Nadal jestem sobą!

Ostatnio obserwuje w internecie wiele zaciętych dyskusji o macierzyństwie, rodzicielstwie, małżeństwie, życiu singla, podróżowaniu. Miałam również okazję przeczytać parę podsumowań o tym, jak powinno wyglądać życie 30-letniej kobiety. Okazuje się, że zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym istnieje cała rzesza ekspertów, która wie, jak powinno wyglądać moje życie, podróże czy relacje rodzinne. 

Bardzo łatwo przychodzi nam ocenianie drugiej osoby i jej zachowania według utartych schematów. Czy kobieta, która czasem wychodzi wieczorem  bez drugiej połówki i dobrze się przy tym bawi, to potencjalna rozwódka, czy może jednak osoba, która żyje w szczęśliwym i zdrowym związku, w którym partnerzy szanują wzajemnie swój czas i potrzeby? Pracująca matka to wyrodna „macocha” czy kobieta, która oprócz zaszczytu zajmowania się swoim potomstwem chce jeszcze realizować się w innych dziedzinach? Szczyt szczęścia osiągnęła singielka czy mężatka, a może obie na swój sposób? Często zapominamy o tym, że nie wszystko jest białe lub czarne, a już na pewno nie takie, jak nam się wydaje.

Jestem żoną, matką, pracownikiem, podróżniczką oraz świeżo upieczoną 30-latką. Każdego dnia wcielam się w kilka z tych ról starając się  zachować odpowiedni balans między nimi. To nie jest to łatwe, ale staram się, jak mogę, jak Wy wszyscy. Bardzo demotywująco działają  na mnie jednak wypowiedzi typu: Jeżeli jesteś rodzicem, to musisz to i to lub nie możesz tego i tego;  jak masz X lat, to powinnaś mieć to i to;  jak chciałaś się bawić w pieluchy, to się teraz licz się z tym, że będziesz wykluczana z.. itp. Masz dzieci, to się skup na nich, a nie na pracy. Powinnaś myśleć o kolejnym.  Kto dał nam prawo oceniać, jak inni powinni żyć i na co przeznaczać swój czas. Czy odczuwamy przyjemność w „szufladkowaniu” swojego bliźniego?

O to parę przykładów, których prawdziwość jest często poddawana w wątpliwość, bo stereotypowe myślenie nie pozwala na przyjęcie takiego stanu rzeczy:

  • Matka może, a wręcz potrafi czasem poszaleć na parkiecie do białego rana.
  • Rodzice, którzy posyłają swoje dzieci do żłobka, kochają je tak samo mocno, jak Ci, którzy siedzą z nimi w domu do 7 roku życia. Różnica tkwi tylko w stylu życia.
  • Pary, które zdecydowały się na potomstwo nie myślą tylko o zmienianiu pieluch i pamiętają jeszcze o swoich partnerach i znajomych.
  • Marzeniem nie każdej kobiety jest założenie rodziny.
  • 30-letnia singielka potrafi być szczęśliwa sama ze sobą i nie trzeba jej przypominać o tym, że już czas na ustatkowanie się. Nadejdzie on wtedy, kiedy ona będzie na to gotowa, a nie wtedy, kiedy rodzina zacznie tracić cierpliwość. 
  • 30-latka jest w ciągu dnia odpowiedzialnym pracownikiem w garsonce, aby wieczorem popijać z koleżankami wino z butelki i śmiać się przy tym jak nastolatka.
  • Można podróżować na własną rękę bez głodowania i spania w namiocie przez cały wyjazd lub z biletem powrotnym i mieć odwagę nazywać siebie podróżnikiem.

Niewiarygodne? Ale możliwe! To się wzajemnie nie wyklucza.  Trzeba zachować tylko zdrowy umiar we wszystkim oraz myśleć ponad schematami.

Za o wiele bardziej bulwersujące uważam jednak, że w momencie kiedy przejmujesz jedną z wyżej wymienionych ról ludzie dookoła zapominają, kim byłaś wcześniej. Tak jakby jedna funkcja  wykluczała się z drugą lub jeden z etapów Twojego życia kończył się wraz z nadejściem kolejnego.

Gdy zostajesz matką lub żoną, nie musisz nagle przestać podróżować, pracować, imprezować. Oczywiście zmienia się intensywność tych czynności, ale to nie znaczy, że trzeba ich całkowicie zaprzestać. Żadnym ograniczeniem nie jest również Twój wiek. Być może na niektóre działania nie masz już tyle siły, co kiedyś. Pamiętaj jednak, że w życiu wraz z kolejnym rokiem pojawiają się nowe perspektywy i szanse.  Choć nie ukrywam, że do najłatwiejszych zadań nie należy pogodzenie  się z dodatkowymi cyferkami na tym koncie co nie trzeba. 

0E66C305-F931-4562-8C24-D8801C9A5B22

Tak, jestem 30letnią kobietą. Tak, jestem żoną. Tak, jestem matką. Tak, jestem pracownikiem na etacie. I tak, czasem lubię zarwać nockę, aby stworzyć dla Was sensowny post. Wiecie jednak, kim jestem przede wszystkim? Sobą! Mimo tych wszystkich ról, którym muszę stawiać czoła każdego dnia, nadal jestem sobą. Osobą, która uwielbia zwiedzać świat, spotykać się z przyjaciółmi, wypić lampkę dobrego wina, chodzić w dresie po domu i oglądać bollywoodzkie filmy. Wraz z nowymi obowiązkami, których się podejmuję nie pakuję się w sztywne i utarte schematy, które sobie sztucznie narzucamy.  Wiadomo, zmieniam się z wiekiem, jestem bogatsza o nowe doświadczenia i wspomnienia. Kształtuje mnie mój związek, rodzicielstwo, ludzie, którymi się otaczam, ale to nadal ja. Nie pozwalam na to, aby w moje życie wkradła się myśl przypominająca mi o tym, że w ten sposób zachowuje się pani w danym wieku, a tak singielka, a tak mężatka itd…

Kiedyś myślałam, że osoby z trzydziestką na karku są poważne, stonowane, po ślubie, skupiają się głównie na karierze lub życiu rodzinnym, popiją kawę na tarasie swojego domu i wracają wspomnieniami do szalonych czasów, gdy miały po dwadzieścia lat. Dziś wiem, że gdy na liczniku pokaże się numer 30 nasze życie może być tak różne i dalekie od naszych wyobrażeń z przed 15 lat, a przede wszystkim o wiele ciekawsze. Nie pakujmy się zatem dobrowolnie w żadne utarte schematy, nie narzucajmy sobie ról, na które nie jesteśmy w danym momencie gotowi, podróżujmy w swoim stylu i tempie. Tylko wtedy osiągniemy pełnię szczęścia. Tego Wam życzę. Piszę to ja. Nie matka, nie córka, nie żona, nie podróżniczka. Po prostu Sylwia, w dresach popijająca lampkę wina z okazji swoich urodzin.

 

Podróż to dla mnie…?

Każdy z nas ma jakieś hobby. Jedni uprawią sport, drudzy piszą wiersze, a jeszcze inni zbierają znaczki. Ja z zapałem zwiedzam świat. Czy traktuję nasze wyprawy tylko i wyłącznie jako hobby? Nie, dla mnie są czymś więcej.

Podróże to przygoda

Zwiedzanie z plecakiem nieznanego kraju, którego języka się nie rozumie. Niepewność tego co wydarzy się jutro i czy dotrzemy do wybranego celu. Testowanie dotychczas nieznanych dań, o których składzie nie ma się pojęcia. (W przypadku Pana Męża wybieranie potrawy to wielka loteria, podczas której w 95% trafi mu się coś niezjadliwego.) Bycie zdanym tylko na siebie bez telefonu do przyjaciela w postaci biura podróży, które jest odpowiedzialne za wycieczkę. Co to jest? Przygoda!

Podczas naszej pierwszej podróży nie towarzyszyły nam ani smartphony ani dostęp do internetu na każdym kroku, czyli udogodnienia, bez których dziś większość z nas nie potrafi funkcjonować. Mieliśmy za to plecak pełen do niczego niepotrzebnych konserw. Przez te 10 lat od naszej pierwszej wyprawy w 2006 roku wiele się zmieniło, a my wiele się nauczyliśmy  – w większości na własnych błędach. Nasze wyprawy pozostały jednak w pewnej części bez zmian. Nadal dają nam zastrzyk energii z domieszką adrenaliny  i są niezapomnianą przygodą, a moja druga połówka dalej dokonuje fatalnego w wyboru w zakresie kulinarnych doznań…;-).

Podróże to sprawdzian

Podczas naszej pierwszej wyprawy przekonaliśmy się o tym, że wspólny wyjazd to także wielka próba dla związku. Wynika to z tego, że podróże nie zawsze są łatwe i przyjemne oraz pełne zapierających dech w piersiach widoków. To czasem kilkunastogodzinna jazda rozklekotanym pociągiem lub busem na twardym siedzeniu, które dzielisz z większą ilością osób niż ustawa przewiduje. To też dni, kiedy dostajesz takiego rozstroju żołądka, że jedyne z czego się cieszysz to fakt, że drzwi do łazienki się zamykają lub, że w ogóle są. Trudne warunki czy niespodziewane sytuacje, którym trzeba wspólnie stawić czoła są niekończącym się testem na kompatybilność i umiejętność współpracy.

Podróże składają się z chwil, kiedy w kryzysowych sytuacjach pokrzyczycie na siebie, aby za chwilę stać się najbardziej zgranym zespołem, który będzie w stanie szybko  rozwiązać napotkany problem. To momenty, gdy trzeba pomóc partnerowi zmierzyć się z własnymi lękami, np. podczas ataku klaustrofobii po środku jaskini. To czasem dni, kiedy nie wyglądasz ładnie, nie masz dostępu do prysznica i zamiast seksownego negliżu śpisz w warstwach ubrań i czapce, aby nie zamarznąć. Gorzej, gdy jest to twoja podróż poślubna 😉 .

To warunki, które znacznie odbiegają od scenerii randek czy weekendowych wyjazdów, prawda? ;-). Właśnie dlatego każdy wyjazd to próba naszych charakterów i idealny czas, aby się dobrze poznać. Z doświadczenia wiem, że warto podejść do tego egzaminu jeszcze zanim zaczniecie planować wspólną przyszłość. Jeżeli przetrwacie miesiąc poza domem spędzając ze sobą 24 na dobę, to wierzcie mi, jesteście dla siebie stworzeni.

Zawsze mówiłam, że zanim moje dziecko weźmie ślub będę je namawiała do zamieszkania z jego drugą połówką, aby mieli okazję się dobrze poznać i później niczego nie żałowali. Teraz trafniejszym pomysłem wydaje mi się wspólna samodzielnie zorganizowana wyprawa z ograniczonym budżetem.

Czym podróże są dla mnie dzisiaj, odkąd jestem żoną i matką?

Gdy byłam w ciąży moja Mama powtarzała mi, abym pamiętała o następującej zasadzie: „Nie zatrać siebie – najpierw bądź sobą, potem żoną, a dopiero na końcu matką.” Nie zrozumcie mnie źle, miłość do dziecka jest bezwarunkowa i przychodzi nam najłatwiej. Ono zawsze będzie stało dla nas na pierwszym miejscu.  Musimy jednak zachować zdrowy balans. Jeżeli nie zadbamy o poczucie samospełnienia, to pozostałe sfery naszego życia również będą kuleć. Zaczniemy zaniedbywać nie tylko siebie, ale i partnera / partnerkę. Oczywiście nikt nie twierdzi, że znalezienie złotego środka jest łatwe. Wręcz przeciwnie, to ciężka codzienna praca. Jednym z moich sposobów na życie w zgodzie z tą matczyną mądrością są podróże.

Podróże to możliwość zachowania balansu

Ja -> Ja

Nasze wycieczki dają mi możliwość realizowania moich pasji: odkrywania świata, rozwijania organizacyjnego talentu, poznawania nowych ludzi oraz uzupełniania listy potraw, których na pewno nigdy nie zjem.

Ja -> Matka

Patrząc z perspektywy matki podróże to dla mnie czas dla rodziny. To idealna okazja do tego, aby nauczyć dziecko przystosowywania się  do zmieniających się warunków. To także możliwość dostarczenia mu nowych bodźców, które wesprą jego rozwój i ukształtują charakter. To moja szansa na poznawanie naszej córki z innej, oderwanej od codzienności perspektywy.  Podczas wyjazdów również proste rodzicielskie obowiązki wymagają dodatkowej dozy kreatywności i są ciekawym urozmaiceniem, np: zmiana pieluchy na spuszczonej desce klozetowej. Nawet płacz dziecka brzmi na wakacjach jakoś inaczej.  

Ja -> Żona

Z Mężem podróżujemy razem od samego początku. Wyjazdy stanowią nieodłączny element naszego życia. Kształtują nie tylko nas, ale i nasz związek. Przede wszystkim dają nam możliwość poznania się ze strony, o której nawet sami nie wiedzieliśmy, że istnieje. To okazja do snucia marzeń, planów i dyskusji na zupełnie nowe tematy, czas, podczas którego delektujemy się wspólnymi chwilami, nie myśląc w ogóle o codziennych obowiązkach. Kiedy dziecko zaśnie, my przestajemy być choć na chwilę rodzicami i jesteśmy znowu tylko dwojgiem zakochanych w sobie osób. Gdy dziecię smacznie śpi w wózeczku, my mamy szansę na spokojnie poobserwować otaczający nas świat trzymając się za ręce. Po prostu jesteśmy sobą.

W życiu codziennym, które wypełnione jest obowiązkami, pracą i terminami ciężko o zachowanie balansu między tymi trzema ważnymi rolami. Mam wrażenie, że każdego dnia, na którąś z nich muszę niestety poświęcić mniej czasu. W trakcie wyjazdów jesteśmy razem przez 24 godziny na dobę i mamy możliwość nacieszyć się sobą równocześnie spełniając nasze własne marzenia.   Z tego powodu zawsze będę dążyć do tego, abyśmy nasz urlop spędzali wspólnie jako rodzina. Przynajmniej dopóki nasze dziecko będzie chciało z nami jeździć ;-).

Zwiedzanie świata to dla mniej o wiele więcej niż tylko hobby. Dla mnie podróże mają o wiele głębsze znaczenie. To pasja, z której nie potrafiłabym zrezygnować. Coś co sprawia, że czuję się spełniona, co ma wpływ na to kim jestem.

Małe i Duże Dziecięce Podróże

Słyszeliście już o blogu Małe i Duże Dziecięce Podróże? Jeżeli nie, to koniecznie musicie to zmienić! Znajdziecie na nim wiele interesujących wywiadów i artykułów. 

podroze.png

Jeżeli nie wiecie od czego zacząć, to może na początek zainteresuje Was przeprowadzony przez sympatyczną Karolinę wywiad z Bodych Travellers .

Trochę o nas, naszych planach, o podróżach oraz parę praktycznych rad – to wszystko znajdziecie na jej stronie  Zainteresowani? Serdecznie zapraszam.

wp_ss_20170228_0001.png

 

Jak się spakować, aby nie zwariować?

Podróżowanie to moja pasja. Niestety wiąże się z nią czynność, za którą nie przepadam – PAKOWANIE. Uwierzycie, że po 10 latach zbierania doświadczeń w podróżach małych i dużych wciąż nie wypracowałam sposobu na szybkie i efektowne spakowanie bagażu?!  Niezależnie od tego czy jadę z walizką na krótką wycieczkę czy z plecakiem na miesięczną wyprawę.  Po prostu nie lubię się wykonywać tej czynności. Też tak macie czy jestem jakimś  odosobnionym przypadkiem?

Najlepszym rozwiązaniem dla osób z tego rodzaju problemem byłby plecak „ready for action”. Znajdowałyby się w nim wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Stałby w szafie i czekałby na odpowiednią okazję. Znajomy zgarnął milion w totolotka i zaprasza na wspólne popijanie drinków z palemką na drugim końcu świata, wygrałeś/-aś wycieczkę lub po prostu wybierasz się na długo planowany urlop? Nie ma problemu – bagaż już spakowany. Trzeba go tylko uzupełnić o czystą bieliznę. Oczywiście cały urok tego wynalazku polegałby na tym, że wystarczyłoby go zakupić, a nie samemu przygotować.

Póki jest to jednak produkt niedostępny, trzeba radzić sobie inaczej. Niestety do tej pory nie znalazłam złotego środka, który sprawiłby, że byłabym w stanie spakować się szybko i bezboleśnie.  Wypróbowałam wiele polecanych metod, ale żadna z nich nie spowodowała, że akcja pt.: „Spakuj torbę swą ” nie wyssała ze mnie energii.

Najpopularniejsze sposoby:

1. „Przygotuj listę z potrzebnymi rzeczami” 

Jaką listę? To głównie od rodzaju wyjazdu zależy, co ze sobą zabiorę. Uważam, że spisywanie wszystkich podróżniczych przyborów przed każdą wycieczką mija się z celem. Nad taką listą też trzeba chwilę pomyśleć. Równie dobrze mogę rozmyślać nad potrzebnymi mi rzeczami w trakcie pakowania. Oczywiście część mojej wycieczkowej wyprawki towarzyszy mi podczas każdej podróży i to właśnie ją przygotowuję w pierwszej kolejności. Nie muszę tworzyć żadnej rozpiski, aby o nich pamiętać.  Natomiast o całą resztę troszczę się później.  Analizuję, co mi się przydało w trakcie ostatniego wyjazdu lub jakie ciuchy czy gadżety się zupełnie nie sprawdziły. Prawda jest taka, że czy z listą czy bez i tak o czymś zapomnę lub wezmę czegoś za dużo. Poza tym do ostatnich minut przed wyjściem z domu dopycham plecak drobiazgami, jak dodatkową koszulką czy chustą. Warto też pamiętać o tym, że dopóki nie planujemy miesięcznego pobytu w dżungli, to większość, przynajmniej tych podstawowych produktów, można dokupić na miejscu. Zdefiniowałabym jednak pojęcie „podstawowego produktu”. W 2007 r podczas naszej podróży po Indiach wypatrywałam w sklepie tamponów… Wydawać mogłoby się, że jest to rzecz łatwo dostępna. Niestety w trakcie poszukiwań zmuszona zostałam do zmiany zdania. Zakup tamponów okazał się prawie że misją niemożliwą. Znalazłam je dopiero w luksusowej drogerii w Dehli.

2.      ” 1 para majtek i 1 para skarpetek wystarczy”

Wizja podróżowania z jednym kompletem bielizny w ogóle do mnie nie przemawia. Z doświadczenia wiem, że trzeba się przygotować na każdą ewentualność i lepiej wziąć ze sobą odpowiedni zapas. Zawsze może się zdarzyć, że danego dnia nie znajdziemy umywalki z czystą wodą, gdzie moglibyśmy zrobić pranie; o pralce już nie wspominając.  Podczas naszego drugiego wyjazdu do Indii spędziliśmy większość nocy w autobusach. Gdyby nie nasze dobre przygotowanie, bylibyśmy w kropce. Chociaż w takich sytuacji ani jedna ani nawet dwie pary majtek nie rozwiązują problemu. Jeżeli jesteście fanami tej metody i uważacie, że dramatyzuję, to może przekona Was powiedzonko babci naszej przyjaciółki: „I zdejmuje strój bogaty, a tam same szmaty łaty.” Szanowna starsza pani uważa, że czysty i schludny komplet bielizny to podstawa i zaoszczędzi nam wstydu np.: gdybyśmy niespodziewanie trafili do szpitala lub gdybyśmy znaleźli się w innej sytuacji, która wymagałaby od nas rozebrania się.

3.      „Nie odwlekaj wszystkiego na ostatnią chwilę“

Oczywiście, że można spakować się na 2-3 dni  lub nawet tydzień przed wycieczką.  Niestety udaje mi się to tylko w 40%. Co prawda jestem w stanie przygotować sobie jakąś część podróżniczej wyprawki wcześniej. Póki jednak nie mam gotowego całego kompletu rzeczy, nie mogę wsadzić ich do torby. Wszak pakuje swoje wyjazdowe graty w kolejności ich przydatności. Cały psikus polega na tym, że do ostatniej chwili głowię się nad tym, czego mogłabym jeszcze potrzebować. Na cóż zda się nam zresztą wcześniej spakowany bagaż, jeżeli już w dniu wyjazdu nie będziemy pamiętali, gdzie wsadziliśmy przewodnik i czy na pewno zapakowaliśmy ulubione spodnie.

Doświadczenie nauczyło mnie, że te trzy sposoby zupełnie nie sprawdzają się w moim przypadku.

14706792_1778445382429776_5722177786125361377_o1.jpg

Muszę przyznać, że z każdą podróżą stajemy się mądrzejsi i pakujemy co raz mniej niepotrzebnych rzeczy. Większą uwagę przykładamy do praktycznych „niezbędników” (a przynajmniej staramy się). Na pierwszy wyjazd z plecakiem w  2006 r do Chin zabraliśmy wszystko, co mogliśmy… Towarzyszyły nam nawet polskie konserwy, które przejechały  z nami przez całe Państwo Środka. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze,  że jedzenie w tym kraju kupić można wszędzie i na dodatek w bardzo atrakcyjnej cenie. Nauczeni doświadczeniem nigdy więcej nie popełniliśmy tego samego błędu. Sugerując się wskazówkami pracowników indyjskiej linii kolejowych na naszą pierwszą wyprawę do Indii zabraliśmy ze sobą łańcuchy i kłódki. W ten sposób kazano nam zabezpieczać główny bagaż. Prawdę mówiąc, nie wiem jak ktoś miałby wyciągnąć mój ciężki plecak spod siedzenia, jeżeli sama go tam ledwo wsadziłam. Zresztą w głównym bagażu nigdy nie wozimy nic wartościowego z wyjątkiem zakupionych pamiątek i ładowarek do telefonów. Ostatecznie ukradziono nam nasz mały podręczny plecak z paroma istotnymi dla dalszego wyjazdu przedmiotami. Nie muszę chyba dodawać, że nie był on w żaden sposób przywiązany… Cóż za złe wykorzystanie dostępnych zasobów! Tak, po tym wydarzeniu również my zastanawialiśmy się nad tym, po co w takim razie woziliśmy to żelastwo ze sobą. Przez jakiś czas śpiwory stanowiły nieodłączny element naszych wycieczek. Co prawda nie jest to najgorszy pomysł na jaki mogliśmy wpaść, ale też nie  do końca trafiony. Indie nauczyły nas tego, że nie wszędzie na świecie definicja czystej pościeli pokrywa się z naszą. Śpiwór dawał nam możliwość  odgrodzenia się od kołdry czy poduszki pełnej plam. Podczas naszego pobytu w Cuzco, kiedy myślałam, że zamarznę w nocy, ten kawałek materiału wspomógł hostelowy koc i kołdrę w ogrzaniu mnie. Z drugiej strony w krajach, gdzie temperatura nie spada poniżej 25 stopni spanie pod ciepłym śpiworem jest dość niekorzystnym rozwiązaniem. Już nie wspominając, że są to dodatkowe i w tym przypadku zbędne kilogramy. Z tego względu z czasem zastąpiliśmy go lekką i bawełnianą wkładką do śpiwora firmy Cocoon:  http://www.cocoon.at/products/index.php/p/travelsheet_mummyliners_en .

Jedna zasada nie zmienia się jednak od lat. Zawsze biorę ze sobą trochę ubrań, które w większości na końcu podróży zostawiam w hostelu/hotelu. W ciągu roku odkładam w szafie ciuchy, które nie są już pierwszej młodości, przestały mi się podobać lub mają jakieś drobne wady. Ja już ich nie potrzebuję, a może przydadzą się obsłudze hotelu/ hostelu pracującej za głodową stawkę. Wiem też, że gdyby się tak zdarzyło, że zgubię te ubrania, to nie będzie mi przykro (tak właśnie pozbyłam się sweterka na wulkanie w Panamie). W moim plecaku ląduje również trochę „wyjściowo-wycieczkowych” ubrań, m.in.: dżinsy. Mają szerokie zastosowanie, dlatego tak idealnie nadają się na wyjazd z ograniczonym bagażem. Są długie, odpowiednio ciepłe i można w nich pójść na dyskotekę, a także pojeździć na rowerze. Pasują na prawie każdą okazję.

WP_20170106_11_48_24_Pro_LI1.jpg

Z roku na rok staramy się ulepszyć nasz system pakowania. Kiedy myślałam, że jesteśmy już na dobrej drodze podniesiono nam poprzeczkę. Od 15 miesięcy mamy dodatkową osobę do spakowania. Plecak z gumy nie jest, a rzeczy przybyło…Z tego względu staramy się zredukować nasze „niezbędniki” do minimum, a miejsce wyjętych rzeczy zajmują pieluchy i małe słodkie ciuszki.

Powoli zaczynam wierzyć, że emocje związane z tą znienawidzoną przeze mnie czynnością to naturalna sprawa i nie można z nimi walczyć. Mam jednak nadzieję, że się mylę. Jeżeli właśnie Ty, drogi Czytelniku, masz dla mnie dobrą radę, jak się spakować, aby nie zwariować, to nie wahaj się i skrobnij proszę parę słów. Może to właśnie dzięki Tobie zacznę się pakować szybciej, a przede wszystkim bez stresu.

                                                           

 

 

Goodbye 2016!

Do tej pory grudzień był dla mnie czasem zadumy. Moje urodziny i zbliżający się Sylwester skłaniały mnie zawsze do przemyśleń o tym, czy był to dobry czy zły rok. Czy mając x lat jestem w tym miejscu, w którym chciałabym być.

W moim kalendarzu życia rok 2016 zapamiętam jako pierwszy rok kalendarzowy, który spędziliśmy od początku do końca z naszą córką. W naszym życiu dzieje się teraz tyle, że nie miałam nawet czasu zastanowić się nad tym, czy te 12 miesięcy spełniło moje oczekiwania. O jednym jestem jednak przekonana. Na pewno był to rok inny niż wszystkie do tej pory.

WP_20160723_11_54_52_Pro.jpg

Rok 2016 był na pewno bogaty w wachlarz różnych emocji: od strachu, niepewności, zdziwienia, niecierpliwości, wzruszenia, miłości po zachwyt. Większość z nich spowodowana była nowym członkiem rodziny. Niesamowite, że taki mały człowiek potrafi wyzwolić w nas tyle uczuć. Fascynujące, jak nasze emocje potrafią w jednej sekundzie przejść ze zniecierpliwienia w najprawdziwszy zachwyt oraz jak każdy dzień z dzieckiem może być wielką niespodzianką. W tym roku staliśmy się także ofiarami fenomenu „Czekam aż podrośniesz. Albo nie jednak nie dorastaj zbyt szybko”. Na początku nie mogliśmy się doczekać, aż nasza córka trochę podrośnie. Ciągle tworzyliśmy w głowie listę z planami, które moglibyśmy realizować jako rodzina. Teraz, gdy ma już 14 miesięcy odnosimy wrażenie, że czas ucieka w zastraszającym tempie. Czasem nachodzą nas myśli, czy na pewno zdążymy nacieszyć się naszym szkrabem. Boimy się, że moment, w którym nasz dziecko oznajmi nam: „Mamo, Tato, to jest Menel z gitarą, wprowadzam się do niego” przyjdzie szybciej niż nam się wydaję. Tak…”Menel z gitarą”… W ten sposób będzie określany każdy potencjalny chłopak naszej córki – tak przynajmniej twierdzi Pan Mąż.

Rok 2016 to jednak nie tylko rollercoaster uczuć, ale również czas realizacji marzeń i rodzinnych podróży. Przez te 12 miesięcy nasza córka odwiedziła 9 państw na dwóch kontynentach. Zaliczyła swoje pierwsze loty samolotem, helikopterem, jazdę statkiem, motorówką, gondolą i nie wiem czym jeszcze. Jesteśmy z siebie dumni, że udało nam się połączyć macierzyński z tacierzyńskim i że spędziliśmy ten czas jeżdżąc po świecie. Marzyliśmy o tym od momentu kiedy zaszłam w ciążę. 6 tygodni razem przez 24/h poza domem z dala od przyjaciół i rodziny dużo nam dało jako rodzinie. Każdemu polecam takie doświadczenie Cieszymy się, że mimo rodzicielskich obowiązków udało nam się pozostać ludźmi z pasją do podróży i że możemy ją  pielęgnować w zupełnie nowej konstelacji.

2016 to również czas, większych i mniejszych niepowodzeń. Nie można z nimi walczyć, ale można się dzięki nim wiele nauczyć. Najważniejsze, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość i nie oglądać się za siebie.

Rok 2016 wiązał się dla mnie także z próbą udowodnienia sobie i światu, że bycie rodzicem czy matką nie wiąże się z domowym aresztem. Nauczyłam się, że dzięki sprawiedliwemu podziałowi obowiązków nawet matka karmiąca jest w stanie wyjść z domu na dłużej niż tylko na zakupy do SuperSamu. Wcale nie trzeba rezygnować ze spotkań ze znajomymi, czy ze sportu. Tyczy się to także wyjść do kina, na kolację czy do teatru. Możliwy jest także szybszy powrót do pracy czy realizacja pasji. Znajdzie się nawet czas na babski wyjazd, co zamierzam przetestować w ten weekend. Wierzcie mi, to wszystko jest możliwe, gdy ma się przy boku partnera, który nie chce, aby świeżo upieczona mama zatraciła siebie w rodzicielstwie. Pomogli nam także nasi wyrozumiali i otwarci na dzieci przyjaciele, którzy nie mieli nic przeciwko temu, aby podczas naszych spotkań towarzyszył nam bobas. Nie zostaliśmy wykluczeni z towarzystwa, a nasi przyjaciele stali się dla naszej córki rodziną.

2016 to również czas, w którym niestety musieliśmy zrezygnować ze spontanicznych wyjść we dwójkę. W tym roku spędzaliśmy czas osobno lub razem z naszą córką. Udało nam się pójść na jedną randkę do kina. Postanowiliśmy obejrzeć „Dzień Niepodległości: Odrodzenie”. Jak wszyscy wiedzą, ten film akurat Oscara nie zdobędzie. Wieczór nie mógłby być bardziej romantyczny, prawda? A jednak… Wychodząc z kina Pan Mąż wsiadł do windy, której drzwi zamknęły się tuż za nim. Tak… zjechał beze mnie ;). Śmiejemy się, że dobrze, że to nie była nasza pierwsza randka, bo kto wie, jakby to wpłynęło na przyszłość naszego związku. Postanowiliśmy, że w 2017 będziemy więcej randkować. Co prawda spędzamy sporo czasu razem, ale jednak momenty poza domem, które mamy dla siebie jako para nie powalają na kolana. Dlatego zaplanowaliśmy, że w styczniu zrobimy podejście drugie.

2016 to również rok, w którym postanowiłam zrealizować przedsięwzięcie, z którym nosiłam się od lat. Zaczęłam prowadzić bloga. Jutro miną dokładnie dwa miesiące odkąd moje zapiski wyświetlają się na ekranach urządzeń moich czytelników. Nie żałuję, a wręcz dobrze się bawię. Mam nadzieję, że blog również w następnym roku będzie wzbudzał Wasze liczne zainteresowanie.

Postanowienia na 2017? Niech ten nadchodzący rok również będzie inny, nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny. Chcemy wypełnić ten czas kolejnymi wyjazdami, Zaczynamy już w styczniu: na pierwszy ogień idzie Francja. Obiecaliśmy sobie także więcej czasu tylko we dwoje. Ja postanowiłam, że wezmę się wreszcie za przeczytanie sterty książek, która zgromadziła się na moim biurku. Nadal jednak będę odrzucała mądrości poradników rodzicielskich. Ponadto chcemy dalej pracować na byciem dobrymi rodzicami, dziećmi, przyjaciółmi i pracownikami. Z perspektywy świeżo upieczonej blogerki życzę sobie więcej czytelników i komentarzy pod moimi wpisami.

Dużo pracy przed nami! Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty.