakacje to świetna okazja, aby te granice przełamać i wypróbować się w nowej sytuacji.                                                                                                                                                     Trzeba jednak być świadomym tego, że nigdy nie będzie idealnego momentu na wspólny urlop, a odpowiedzi na nurtujące nas, jako rodziców pytania nie poznamy dopóki się w taką podróż nie wybierzemy.

Czy na pytanie: „Urlop z dzieckiem?” teraz już krzyczysz głośno „TAK” razem z nami?

Lecimy do Kanady

W trakcie ciąży rozmawialiśmy o tym dokąd moglibyśmy się udać w pierwszą dalszą wycieczkę z dzieckiem w ramach urlopu macierzyńskiego/tacierzyńskiego (kto nazwał to urlopem?). Przychodziły nam do głowy najróżniejsze pomysły. Stwierdziliśmy,  że tym razem wybór nie może być przypadkowy. Nie mogliśmy zakręcić globusem, tak jak zrobiliśmy to w przypadku wyboru miejsca na podróż poślubną. W końcu chcieliśmy zabrać ze sobą  9-miesięcznego bobasa i chociaż stwarzać pozory bycia odpowiedzialnymi rodzicami.

Założyliśmy, że:

– musi być to kraj, w którym będziemy w stanie przejechać chodnikiem/ drogą naszym wielkim wózkiem,

–  nie będziemy musieli się obawiać o jakość wody (Dziecko nasze chętnie pije wodę…także podczas kąpieli…)

–  kraj powinien być bogaty w różnorodną ofertę atrakcji na świeżym powietrzu, ponieważ  długie wycieczki po muzeach i galeriach nie wchodzą z dzieckiem w grę

– unikamy  kraju o dość niskim poziomie rozwoju cywilizacyjnego.

Obawialiśmy się, że kumulacja czynników takich jak trudne warunki panujące w danym miejscu, dziecko, które dopiero poznawaliśmy i  my zupełnie nowej roli spowoduje, że więcej nie zdecydujemy się na podróż w trójkę. Zanim wypracowaliśmy kryteria wyboru, to zastanawialiśmy się nad Brazylią w czasie Igrzysk Olimpijskich. Bardzo głupi pomysł. W tym przekonaniu utwierdziliśmy się później słysząc historie przyjaciółki, która tam właśnie w tym okresie była. Rozważaliśmy również Japonię, ale doszliśmy do wniosku, że dwa miesiące w kraju kwitnącej wiśni to trochę za długo. Poza tym ciężko tam ponoć o pieluchy, więc nie wiem, ile paczek pampersów musielibyśmy upchnąć w plecaku kosztem czystej bielizny.

Pewnego dnia Mąż po powrocie z pracy natchniony rozmową z kolegą o byciu ojcem i wspólnych wyjazdach zaproponował, że weźmie w wakacje dwa miesiące tacierzyńskiego, abyśmy mogli polecieć do Kanady. Kolega roztoczył przed nami wizję Kanady jako kraju przyjaznego dzieciom i bogatego w piękną faunę i florę, a ja przecież koniecznie chciałam przeżyć bliskie spotkanie z łosiem.  W sumie już nie było o czym dyskutować, bo pomysł wydawał się doskonały.   Pozostało „tylko” kupić bilety, zaplanować całą podróż i oznajmić wesołą nowinę świeżo upieczonym Dziadkom. Tak jak biletów niespecjalnie się naszukaliśmy, bo Ciocia Ada podesłała nam kuszącą ofertę lotów, to  wierzcie mi, że ostatnie zadanie okazało się najtrudniejsze. Serio zastanawialiśmy się, czy Rodzina naśle na nas demonizowany w Polsce Jugendamt (niemiecki odpowiednik MOPR-u).  Teściowie próbowali nam przedstawić tysiące alternatyw, m.in.: krótki pobyt na Malcie lub 2 tygodnie na jakiejś greckiej wyspie.  Chyba wątpili w to, że jesteśmy świadomi tego na co się piszemy. Przyznam, że mogło to tak wyglądać. Gdy zakupiliśmy bilety lotnicze, byliśmy dopiero rodzicami z tygodniowym stażem i sami zastanawialiśmy się, czy nie porywamy się z motyką na słońce. Przez to, że nasze dziecko nie dało się nam zbyt we znaki w pierwszych dobach swojego życia, (optymistycznie) stwierdziliśmy, że jaki pierwszy tydzień, taki cały rok. Nie chcieliśmy dać się pokonać myśli, że zawsze może być gorzej. Żartowaliśmy też, że to córka musi się do nas dopasować, a nie odwrotnie.

Z poinformowaniem moich Rodziców zwlekaliśmy dość długo. Najpierw musiałam przygotować się do „quizu”, w który „gramy” z nimi przed każdą wyprawą. Nie chciałam go przecież przegrać. „Quiz” polega na odpowiadaniu na przygotowane przez moich Rodziców pytania z zakresu bezpieczeństwa i koncepcji naszego wyjazdu.  Oczywiście zawsze udzielam dość oględnych odpowiedzi. Przede mną było nowe wyzwanie, bo musiałam przygotować się również na pytania dotyczące bezpieczeństwa ich ukochanej wnuczki. Nawet nie miałam zamiaru wspominać, że w planie mamy przelot helikopterem…   „Quiz” zakończył się pomyślnie dla nas. Dziadkowie jako  nagrodę pocieszenia wybrali sobie obietnice, że przywieziemy ich wnuczkę całą i zdrową, a w kolejną podróż udamy się sami zostawiając córkę z nimi. Chyba nie muszę dodawać, że zobowiązaliśmy się jedynie do przywiezienia dziecka w jednym kawałku.

Ostatecznie polecieliśmy do Kanady na 6 tygodni. Odwiedziliśmy 4 prowincje: od Ontario po Nową Szkocję i zjechaliśmy łącznie około 9500 km. Co my tam robiliśmy tyle czasu? Chłonęliśmy cudowną kanadyjską atmosferę, rozkoszowaliśmy się pięknymi widokami i spędzaliśmy czas na spacerach i rozmowach z przemiłymi Kanadyjczykami. Oprócz tego udało się nam zaliczyć parę dodatkowych atrakcji jak np. przelot helikopterem nad Parkiem Narodowym Tysiąca Wysp, oglądanie wielorybów, które wpływają do rzeki Św. Wawrzyńca czy hiking przez Park Narodowy Cape Breton Highlands (mój osobisty highlight wyjazdu – polecam).

Jesteśmy przykładem na to, że spełnianie marzeń jest możliwe również z dzieckiem, szczególnie wtedy, gdy pozwolimy mu uczestniczyć w ich realizacji. Nie traktujmy naszych pociech jako przeszkodę, tylko dodatkową „atrakcję” podróży.  Wyjazd na wakacje z potomstwem nie sprowadza się do siedzenia przez cały czas na placu zabaw. Jeżeli je odpowiednio zainteresujemy i włączymy w zwiedzanie, to spacer przez park/las/ dżungle czy centrum miasta może się okazać niesamowitą przygodą. Oczywiście nie oczekujmy, że nasz mały podróżnik wytrzyma dwie godziny w muzeum. To jednak tylko dziecko, a naszym zadaniem jest dobór odpowiednich atrakcji dla wszystkich członków wyprawy. Podróże z pociechą są inne. Inne nie oznacza jednak gorsze. 

kanadaok