„Gdzie Wy jedziecie?!”

Maj to miesiąc, w którym przedszkole naszej córki jest przez jakiś czas zamknięte. Z tego względu musimy szczególnie uwzględnić ten okres w naszych planach wyjazdowych. Poza tym ten miesiąc nie szczędzi w dodatkowe dni wolne, z których niemądrze byłoby nie skorzystać, więc chętnie decydujemy się właśnie wtedy na jakąś dłuższą i dalszą podróż.

Szukanie celu podróżniczego na nasz tegoroczny majowy urlop nie należało niestety do najłatwiejszych zadań.

Z jednej strony marzyły nam się rajskie plaże i piękna przyroda, z drugiej strony baliśmy się, że taki krajobraz szybko nam się znudzi i, że z braku innych możliwości niż leżenie na piasku będziemy ze zniecierpliwieniem odliczać dni do wyjazdu do domu.

Byliśmy jednak świadomi, że nasza córka będzie akurat w takim wieku, w którym plan szalonego zwiedzenia z napiętym grafikiem i biegiem z wywieszonym językiem na ostatni autobus do innej miejscowości  nie ma szans powodzenia. Pierwsze dowody, które potwierdzały naszą teorię mogliśmy  doświadczyć podczas naszych zeszłorocznych jesiennych wojaży. Wtedy akurat nasze dziecko skończyło dwa lata i  zorientowało się, że nawet jako mała istota może mieć swoją własną wizję oraz, że place zabaw istnieją również w innych krajach. Zatem stop w jakimś parku, przy karuzeli czy jakiejś innej dziecięcej przyjemności jest teraz tzw. „must do”, nieważne, czy Ci to właśnie pasuje czy nie.

WP_20171228_15_28_34_Rich

Zebrane w ostatnich miesiącach doświadczenie przekonało nas do szukania destynacji, gdzie dominuje jednak natura oraz liczyć można na w miarę dobre warunki pogodowe w maju.

Zresztą po naszej wycieczce do Kalifornii na początku tego roku tylko utwierdziliśmy się w słuszności naszej decyzji dotyczącej kryteriów wybierania miejsca na wakacje. Przejście 20-minutowego odcinka po jednej z kalifornijskich plaży zajęło nam 1,5 godziny, bo nasza córka musiała obejrzeć każdy kamyczek, muszelkę i ziarnko piasku, a przy tym zawrócić trzy razy na początek trasy.

WP_20171228_15_04_12_Rich

I weź tu pan zwiedzaj jakiś kraj przez parę tygodni w takich warunkach! Baliśmy się wywołanej w związku z tym frustracji, która oddziaływałaby negatywnie na nasze humory. Przecież to nie wina dziecka, że wszystko je interesuje i nie jest to akurat piętnasta z rzędu świątynia, muzeum czy inny budynek.

Musieliśmy znaleźć kraj, w którym nie będzie wielu miast ze wspaniałą architekturą czy jakiś kompleksów budynków z niesamowitą historią. Inaczej chcielibyśmy tam zajrzeć. Zdecydowaliśmy się postawić na naturę, na której łonie nasz mały towarzysz będzie mógł do woli liczyć czy zbierać swoje kamyczki. Niestety liczba potencjalnych miejsc nie zmniejszyła się drastycznie po wstępnej selekcji. Świat jest zbyt piękny i interesujący, nieważne dokąd się wybierzemy.

WP_20171228_15_03_04_Rich

Rozmawialiśmy o Wyspie Wielkanocnej, Argentynie, Senegalu. Ostatecznie zawęziliśmy tereny poszukiwania do Afryki. Ba, zakupiliśmy już nawet przewodniki do Namibii! Śmiejecie się pewnie, że to problemy pierwszego świata, ale u nas aż takie zagorzałe dyskusje na temat celu podróżniczego normalnie się nie odbywają.

Afryka kontynentalna wydawała się bardzo kusząca, ale nie chcieliśmy znowuż wybrać kraju, który będzie się wiązał z dodatkowymi szczepieniami czy specjalnymi lekarstwami dla naszej córki. Chcemy jej tego oszczędzić póki jest jeszcze taka mała. Na pierwszym miejscu jest ona, potem nasz podróżniczy egoizm.

Na tapecie pojawiły się zatem m.in.: Seszele.

W międzyczasie zaprzyjaźnione małżeństwo karmiło nas na Instagramie zdjęciami i filmikami właśnie z tego rejonu świata, ponieważ  wybrali się tam w ramach podróży poślubnej. Nie powiem, była to uczta dla oka. Pojawiła się u mnie nawet lekka zazdrość, która kłuła w serducho, że my sobie nigdy takiej podróży nie zafundowaliśmy. Zresztą w przypadku osób uzależnionych od podróży, jak ja, uczucie zazdrości (oczywiście pozytywnej) pojawia się za (prawie) każdym razem, gdy tylko usłyszę, że ktoś jedzie na wycieczkę. Nie ma znaczenia, czy sama właśnie wróciłam z podróży czy jestem w jej trakcie. Taki ze mnie #traveladdict. Teraz przykładowo kopię w pupę moją psiapsiółę Kasię (pozdrowienia dla koleżanki), aby jechała już na ten trekking do Nepalu, bo jestem rządna relacji i zdjęć z tej wyprawy.

Wracając do tematu…

Z Seszeli docierały do nas wieści od naszych urlopowiczów,  że to piękne miejsce na pewno nam się spodoba i koniecznie musimy polecieć tam z naszą córką. Mi się wtedy też przypomniało, że parę lat temu czytałam w jakiejś podróżniczej gazecie, że ten wyspiarski kraj to idealna destynacja na rodzinną podróż. To nas ostatecznie przekonało i właśnie tam postanowiliśmy się wybrać na majowe wakacje.  

I tak po dwóch tygodniach wytaczania ciężkich argumentów zakupiliśmy bilety na Seszele.

43490790-FA9B-45C4-869A-41A29E2042CF

Tylko nieliczne grono naszych znajomych zareagowało na nasz pomysł z zachwytem. Reszta albo nie wiedziała, gdzie to w ogóle jest lub zastanawiała się, co my tam będziemy robić lub jak bardzo będziemy żałować, że zmarnowaliśmy nasz urlop na wyjazd w tamten rejon.

Myślicie, że my nie mieliśmy tych obaw? Oczywiście, że tak! Niepewność nie opuściła nas do dnia wylotu…

Czy Seszele nam się podobały? Czy to dobre miejsce na podróż z dzieckiem? Czy nie zbankrutowaliśmy?

Na te  i wiele innych pytań odpowiemy w kolejnych postach.

Zapraszamy Was w kolejnych dniach na naszego bloga!

Szlakiem Cabot´a – część IV

Ostatni dzień naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapowiadał się dobrze już od samego rana. Wyjątkowo nie obudził nas dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet okna, a niebo było niebieskie.  Po sytym śniadaniu i miłych rozmowach z innymi gośćmi w naszym Bed & Breakfast w Margaree Harbour ruszyliśmy na ostatnią przejażdżkę po Cabot Trail. Ta trasa skąpana w promieniach słońca prezentowała się jeszcze piękniej, więc przez większość drogi zbieraliśmy szczęki z ziemi.

Głównym celem tego dnia była wędrówka po Skyline Trail w Parku Narodowym Cape Breton Highlands. Ten pieszy szlak słynie z oszalamiających widoków i dużej ilości gatunków zwierząt, które można spotkać po drodze. Nie marzyłam o bliskim spotkaniu z niedźwiedziem, ale liczyłam, ze chociaż zza drzew wypatrzę łosia. Los sprawił, że spotkałam tego zwierzaka w tym dniu dwa razy. 

Gdy dojechaliśmy na parking chwilę po nas podjechało kolejne auto. Wyskoczyła z niego pani, która oznajmiła wszem i wobec, że łosie właśnie przeszły przez szosę. Pewnie zmierzały do tej części parku, więc szansa, że zaraz znajdą się blisko nas była bardzo duża.  Chwilę później naszym oczom ukazały się urocze stworzenia. 

DSCN3412.JPG

Pani łoś wraz ze swoimi dziećmi próbowała przejść przez parking. Jedyną przeszkodą byliśmy my, ludzie. Bylo nas więcej, więc zwierzęta widziały w nas zagrożenie.  Niektóre osoby zamiast stanąć z boku i się na chwilę uciszyć, to biegały za nimi z aparatami wzdłuż ścieżki pokrzykując przy tym wesoło. Zwierzęta nie mogły wejść na drogę. Stwierdziłam, że nie mogę na to patrzeć. Powiedziałam więc zgromadzonym, że łosie próbują przejść na drugą stronę, a nasza obecność i krzyki je stresuje. Podziałało. Spragniona wrażeń gromadka uspokoiła się, zwierzaki udały się w wybrane miejsce, a ja zobaczyłam je z bliska w najmniej spodziewanym momencie. Czekałam na to parę tygodni. Byłam więc usatysfakcjonowana. Na szlaku mogłam zatem spokojnie skupić sie na pięknym krajobrazie oraz  na tym , aby NIE spotkać niedźwiedzia. Po tym, jak w moje ręce wpadła ulotka parku, która dotyczyła sposobów postępowania na wypadek bliskiego spotkania z drapieżnikami, to ostatnie na co miałam ochotę to walka z „Mihem”, jakby to powiedziała  nasza córka. Złota rada kanadyjskich ekspertów na przeżycie spotkania z tym zwierzakiem brzmi:

Jeżeli wypatrzyłeś niedźwiedzia, a on Ciebie i nie było mu to obojętne, to sposób w jaki musisz się w takiej sytuacji zachować zależy od jego postawy. Jeżeli niedźwiedź nie chce Cię wyeliminować tylko jako ewentualnego niebezpieczeństwa, tylko jest to atak drapieżny, powinneś walczyć wszystkim, co przy sobie masz. Błędem jest kładzenie się na ziemi i udawanie trupa.

Jak u licha zwykły Kowalski ma w przeciągu paru sekund ocenić, czy zwierzę się tylko broni czy zobaczyło w nas smaczny kąsek? Poza tym wiedziałam, że z przedmiotami, które schowaliśmy do plecaka nasze szanse na zwycięstwo wynoszą O %, więc wynik tej bitwy był z góry przesądzony.  

Idąc szlakiem rozmawialiśmy głośno zgodnie z zaleceniami z ulotki, aby nie zaskoczyć kryjącej się w krzakach zwierzyny. Problem był w tym, że niezawsze chciało nam się prowadzić konwersacje. Widoki byly takie cudowne, że woleliśmy skupić  się na otaczającej nas przyrodzie. Przez jakiś odcinek drogi szliśmy więc w ciszy. No i stało się. Po lewej stronie ścieżki zza drzew usłyszeliśmy szelest. Następnie wypatrzeliśmy pana łosia z wielkim porożem, który był tak samo zaskoczony naszą obecnością, jak my jego. Zaczęliśmy powoli się wycofywać nie spuszczając go przy tym z oka. Pan łoś postanowił przyjrzeć się nam z bliska i powoli kierował się w naszym kierunku.

Co zrobić, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji? Kanadyjski ekspert radzi:

Gdy zobaczysz łosia nie uciekaj w panice. Szansa, że uda się wtedy za Tobą w pogoń  jest bardzo duża. Zacznij powoli się cofać nie spuszczając go z oczu. Jeżeli ruszy w Twoim kierunku w przyspieszonym tempie zadbaj o to, aby między Wami znalazły sie drzewa. To spowoduje, że nie będzie on mógł wymachiwać porożem ani swobodnie się poruszać.  Ty w ten sposób zredukujesz ryzyko, że zostaniesz przez niego stratowany.

Byliśmy zatem gotowi w każdej chwili wskoczyć w głęboki las i ukryć się między drzewami. Dziecko mieliśmy w nosidle, zatem mogliśmy się całkiem sprawnie poruszać. Powoli oddaliliśmy się cały czas bacznie obserwując każdy jego ruch.

Łoś wszedł majestatycznie na ścieżkę i ukazał nam się w całej swojej okazałości. 

DSCN3422

Spojrzał się na nas, stwierdził: „Phi, żadne z Was zagrożenie“ i poszedł dalej. Uffff, odetchnęliśmy  z ulgą, a zastrzyk adrenaliny sprawił, że nawet nie wiem kiedy oddaliliśmy się od miejsca naprawdę bliskiego spotkania. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście  tego dnia.

DSCN3425.JPG

Dalej czekały już na nas tylko cudowne widoki, błękit oceanu i świergot ptaków. Na końcu trasy spoczęliśmy w specjalnie przygotowanych do tego miejscach (tak, Kanada to kraj ławek w lesie 😆) i razem z innymi turystami podziwialiśmy otaczającą nas naturę, a przy okazji chwaliliśmy się im jak dzieci, tym co nas spotkało.

DSCN3461.JPG

Gdybyśmy jeszcze ze znajdującej się tam platformy widokowej na wzgórzu wypatrzyli wieloryby, to ten dzień byłby więcej niż perfekcyjny. Wiadomo jednak, w życiu nie można mieć wszystkiego :P.

Z tego względu, że Skyline Trail spełnił wszystkie nasze oczekiwania, a ja mogłam zrealizować swoje marzenie,  nie mieliśmy juz potrzeby szukania dalszych wrażeń ani w parku ani na Cabot Trail.

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej.

DSCN3473.JPG

Po drodze pooglądaliśmy jeszcze trochę  krajobrazów z przydrożnych punktów widokowych. Następnie udaliśmy się  do naszej ostatniej atrakcji na Cape Breton. Zwiedziliśmy destylarnie whisky Glen Breton, gdzie również można skosztować tego trunku. Znajduje się ona w miejscowości  Glenville. Glen Breton  Rare to pierwsza single malt whisky wyprodukowana w Ameryce Północnej. Trochę na nią w tej części świata poczekali, bo udało się to dopiero w 2000 roku. Więcej informacji dostępnych jest na: http://www.glenoradistillery.com/glenora-whiskey/   

Zadowoleni z realizacji naszego planu w 200% w tej części Kanady i pełni wrażeń udaliśmy się w drogę powrotną w kierunku Toronto.

Wspólnie z Panem Mężem odwiedziliśmy już wiele zakątków świata. Ten zapiera dech w piersiach i dostarcza wielu wrażeń. W rankingu naszych ulubionych regionów Cape Breton zajął bardzo wysoką pozycję. To miejsce, które zdecydowanie przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. W końcu nie bez powodu okrzyknięto  Cape Breton jedną z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Kawaii Monster Café

Jakiś czas temu usłyszałam, że Azję dzieli się na kraje rozwijające się,  nowoczesne oraz Japonię. Kraj kwitnącej wiśni to nie tylko shinkanseny, manga, sushi i świątynie –  Japonia to stan umysłu. Miejsca i rzeczy, które można tam zobaczyć ciężko znaleźć w innych częściach świata.

Do ciekawych atrakcji należą kawiarnie tematyczne. Odnaleźć je już można nawet w Europie, ale te najbardziej specyficzne znajdują sie właśnie po drugiej stronie globu. Słyszeliśmy o kafejkach z kotami, sowami lub dla fanów wampirów. Popularne są również tzw. Maid Café, gdzie jedzenie serwują młode dziewczyny przebrane za pokojówki. W „serwis” wliczone jest klaskanie i wyśpiewywanie różnych piosenek  słodkim głosem, a goście witani są słowami „Witaj w domu, Goshujin-sama (Panie)”. Podczas naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy odwiedzić jedną z tych nietypowych atrakcji.

Przed wyjazdem zupełnie przypadkowo znalazłam informację o otwartej w 2015 roku  tokijskiej kawiarni Kawaii Monster Café. Została zaprojektowana przez sławnego designera sztuki Sebastania Masuda´e, którego prace charakteryzują elementy kultury „kawaii”.

DSCN5444

W Kawaii Monster Café unikatowy wystrój wnętrza przyprawia o zawrót głowy, a personel przykuwa wzrok przebraniami. Menu dostępne jest na dotykowym tablecie w kształcie ciasta. Zarówno zimne, jak i ciepłe potrawy podawane są w stylu kawaii. W końcu wszystko musi wyglądać uroczo. Cuteness everywhere!

Kawaii1.jpg

Do lokalu wchodzi się przez paszczę wielkiego potwora. Nagle goście przenoszą się do świata intensywnych kolorów, kul dyskotekowych, błyszczących przedmiotów i klubowej muzyki. Na środku sali umieszczono wielką karuzelę w kształcie tortu, na której dwa razy dziennie odbywa się występ pań przebranych za urocze potwory.

kawaii2.jpg

Pomieszczenie zostało urządzone różnorodnie i dzieli się na następujące obszary:

·    Mel-Tea Room

·    Mushroom Disco

·    Milk Stand

·    Bar Experiment

Idąc do toalety nie zapomnijcie aparatu… :-). Podpowiem tylko, że nawet w tej części kawiarni nie zabrakło artyście pomysłów.

Warunkiem spędzenia czasu w Kawaii Monster Cafe jest zamówienie posiłku. Jedzenie nie należy do najtańszych. Nie spodziewajcie sie również wybitnych przeżyć kulinarnych, celem tego miejsca nie  są doznania smakowe. W weekendy warto zrobić rezerwację, aby uniknąć stania w kolejce. Wózki dziecięce trzeba  zostawić przed paszczą potwora.  

Kawaii3.jpg

Pobyt w kawiarni zaliczamy do bardzo udanych. Na początku byliśmy trochę sceptyczni, ponieważ nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać. Przekonaliśmy sie jednak, że warto odwiedzić Kawaii Monster Café. Dodatkowym zaskoczeniem  był zachwyt naszego dziecka i córki przyjaciół, którzy towarzyszyli nam podczas wyjazdu. Z zainteresowaniem zwiedzały wszystkie zakamarki, wdrapywały się tam, gdzie to było tylko możliwe, podziwiały karuzelę i pijącego z butelki jednorożca oraz kołysały się w rytm muzyki.

Kawaii.jpg

Nasza córka oglądała show z takim zafascynowaniem, że nawet nie mogłam do niej podejść. Zostałam po prostu odepchnięta na znak tego, że przeszkadzam…

Kawaii Monster Café to zdecydowanie atrakcja dla wszystkich członków rodziny (z wyjątkiem czwartkowych wieczorów… ;-)). Choć po wyjściu zastanawiać się będziecie, gdzie Wy właśnie byliście… to zupełnie inny świat.

 Więcej szczegółów na:

https://www.facebook.com/kawaiimonstercafe/

http://kawaiimonster.jp/

 

 

 

 

Jak przygotować sie do podróży po Japonii?

Pytacie, ile czasu potrzebowaliśmy na przygotowanie naszej podróży po Japonii. Co załatwialiśmy wcześniej, a co dopiero na miejscu.

Planowanie naszej wycieczki podzielić można na 5 etapów:

  1. Zakup biletu lotniczego

Zdecydowanie najdłużej zajmuje znalezienie odpowiedniej promocji biletów lotniczych. Proces można oczywiście skrócić ignorując ceny i wybierając pierwsze lepsze połączenie do interesującej nas destynacji. Ten sposób pozbawia jednak radości, jaką daje samo szukanie.  Poza tym jeszcze nie wygraliśmy w lotto, dlatego staramy się być łaskawi  dla naszych portfeli. Doświadczenie nauczyło nas tego, że kupując bilety z dużym wyprzedzeniem mamy szansę na atrakcyjną cenę. Z reguły na 5-6 miesięcy przed planowaną wyprawą stajemy się szczęśliwymi posiadaczami potwierdzenia rezerwacji na wybrane połączenie lotnicze.  Wtedy wiemy już, że nie ma odwrotu i na pewno lecimy. Życie nauczyło nas, że im dłużej człowiek zwleka z zakupem, tym zwiększa się ryzyko, że z wyjazdu nic nie wyjdzie. Szczególnie jeżeli chcemy wyjechać w konkretnym miesiącu. Im dłużej czekamy, tym więcej dodatkowych terminów pojawia się w kalendarzu, które potem kolidują z wycieczką. Poza tym bez konkretnych dat wylotu ciężko planować kolejne kroki. Dla nas także sam okres oczekiwania na wyjazd jest ekscytujący. Dostarcza dodatkowej radości. Obowiązki w pracy też jakoś szybciej udaję się wypełnić, gdy przed oczami pojawia się perspektywa urlopu.

Bilet do Japonii zakupiliśmy na ponad 6 miesięcy przed datą odlotu. Dlaczego aż tak wcześnie? Musieliśmy się upewnić, że nasz przyjaciel, który deklarował gotowość wyjazdu, na pewno będzie mógł polecieć.

  1. Ustalenie trasy

Następnie – jednak dużo później niż zakup biletu – przychodzi czas na ustalenie trasy lub listę miast, które chcielibyśmy odwiedzić. Podróż z dzieckiem nie pozwala na taką spontaniczność, jak jeszcze parę lat temu. Wynika to z tego, że nie nocujemy już w hostelach, gdzie zawsze można trafić chociaż jedno wolne łóżko do spania (przynajmniej takie jest nasze doświadczenie). Wiemy, że rodzice z dziećmi nie mają tam czego szukać. Przecież żaden młody podróżnik, który oszczędza na wszystkim podczas swojego wyjazdu nie marzy o tym, aby słuchać za ścianą płaczu małej istoty… Jeżeli zależy nam na noclegu w rozsądnej cenie, to warto zająć się tym tematem wcześniej, a przede wszystkim najpierw wiedzieć, w jakim mieście będziemy nocować.

Zazwyczaj trasę planujemy na pierwsze dwa tygodnie. Resztę już w trakcie wyjazdu w zależności od samopoczucia naszej córki. Oczywiście wcześniej przygotowujemy parę pomysłów na pozostałe dni.

Japonia Sara

Do Japonii polecieliśmy na 2,5 tygodnia. Kraj kwitnącej wiśni ma wiele do zaoferowania, dlatego musieliśmy się dobrze zastanowić nad tym, co chcielibyśmy zobaczyć i gdzie chcielibyśmy spędzić najwięcej czasu. Wiązało się to z czytaniem przewodnika, a także różnych blogów i artykułów. Ostatnie dni planowaliśmy już na miejscu dopasowując intensywność wycieczki do naszego nastroju.

  1. Rezerwacja noclegów

Kolejnym krokiem jest rezerwacja noclegów. Tym tematem zajęliśmy sie na jakieś 3 miesiące przed wylotem. Mieliśmy jasno postawiony cel: gdy tylko będzie to możliwe NIE nocujemy w hotelach. W tę podróż wybrali się z nami nasi przyjaciele z 15-miesięczną córeczką. W grę wchodziły zatem tylko prywatne mieszkania, które dałyby młodym przestrzeń do zabawy, a nam miejsce do miłego spędzania wieczorów. Taka forma noclegu pozwala także na zakosztowanie życia prawdziwego Japończyka. Korzystasz z typowej japońskiej łazienki, śpisz na futonie w pokoju wyłożonym tatami. (O japońskim mieszkaniu przeczytacie w innym wpisie). Chodzisz do sklepu, aby kupić sushi, pierożki i piwo. Podziwiasz ciuchy sąsiadów rozwieszone na balkonie. Pozdrawiasz mieszkańców bloku słowami „Ohayou” lub „Konnichiwa. O i segregujesz śmieci! Jeżeli ogarnąłeś ten temat, to znaczy, że jesteś jak lokalni. Do dzisiaj zastanawiamy się, czy pojęliśmy ten nie do końca dla nas logiczny system.

japonia chata.jpg

Im wcześniej szuka się noclegów, tym lepsze i atrakcyjniejsze cenowo mieszkania można znaleźć. Prywatnych kwater szukaliśmy jak zwykle na portalu Airbnb.pl .

Podczas całego wyjazdu w pokoju hotelowym nocowaliśmy tylko raz i to nam wystarczyło. Malutki pokój, zwykła łazienka… co w tym egzotycznego?

Uważajcie tylko szukając hoteli… W Japonii (zresztą nie tylko tam) popularne są tzw. „love hotels”. Pojawiają się one często w internetowych wyszukiwarkach noclegów kusząc swoimi cenami i dość specyficznym wystrojem. Jak się możecie domyślać, idzie się tam zazwyczaj tylko w jednym celu. Oczywiście można tam też przenocować ;D.. Jednak z dziećmi nie liczcie na wejście… 🙂

  1. Zakup biletu na pociąg

Ostatnim etapem, który wiązał się z wydaniem większej sumy pieniędzy był zakup biletu na przejazdy (głównie) pociągami (Japanese Railway Pass). Zamówiliśmy go na miesiąc przed wyjazdem.

JPR.jpg

Kosztuje sporo, ale jeżeli mamy zamiar dużo jeździć, to inwestycja ta szybko się zwraca.  JR Pass można kupić poza terytorium Japonii  i do marca 2018  także w wybranych japońskich miastach. Pamiętajmy, aby bilety zamówić najwcześniej na 3 miesiące przed wylotem.

  1. Dogrywanie szczegółów

Na parę dni przed wyjazdem sprawdzaliśmy możliwości niedrogiego dojazdu z lotniska do centrum Tokio. Zamówiliśmy również tańszy bilet na przeprawę przez japońskie Alpy i ściągaliśmy przydatne aplikacje, np.: HyperDia.

Dowiedzieliśmy się również, że nie ma mapy Japonii w trybie offline na nasze telefony. Jak dobrze, że jechaliśmy z kimś, kto posiadał komórkę innej firmy. Zorientowaliśmy się też, że nasz bilet na pociąg kończy się dzień wcześniej niż zakładaliśmy…

Pod koniec przygotowań zawsze zdarzają się jakieś małe wpadki, to zapowiada początek dobrej przygody, prawda? 🙂

 

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

3 sposoby na niezapomniany Wietnam

Jakiś czas temu wspominaliśmy z Mężem podróż do Wietnamu. Przede wszystkim próbowaliśmy sobie przypomnieć co nas skłoniło do tego, żeby polecieć w ten rejon Azji. O dziwo nie znaleźliśmy odpowiedzi na to pytanie. Tak naprawdę nie wiem nawet, jakie mieliśmy oczekiwania w stosunku do tego kraju. Z perspektywy czasu mogę jednak powiedzieć, że ani kuchnia, ani ludzie, ani kultura Wietnamu  nie są wystarczającym powodem, aby udać się w to miejsce.

Ze wszystkich rejonów świata, które do tej pory widzieliśmy akurat ten zakątek Ziemi spodobał się nam najmniej. Podczas  naszej pierwszej wizyty w Indiach na początku również mieliśmy dość mieszane uczucia, jednak ostatecznie pokochaliśmy to państwo. Niestety w przypadku Wietnamu ten moment nie nastąpił. Kraj nie przekonał nas do siebie na tyle, żebyśmy za nim zatęsknili. Oczywiście to tylko nasza subiektywna opinia. Wiele osób twierdzi, że to wspaniałe miejsce. Wiadomo „de gustibus non est disputandum”, ale jednak trochę nam ulżyło, gdy spotkaliśmy na swojej drodze ludzi, którzy mieli podobne odczucia. Już się martwiliśmy, że jest coś z nami nie tak…

Bylibyśmy jednak niesprawiedliwi, gdybyśmy powiedzieli, że Wietnam nie oferuje ciekawych atrakcji. Jego piękna natura to zdecydowanie wystarczający powód, aby odwiedzić kraj sajgonek.

Poniżej przedstawiamy 3 miejsca, które koniecznie powinniście wpisać na swoją listę marzeń:

  • Trekking do jaskini Hang En

Należycie do aktywnych osób, lubicie się trochę spocić, nocować w namiocie i nie boicie się ciemności?  Trekking do Hang En  – trzeciej co do wielkości największej jaskini na świecie będzie zatem strzałem w dziesiątkę.

WP_20140706_0101.jpg

Przyznam, że na początku nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po tej wycieczce. Jednak z każdym krokiem, który zbliżał nas do jaskini, nasz zachwyt był większy.

wietnam5

Nigdy nie zapomnimy wrażenia, jakie wywarło na nas Hang En zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.

wietnam9

wietnam15

Możliwość noclegu w jaskini z dala od cywilizacji uczyniła naszą podróż niezapomnianą. Gorąco polecamy ten trekking, który okazał się highlight´em naszej podróży. Dla zachęty mogę dodać, że pierwszy dzień wyprawy kończy się kąpielą w znajdującej się wewnątrz jaskini lagunie. Po niej serwowana jest kolacja na plaży, która w pewnym momencie przeradza się w imprezę zakrapianą wietnamskim alkoholem.

dscf40281

Podczas spożywania tego wysokoprocentowego trunku zastanawialiśmy się, czy po przebudzeniu będziemy jeszcze widzieć… okazało się, że ani wzrok ani wyskokowy napój nas nie zawiódł i drugiego dnia też jeszcze niejedno zobaczyliśmy.

wietnam6

Dla mnie, jako osoby cierpiącej na klaustrofobie trekking był nie tylko przygodą, ale również walką ze swoimi słabościami. W nocy dostałam nagłego ataku paniki, przez który chciałam się  wspinać po głazach, aby tylko jak najszybciej móc się wydostać z jaskini. Dzięki postawie Męża i ulubionej muzyce, której słuchałam z telefonu w miarę szybko doszłam do siebie. Jeżeli macie podobne przypadłości lub np.: alergie nie zapomnijcie spakować do plecaka odpowiednich leków lub „uspokajaczy”. Jak już jesteśmy w temacie rzeczy, które warto zabrać ze sobą, to polecam spakowanie czołówki oraz jakiegoś okrycia głowy, aby ptaszki mieszkające w jaskini Wam nie narobiły na głowę…

wietnam12

Trekking zorganizowaliśmy przy współpracy z Oxalis Adventure Tours. To jedyny operator, który ma prawo organizować wycieczki do wnętrza Hang En. W tym samym czasie w jaskini i na szlaku przebywać może tylko jedna grupa. Dzięki temu nie trzeba obawiać się tłoku i hałasu, które są typowe dla miejsc z dużą ilością turystów. Plusem jest też to, że nikt nam nie przysłoni pięknych widoków.  

Szczegóły dotyczące trasy, wyprawy, dat i cen oraz alternatywnych wycieczek (np.: do największej jaskini na świecie) znajdziecie na stronie Oxalis: http://oxalis.com.vn/tour/hang-en-adventure-cave-camp/

  • Wyspa Cat Ba i rejs po zatoce Halong

Większość z nas na pewno chociaż raz w życiu zetknęła się z nazwą  Halong Bay. Ci, którzy mieli okazję ją zobaczyć potwierdzą, że jest przepiękna.

dscf41021

Przed wyprawą w to miejsce warto mieć na uwadze, że na jakość samej wycieczki dość istotny wpływ ma wybór miejsca rozpoczęcia rejsu. Start z wyspy Cat Ba spowoduje, że podróż będzie piękniejsza i bardziej interesująca. Decydując się na mniejszą łódź ma się możliwość dotarcia w bardziej odległe zakątki zatoki. Wiele osób startuje z miasta Halong i zwiedza to cudne miejsce w otoczeniu licznych statków i cruseir´ów. Szczerze to odradzam. Chyba, że czasowo nie możecie pozwolić sobie na dłuższy pobyt.  

Zatokę Halong można podziwiać nie tylko z pokładu statku, ale również pływając kajakiem po jej licznych lagunach z różnokolorowymi meduzami.

dscf42681Dodatkowe atrakcje stanowią spacer po Parku Narodowym Cat Ba, zwiedzanie  farmy pereł oraz pływanie w ciepłej i przejrzystej wodzie.

wietnam16.JPG

  • Plaże i miasteczko Hoi An

Biały piasek, błękitna woda, lokalne piwo i owoce morza w bardzo przystępnych cenach. Taka jest właśnie plaża w Hoi An. Z dala od przygotowanych pod zagranicznych turystów resortów w Da Nang czy Nha Trang z lokalnych touch´em w postaci drewnianego toitoi´a i trzech leżaków na krzyż.

Wietnam1

Przed południem plaża będzie należała tylko do Was. Spokój i piękne widoki gwarantowane. Mieszkańcy miasta gromadzą się na niej dopiero popołudniu, kiedy temperatura spada.

Wietnam2.JPG

Po mieście można się poruszać skuterami lub rowerami. Ten pierwszy środek transportu całkowicie odradzamy osobom, które nigdy nim nie jeździły. Oczywiście jest to super zabawa, ale dość  tragiczna w skutkach nawet przy niegroźnie wyglądającym wypadku. Zachowajcie rozwagę, mierzcie siły na zamiary i skorzystajcie z tego środka transportu, tylko jeżeli od lat jeździcie na motorze i niestraszne wam są tłumy na drogach. Inaczej przywieziecie ze sobą pamiątkę z wakacji o jakiej Wam się nawet nie śniło…

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

10 rzeczy, które warto zrobić w Panamie!

Jeżeli marzy Ci się wycieczka do Ameryki Centralnej, proponujemy zacząć obcowanie z tą częścią świata od Panamy.

Mniej turystyczna i przyjaźniejsza niż sąsiadująca z nią Kostaryka, a z drugiej strony bezpieczniejsza (chyba, że wybieracie się do Darien) od jeszcze trochę dzikiej, lecz pięknej Nikaragui (to nasze drugie ulubione państwo tego regionu).

Wiele osób kojarzy ten kraj głównie z Kanałem Panamskim. Pytanie o inne atrakcje zazwyczaj wprawia rozmówce w zakłopotanie. Czy Panama oferuje coś więcej? Czy jest w stanie zapewnić wytrawnemu podróżnikowi wystarczającą ilość atrakcji?  Tak, i to w dodatku cały wachlarz! Co warto zobaczyć, gdzie pójść i co zjeść wyczytacie w przewodnikach i na różnych portalach internetowych. My przedstawiamy Wam 10 highlight´ów, które sprawią, że Wasza wycieczka po tym pięknym państwie będzie niezapomniana.

1.  Park Narodowy Coiba

Do Parku Narodowego Coiba  należy 38 wysp, w tym także sama Coiba – największa bezludna wyspa na świecie. Tak naprawdę nie jest całkowicie bezludna. Mieści się na niej baza strażników parku, którzy pracują dla rządowej organizacji na rzecz ochrony środowiska AMAN. Do ich zadań należy m.in.: wydawanie pozwoleń na wejście na teren parku. Gorąco polecamy nocleg na wyspie, który jest możliwy właśnie na terenie tej bazy.

W celu  skorzystania ze wszystkich atrakcji Parku Narodowego Coiba jest się skazanym na usługi lokalnego przewodnika. Nie uważam jednak, żeby było to coś złego. W przeciwnym wypadku to wyjątkowe miejsce zostałoby zadeptane przez turystów. Na rynku dostępnych jest sporo ofert. To w naszych rękach leży dobór odpowiedniego biura.

Jeżeli szukacie wyjątkowego przeżycia i chcecie spędzić nocleg na bezludnej wyspie w otoczeniu małpek, aguti oraz  aligatorów, to jest to właśnie to miejsce!  Znajdziecie tutaj dużo unikatowej fauny i flory – m.in. 760 gatunków ryb, płaszczki, żółwie, wieloryby i delfiny. Istny raj dla fanów snorkeling´u i nurkowania. Nam udało się zobaczyć większość żyjątek parku!

IMG_8723.JPG

Osoby preferujące „suche” atrakcje wybrać się mogą na hiking przez las tropikalny lub na wycieczkę łodzią przez las namorzynowy.

P1180716.JPG

Wiele lokalnych biur podróży oferuje tylko jednodniową wycieczkę dla osób zainteresowanych nurkowaniem lub parodniowy wyjazd na wyspę Coiba, ale z noclegiem na łodzi. My polecamy małżeństwo z Holandii, które oferuje fantastyczne kilkudniowe wycieczki dla małych grup. Współpracują z profesjonalnymi przewodnikami. Wierzcie mi, są warci każdych pieniędzy. Kontakt do nich znajdziecie na: http://tanagertourism.com/ .

2. Get lost in the villages of Veraguas and rescue the turtles!

Jeżeli znajdziecie się w prowincji Veraguas, dajcie pochłonąć  się atmosferze półwyspu Azuero. Małe wioski, które otoczone są rozległymi zielonymi terenami i  zamieszkałe przed dumnych, kochających swój kraj Panamczyków to idealne miejsce, aby zejść z ubitego turystycznego szlaku. Autostopem lub lokalnym minibusem z Santiago można dojechać do małych miejscowości półwyspu, m.in.: do Maleny.

P1180612.JPG

Znajduję się tam ochronka dla żółwi wodnych. Prowadzona jest przez miłe małżeństwo, którym nie jest obojętny los zwierząt. Marzyliście o tym, aby zobaczyć wylęg żółwi? Koniecznie odwiedźcie to miejsce. Obserwowanie, jak o własnych siłach próbują  dostać się do oceanu jest niezapomnianym przeżyciem. Można  tutaj także wziąć udział w  poszukiwaniu jaj, które ma na celu zabezpieczenie ich przed psami  i handlarzami. Najlepszym momentem na odwiedziny Maleny jest październik. PS. Zabierzcie ze sobą czołówki lub latarki.   

3.  Wjazd jeep´em na wulkan Baru

Jak można w oryginalny sposób dostać się na najwyższy szczyt Panamy? Jeepem! Wjazd na wulkan Baru w specjalnie przystosowanym do tego pojeździe oraz z profesjonalnym kierowcą, któremu niestraszne są leżące na drodze ogromne kamienie i kręte ścieżki, jest wspaniałą przygodą. Co prawda rzuca na boki i trzęsie ile wlezie, ale jaka to frajda! Adrenalina i uśmiech od ucha do ucha gwarantowany. Absolutnie nie polecamy osobom z chorobą lokomocyjną i  małym dzieciom.

DSCF4873.JPG

Nie zapominajmy  o cudownych widokach na wysokości  3477 m.n.p.m., ale to chyba oczywiste.

Zainteresowanym polecamy skorzystanie z usług firmy Boquete Safari: www.boquetesafari.com. Świetny serwis. Pracownicy mówią po angielsku oraz organizują wszystko zgodnie z umową, a nawet lepiej.

4.      Trekking na wulkan Baru

Alternatywną dla bardziej aktywnych jest możliwość zdobycia tego szczytu podczas samodzielnego trekking na wulkan. To bardziej męczący sposób, ale bogaty w piękne krajobrazy i bliski kontakt z naturą. Usatysfakcjonuje osoby, które lubią wyzwania. Dokładne i aktualne informacje na ten temat otrzymacie w Boquete, więc nie będę sie rozwodzić w temacie. Powiem tylko, że warto, ale ubierzcie się ciepło i zaplanujcie odpowiednią ilość czasu. Istnieje również możliwość wynajęcia przewodnika, m.in. przez Boquete Safari.

5. Rafting

Stęskniliście się za wodnymi atrakcjami będąc w B0quete? Co powiecie na rafting? Widoki, adrenalina i dobra zabawa! Dodatkowym bonusem jest pyszny lunch w lesie. Czego chcieć więcej. Ponownie polecamy Boquete Safari.

6.  W poszukiwaniu wielorybów…

Przyznaję, że wyprawa na wielorybie safari nie należy do najtańszych i w porównaniu do innych miejsc na świecie w Panamie jest zdecydowanie droższa. Wynika to z tego, że lokalni eksperci od turystki jeszcze nie zwęszyli w tym interesu, więc brakuje im konkurencji i zainteresowanych (dane z końcówki 2014 r). Zaletą tego stanu rzeczy jest możliwość odbycia wielorybiego safari w małej grupie i gwarancja, że będziemy jedynymi osobami w okolicy, które wypatrują tych tajemniczych zwierząt. Ann (www.whalewatchingpanama.com) – przewodniczka, która zorganizowała wycieczkę dla naszej czwórki – pochodzi ze Stanów. Bardzo wygodną motorówką zabrała nas na parogodzinną wyprawę na poszukiwanie wielorybów i delfinów oraz zwiedzanie wyspy Contadora. Misja zakończyła się sukcesem. Mieliśmy wiele zabawy wypatrując tych ogromnych ssaków, a jeszcze więcej, gdy pędziliśmy w ich kierunku, aby choć przez chwilę móc podziwiać je z bliska.         

7.  San Blas

Myśleliście, że w Panamie nie ma Indian? Nic bardziej mylnego! Jedno z plemion mieszka na cudownych wyspach San Blas i pozwala turystom zajrzeć do swojego odmiennego świata. Każda rodzina ma swoją własną wyspę. W zależności od tego, z którym z Indian z plemienia Kuna dobijesz targu, taka będzie Twoja wycieczka. Niezależnie od tego czy masz zamiar zostać na San Blas na noc czy nie, na pewno wyprawa w ten rejon Panamy będzie niezapomniana. Piękna natura, plaże pokryte muszlami, rozgwiazdy przy brzegu… Istny raj na ziemi. Na obiad zjesz to  co właśnie złapał Twój gospodarz. Niestety stan wody cały czas się podnosi, więc nie wiadomo czy w przyszłości te 365 wysp będzie jeszcze w ogóle istnieć.

P1180492.JPG

Jeżeli nie znasz języka lub nie masz czasu organizować wszystkiego sam, polecamy skorzystanie z pomocy biura Panama Travel. To firma, która współpracuje z jedną z rodzin z plemienia Kuna i pośredniczy między nią a zainteresowanymi wyprawą turystami.

8. Wycieczka na bezludną wyspę

Jak już jesteśmy w temacie dzikich wysp, to co powiecie na wycieczkę na taką, na której nikt nie mieszka? Z dala od imprezowego Bocas del Toro kryje się wyspa o nazwie Zapatillas. To istny raj na Ziemi. Myślę, że każdy dokładnie tak wyobraża sobie  Niebo.

DSCF5003.JPG

Popytajcie w Bocas del Toro w lokalnych biurach o możliwość dotarcia w to miejsce. Na wyspie Bastimentos udajcie się do właściciela TioTom´s Guesthouse (polecamy nocleg u Chrisa), który załatwi   Wam transport do wybranego przez Was zakątka tej części Panamy. Weźcie ze sobą zapas wody i jedzenia, ponieważ na wyspie nie ma nic oprócz natury.  Proszę, nie zostawcie śmieci w tym magicznym miejscu.

9.  Wycieczka na targ rybny

Z Panama City nie można wyjechać bez zjedzenia świeżych owoców morza w jednej z lokalnych knajpek przy targu rybnym. Głośna karaibska muzyka i zimne piwo są dopełnieniem tego pysznego i cenowo atrakcyjnego posiłku. Dla tego miejsca warto zrezygnować z odwiedzenia urokliwych (i drogich) restauracji w Casco Viejo.

10.  Tukany w Parku Narodowym Soberania

Osoby, które  zmęczył zgiełk miasta powinny się wybrać do Parku Narodowego Soberania na poszukiwanie Tukanów.  Bądźcie czujni i wypatrujcie ich na konarach drzew. Oczywiście spotkacie tam również inne zwierzęta. My trafiliśmy do parku jakimś nieoficjalnym wejściem i po tym, jak znaleźliśmy już ptaki o kolorowych dziobach musieliśmy przejść parę kilometrów, aby odnaleźć przystanek autobusowy.

Jeżeli zaciekawił Cię ten kraj lub  rozważasz wybranie się do tej części świata i  masz pytania m.in. co do trasy – pisz śmiało. Z chęcią pomożemy Ci ułożyć plan wycieczki lub podzielimy się informacjami dot. naszej trasy.

 

„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” II

W 2006 roku Chiny wydawały się nam tak odległym, egzotycznym i nieznanym państwem, że nie mieliśmy z nim żadnych konkretnych skojarzeń.  Może z wyjątkiem niechlubnego okresu rewolucji kulturalnej lub tego, że jest to kraj komunistyczny. Wstyd się przyznać, ale myśląc wtedy o Chinach przed oczami miałam jedynie Mur Chiński i obrazy z Korei Płn.. Tak to jest, gdy nie wie się o kraju zbyt wiele.

Trzeci Świat?

Nie ciężko wyobrazić sobie nasze zdziwienie, gdy dotarliśmy na miejsce. Wiele osób mówiło nam, abyśmy uważali na to czy na tamto, bo przecież jedziemy do „kraju Trzeciego Świata”. Szczerze powiedziawszy już w drodze z lotniska w Szanghaju transrapidem – super szybką koleją magnetyczną – do centrum  miasta, to ja czułam się jak przybysz z Państw Trzeciego Świata…Gdy trafiliśmy do serca Szanghaju, czyli dzielnicy Pudong przed naszymi oczami stanęła nowoczesna metropolia z drapaczami chmur ciągnącymi się wzdłuż linii brzegowej rzeki Huangpu.                                                                                                                                              Pod koniec dnia musieliśmy się jeszcze przeprawić na drugą stronę rzeki do naszego hostelu. Zmęczeni i w poszukiwaniu zimnego Tsingtao (chińskie piwo) wjechaliśmy na ostatnie piętro naszego Captain Hostel i o to naszym oczom ukazał się fantastyczny widok na pięknie oświetlony Pudong. Oh, to była wspaniała nagroda dla młodych podróżników po bardzo długim dniu, którą przez następne dni delektowaliśmy się z tarasu naszego hostelu.

DSCN05571.JPG

Ok, bądźmy szczerzy. Nie wszystko tego dnia było takie piękne. Zanim zdążyliśmy przekroczyć próg naszego hostelu widzieliśmy jak dziecko wypróżnia się na talerzyk po frytkach na środku chodnika…Trzeba jednak spojrzeć na to optymistycznie i dodać, że pełna kultura została zachowana, bo przecież zawsze mogło zrobić bezpośrednio na chodnik…

W drugiej połowie naszej wyprawy udaliśmy się do Pekinu. Miejscem, które nie najlepiej wspominam jest zdecydowanie plac Tiananmen (Niebiańskiego Spokoju).  Znajduje się naprzeciwko Zakazanego Miasta, co sprawia, że nawet jeżeli nie ma się ochoty na zwiedzanie tego placu i tak się tam trafi. Będąc na nim człowiek uświadamia sobie, że Chiny w dalszym ciągu są krajem komunistycznym. Ilość policji, która obserwuje i kontroluje osoby z ulotkami czy gazetami nie daje o tym zapomnieć.

DSCN11811.JPGStojąc na Placu Niebiańskiego Spokoju widziałam oczami wyobraźni przykre, a raczej makabryczne wydarzenia czerwca 1989, które miały tutaj miejsce, a ja znałam je tylko z lekcji historii.                                                                                                                                               To właśnie jest dla mnie zawsze niesamowite w podróżowaniu. Wyprawy pozwalają zobaczyć miejsca, o których słyszało się na geografii czy historii i które z perspektywy ucznia wydawały się niedostępne, a dzięki podróżom nagle są na wyciągnięcie dłoni.  W nawiązaniu do mojego wpisu „Lecimy do Kanady” (https://bodychtravellers.wordpress.com/2016/10/20/lecimy-do-kanady/) podróżowanie to również interaktywna lekcja historii.

Podczas tego wyjazdu udało się nam odwiedzić Szanghaj, Suzhou, Wuhan, Xian, Pekin, Guangzhou, Hong Kong, odbyć  kilkudniowy rejs po rzece Jangcy, pozdrowić pandy w Chengdu oraz nacieszyć się Wielki Murem Chińskim bez tłumu turystów.

DSCN12801.JPG

Każde z tych miejsc nas zachwyciło. Zaczynając od jedzenia, widoki na nowoczesności kończąc. Wszystko przerosło nasze oczekiwania. Zaskoczył nas fakt, że Pekin miał więcej linii metra niż Warszawa.  Stolica Polski dorobiła się w miedzy czasie drugiej nitki, Pekińczycy ok. 14…

Miłą niespodzianką była dla nas również łatwość komunikacji z obywatelami Chin, która na pewno nie wynikała z tego, że mówimy po chińsku…bo nie mówimy (pokładamy nadzieje w naszej córce). Powodem nie jest również świetna znajomość angielskiego ze strony Chińczyków. Brak wspólnego języka rekompensowała ich chęć  niesienia pomocy innym. Czasem wystarczyła mowa ciała. Alternatywnie szukali w pobliżu kogoś, kto mówi po angielsku lub po prostu brali nas za rękę i doprowadzali na miejsce. Obywatele Chin to bardzo ciepły i pomocny naród oraz wspaniali gospodarze, o czym napisze przy innej okazji.

Jestem świadoma tego, że niecałe Chiny są piękne i nowoczesne. Wiem, że nie każde miasto wygląda jak Szanghaj czy Guangzhou. Np.: Północno-wschodnie Chiny to rejon typowo industrialny, a więc nie przypadnie do gustu każdemu. Istnieją także miejsca, gdzie bieda aż piszczy i nikt w te rejony przypadkowo nie trafi. Jednak w Polsce również nie wszędzie wygląda jak w Warszawie, a miejmy na uwadze, że Państwo Środka to ogromny kraj i o powierzchni zbliżonej do Europy.

Chiny mają wiele do zaoferowania. Od wielkich miast z drapaczami chmur po „małe wioski” z polami ryżowymi i typową chińską zabudową: każdy znajdzie tu coś dla siebie. Odnaleźć tu można ponadto  fantastyczne piesze szlaki oraz szerokie autostrady, riksze, a także ekskluzywne limuzyny. Nie można zapomnieć o wspaniałej, różnorodnej kuchni, która nikomu się chyba nie znudzi.                                                                                                                                                               Jak każdy kraj Państwo Środka ma również strony, które szokują lub odpychają. Ciężko było mi się np.: przyzwyczaić do głośnego mlaskania Chińczyków podczas jedzenia. Dość niecodziennym widokiem dla nas było także rzucanie śmieci pod stół w trakcie posiłku w lokalu. Natomiast gdy siedząc w restauracji słyszałam, że chińscy goście wołali na kelnerkę „fúwùyuán”, co dla nas brzmiało jak „fuja”, to nie mogłam sie powstrzymać od śmiechu. Obrazek chaosu pod stołem i słowa „fuja” bardzo dobrze tutaj do siebie pasowały. Także dziura w ziemi zamiast normalnej toalety była  czymś, do czego musieliśmy się najpierw przyzwyczaić.                                                                                                                                 Szokującym przeżyciem był dla mnie nasz przejazd autobusem do Wuhanu, podczas którego pod moimi nogami leżały dwa związane żółwie…Gdy już uświadomiłam sobie, że nie jadą one z nami w ramach prezentu jako zwierzątka domowe, a jako wkład do zupy nie mogłam zmrużyć oka. Zastanawiałam się, jak je uratować.

DSCN08511.JPG

Innym razem jechaliśmy autobusem akurat w dniu, kiedy cały czas padało. Do tego stopnia, że z otworów klimatyzacji autobusu zamiast świeżego powietrza leciał deszcz. Jeden z chińskich pasażerów, który najwyraźniej był przygotowany na taką ewentualność rozłożył nad sobą parasol. Nie wiedzieliśmy czy mamy w tym momencie podziwiać jego kreatywność czy śmiać się z tego widoku.

DSCN10271.JPG

Nasza wyprawa do Chin była bardzo udana i gdybyśmy mogli zostalibyśmy dłużej. O mały włos tak się nie stało. Przez ogromne korki, opóźniony lot do Pekinu i chęć maksymalnego skorzystania z pobytu prawie przegapiliśmy nasz lot powrotny do Europy.  Dzięki miłemu, ale szalonemu kierowcy taksówki, który wziął sobie za punkt honoru dowiezienie nas na czas na lotnisko oraz  obsłudze lotniska, która widząc nasze spanikowane twarze  przepuściła nas poza kolejką i  w bardzo sprawny sposób udzieliła nam informacji dokąd mamy teraz biec, nie przedłużyliśmy sobie wakacji.

Dwa lata później wróciliśmy do Chin i jestem przekonana, że będziemy tam wracać, gdy tylko nadarzy się taka szansa, bo pokochaliśmy ten kraj i jego naród. Tą miłością chcielibyśmy zarazić naszą córkę, bo jest to jak najbardziej ta część świata, którą warto pokazać swojemu dziecku.

 

 

 

 

 

„Dlaczego Chiny? A dlaczego nie?” Część I

Mój Mąż i ja w naszą pierwszą wspólną podróż w nieznane udaliśmy się do Chin. Często zostajemy skonfrontowani z pytaniem, dlaczego akurat tam. Zawsze odpowiadamy tak samo: „A dlaczego nie?”

W 2005 roku podczas mojego pobytu w Berlinie, gdzie uczęszczałam do szkoły językowej poznałam bardzo sympatycznego chłopaka, z którym od razu udało mi się nawiązać dobre relacje.  Bardzo miło się nam rozmawiało…mieszanką angielskiego, niemieckiego oraz trochę rękoma i nogami…daliśmy rade. Jie pochodzi z Chin. Wtedy nie wiedziałam, że stanie się on jednym z moich najlepszych przyjaciół z Berlina. Rozmawialiśmy sporo o jego kraju, z którego był bardzo dumny. Mówił o osiągnięciach, ale też tej negatywnej stronie Chin. Wspomniał np.: o tym, że powietrze w Pekinie jest bardzo zanieczyszczone. Przyznam szczerze, że wtedy nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy z tego, o jakim stopniu zanieczyszczenia mówimy. Przekonałam się o tym dopiero później. Natomiast rozbawił mnie, gdy porównał terminal lotniska Berlin-Tegel do chińskiego dworca autobusowego. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że w Chiny w 2005 roku mają większe dworce autobusowe niż stolica Niemiec lotnisko. Cóż teraz mamy 2016 i to się nadal nie zmieniło…

Te nasze rozmowy zasiały u mnie ziarenko ciekawości i sprawiły, że zapragnęłam odwiedzić ten kraj. Wiedziałam jednak, że nie nastąpi to szybko. Pomysł ten, jak i wiele innych trafił na półkę z napisem „MARZENIA”. Miałam nadzieję, że gdy już będę „dorosła”, bogata i będę miała dużo czasu to uda mi się go zrealizować.

Parę miesięcy później mój  – wtedy jeszcze – chłopak wpadł na pomysł wspólnego wyjazdu do Azji. Zaproponował, że w okresie wakacyjnym będziemy pracować, aby jesienią 2006 udać się w jakieś nieznane i odległe miejsce. Postanowił zrezygnować z męskich wycieczek rowerowych po Europie czy sportowych wyjazdów, na które wyjeżdżał co roku. Stwierdził, że nadszedł czas, abyśmy razem zaczęli „podbijać” świat. Chciałabym  zwrócić uwagę na to, że mój Mąż należy do osób, które uważają, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, a do wszystkiego można dojść ciężką pracą. Z tego względu wiedziałam, że rzucony przez z niego pomysł nie jest spontaniczną akcją nieodpowiedzialnego dwudziestolatka, ale przemyślaną propozycją chłopaka, który ma głowę na karku i który  zrobi wszystko, aby ten plan   zrealizować.                                                                                                                                                  Moja reakcja była do przewidzenia. Spojrzałam na niego jak na wariata i zapytałam, czy ma dla mnie jakieś realne propozycje. Miałam wiele „ale”, z powodu których ten wyjazd wydawał się niemożliwy.  Głównym był moja Mama – jak miałabym ją niby przekonać? Byłam przecież za młoda (18 lat) na wyjazd z chłopakiem na koniec świata.

Nasza dyskusja na tym się nie zakończyła i wracaliśmy do tego tematu dość często. Za każdym razem powtarzałam prawie jak mantrę zdanie „Chciałabym , ale nie mogę”. Pewnego razu usłyszałam w odpowiedzi następującą złotą myśl: „Nie ma sensu czekać aż marzenia się spełnią. Zacznij robić plan, jak je spełnić i przystąp do jego realizacji”. Jego postawa sprawiła, że zakochałam się w moim Mężu po raz drugi.

To zdanie przerwało wszelkie dyskusje. Po prostu przystąpiliśmy do realizacji tego pomysłu.  Jako cel naszej wyprawy wybraliśmy właśnie Chiny.  Pierwszym zadaniem było znalezienie funduszy na ten wyjazd. Właśnie, skąd wziąć pieniądze na taką podróż? I tu odpowiedź jest zawsze ta sama: „praca, praca i jeszcze raz praca” + jak to w życiu bywa pewne kompromisy. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrezygnować z nowych ciuchów, nowego komputera czy wyjść do restauracji oraz, że będzie to jedyny wyjazd w tym roku. Jednak w zamian za to mieliśmy przeżyć niezapomniane wakacje.

Następnie musieliśmy zakupić bilety i zarysować wstępny plan naszego wyjazdu. Do dziś się śmiejemy, że był to pierwszy i ostatni urlop zaplanowany przez mojego Męża. Plan był taki, że go nie było i w sumie pojechaliśmy na żywioł.

Na koniec zostawiliśmy sobie przekonanie mojej Mamy, że nie zginiemy w tym wielkim świecie. Nie zrozumcie mnie źle,  moja Mama lubi rozstać się ze swoim m3. Kocha zwiedzać nowe miejsca, nie ważne gdzie by one nie były. Z przyjemnością chłonie także wszystkie opowieści dotyczące naszych wyjazdów. Jednak jak każdy rodzic mocno kochający swoje dzieci ma pewne obawy. Szczególnie, gdy potomstwo jeszcze młode i nigdy nie wyjeżdżało bez rodziców na dłużej niż dwa tygodnie. Mama dowiedziała się o naszym wspaniałym planie, gdy już mieliśmy bilety w ręku. Mój Tata został poinformowany wcześniej i starał się mentalnie przygotować moją Mamę na tą wiadomość. Okazało się, że jednak nie doceniłam odwagi mojej Rodzicielki. Nie powiedziała co prawda „tak”, ale też nie spaliła mojego biletu, jak to sobie wyobrażałam. Mieliśmy jej błogosławieństwo.

Wtedy klamka zapadła. Wiedzieliśmy, że na pewno lecimy. Nic nie stało już nam na drodze do spełnienia naszego marzenia.

Gdyby nie upartość mojej drugiej połówki, to minęłoby jeszcze wiele lat za nim udałabym się w swoja pierwszą podróż w nieznane. Myślę, że mogę uważać się za szczęściarę, której los na drodze postawił chłopaka wierzącego w ludzki potencjał i nieznającego granic marzeń. Z własnego doświadczenia mogę  powiedzieć, że  nie ma co czekać na idealnego księcia z bajki na białym koniu, który nigdy nie nadjedzie. Dajmy się porwać komuś, kto nam pokaże, że nasze  „CHCIEĆ” znaczy „MÓC“.