Szlakiem Cabot´a – część IV

Ostatni dzień naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapowiadał się dobrze już od samego rana. Wyjątkowo nie obudził nas dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet okna, a niebo było niebieskie.  Po sytym śniadaniu i miłych rozmowach z innymi gośćmi w naszym Bed & Breakfast w Margaree Harbour ruszyliśmy na ostatnią przejażdżkę po Cabot Trail. Ta trasa skąpana w promieniach słońca prezentowała się jeszcze piękniej, więc przez większość drogi zbieraliśmy szczęki z ziemi.

Głównym celem tego dnia była wędrówka po Skyline Trail w Parku Narodowym Cape Breton Highlands. Ten pieszy szlak słynie z oszalamiających widoków i dużej ilości gatunków zwierząt, które można spotkać po drodze. Nie marzyłam o bliskim spotkaniu z niedźwiedziem, ale liczyłam, ze chociaż zza drzew wypatrzę łosia. Los sprawił, że spotkałam tego zwierzaka w tym dniu dwa razy. 

Gdy dojechaliśmy na parking chwilę po nas podjechało kolejne auto. Wyskoczyła z niego pani, która oznajmiła wszem i wobec, że łosie właśnie przeszły przez szosę. Pewnie zmierzały do tej części parku, więc szansa, że zaraz znajdą się blisko nas była bardzo duża.  Chwilę później naszym oczom ukazały się urocze stworzenia. 

DSCN3412.JPG

Pani łoś wraz ze swoimi dziećmi próbowała przejść przez parking. Jedyną przeszkodą byliśmy my, ludzie. Bylo nas więcej, więc zwierzęta widziały w nas zagrożenie.  Niektóre osoby zamiast stanąć z boku i się na chwilę uciszyć, to biegały za nimi z aparatami wzdłuż ścieżki pokrzykując przy tym wesoło. Zwierzęta nie mogły wejść na drogę. Stwierdziłam, że nie mogę na to patrzeć. Powiedziałam więc zgromadzonym, że łosie próbują przejść na drugą stronę, a nasza obecność i krzyki je stresuje. Podziałało. Spragniona wrażeń gromadka uspokoiła się, zwierzaki udały się w wybrane miejsce, a ja zobaczyłam je z bliska w najmniej spodziewanym momencie. Czekałam na to parę tygodni. Byłam więc usatysfakcjonowana. Na szlaku mogłam zatem spokojnie skupić sie na pięknym krajobrazie oraz  na tym , aby NIE spotkać niedźwiedzia. Po tym, jak w moje ręce wpadła ulotka parku, która dotyczyła sposobów postępowania na wypadek bliskiego spotkania z drapieżnikami, to ostatnie na co miałam ochotę to walka z „Mihem”, jakby to powiedziała  nasza córka. Złota rada kanadyjskich ekspertów na przeżycie spotkania z tym zwierzakiem brzmi:

Jeżeli wypatrzyłeś niedźwiedzia, a on Ciebie i nie było mu to obojętne, to sposób w jaki musisz się w takiej sytuacji zachować zależy od jego postawy. Jeżeli niedźwiedź nie chce Cię wyeliminować tylko jako ewentualnego niebezpieczeństwa, tylko jest to atak drapieżny, powinneś walczyć wszystkim, co przy sobie masz. Błędem jest kładzenie się na ziemi i udawanie trupa.

Jak u licha zwykły Kowalski ma w przeciągu paru sekund ocenić, czy zwierzę się tylko broni czy zobaczyło w nas smaczny kąsek? Poza tym wiedziałam, że z przedmiotami, które schowaliśmy do plecaka nasze szanse na zwycięstwo wynoszą O %, więc wynik tej bitwy był z góry przesądzony.  

Idąc szlakiem rozmawialiśmy głośno zgodnie z zaleceniami z ulotki, aby nie zaskoczyć kryjącej się w krzakach zwierzyny. Problem był w tym, że niezawsze chciało nam się prowadzić konwersacje. Widoki byly takie cudowne, że woleliśmy skupić  się na otaczającej nas przyrodzie. Przez jakiś odcinek drogi szliśmy więc w ciszy. No i stało się. Po lewej stronie ścieżki zza drzew usłyszeliśmy szelest. Następnie wypatrzeliśmy pana łosia z wielkim porożem, który był tak samo zaskoczony naszą obecnością, jak my jego. Zaczęliśmy powoli się wycofywać nie spuszczając go przy tym z oka. Pan łoś postanowił przyjrzeć się nam z bliska i powoli kierował się w naszym kierunku.

Co zrobić, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji? Kanadyjski ekspert radzi:

Gdy zobaczysz łosia nie uciekaj w panice. Szansa, że uda się wtedy za Tobą w pogoń  jest bardzo duża. Zacznij powoli się cofać nie spuszczając go z oczu. Jeżeli ruszy w Twoim kierunku w przyspieszonym tempie zadbaj o to, aby między Wami znalazły sie drzewa. To spowoduje, że nie będzie on mógł wymachiwać porożem ani swobodnie się poruszać.  Ty w ten sposób zredukujesz ryzyko, że zostaniesz przez niego stratowany.

Byliśmy zatem gotowi w każdej chwili wskoczyć w głęboki las i ukryć się między drzewami. Dziecko mieliśmy w nosidle, zatem mogliśmy się całkiem sprawnie poruszać. Powoli oddaliliśmy się cały czas bacznie obserwując każdy jego ruch.

Łoś wszedł majestatycznie na ścieżkę i ukazał nam się w całej swojej okazałości. 

DSCN3422

Spojrzał się na nas, stwierdził: „Phi, żadne z Was zagrożenie“ i poszedł dalej. Uffff, odetchnęliśmy  z ulgą, a zastrzyk adrenaliny sprawił, że nawet nie wiem kiedy oddaliliśmy się od miejsca naprawdę bliskiego spotkania. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście  tego dnia.

DSCN3425.JPG

Dalej czekały już na nas tylko cudowne widoki, błękit oceanu i świergot ptaków. Na końcu trasy spoczęliśmy w specjalnie przygotowanych do tego miejscach (tak, Kanada to kraj ławek w lesie 😆) i razem z innymi turystami podziwialiśmy otaczającą nas naturę, a przy okazji chwaliliśmy się im jak dzieci, tym co nas spotkało.

DSCN3461.JPG

Gdybyśmy jeszcze ze znajdującej się tam platformy widokowej na wzgórzu wypatrzyli wieloryby, to ten dzień byłby więcej niż perfekcyjny. Wiadomo jednak, w życiu nie można mieć wszystkiego :P.

Z tego względu, że Skyline Trail spełnił wszystkie nasze oczekiwania, a ja mogłam zrealizować swoje marzenie,  nie mieliśmy juz potrzeby szukania dalszych wrażeń ani w parku ani na Cabot Trail.

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej.

DSCN3473.JPG

Po drodze pooglądaliśmy jeszcze trochę  krajobrazów z przydrożnych punktów widokowych. Następnie udaliśmy się  do naszej ostatniej atrakcji na Cape Breton. Zwiedziliśmy destylarnie whisky Glen Breton, gdzie również można skosztować tego trunku. Znajduje się ona w miejscowości  Glenville. Glen Breton  Rare to pierwsza single malt whisky wyprodukowana w Ameryce Północnej. Trochę na nią w tej części świata poczekali, bo udało się to dopiero w 2000 roku. Więcej informacji dostępnych jest na: http://www.glenoradistillery.com/glenora-whiskey/   

Zadowoleni z realizacji naszego planu w 200% w tej części Kanady i pełni wrażeń udaliśmy się w drogę powrotną w kierunku Toronto.

Wspólnie z Panem Mężem odwiedziliśmy już wiele zakątków świata. Ten zapiera dech w piersiach i dostarcza wielu wrażeń. W rankingu naszych ulubionych regionów Cape Breton zajął bardzo wysoką pozycję. To miejsce, które zdecydowanie przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. W końcu nie bez powodu okrzyknięto  Cape Breton jedną z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Szlakiem Cabot´a – część III

Następnego dnia pogoda nie mogła się zdecydować, czy chce nam zafundować trochę słońca czy postraszyć deszczem. Warunki były jednak o wiele przyjemniejsze i zachęcały do aktywności na zewnątrz.  W planie mieliśmy m.in.: przejechanie ostatniego odcinka Cabot Trail aż do Cheticamp.

Po drodze odwiedziliśmy rybacką wioskę Pleasant Bay, w której mieszka ok. 150 osób. Mieszkańcy cenią sobie życie z dala od zgiełku dużych metropolii.

DSCN3375.JPG

Oprócz dziewiczej natury w tej okolicy znajduje się buddyjski klasztor Gampo Abbey. Założony został w 1983 roku przez buddyjskiego mnicha Chögyam Trungpa. Niestety nie załapaliśmy się na wycieczkę po jego wnętrzach.

DSCN3376

Udało nam się obejrzeć jedynie budowlę z zewnątrz.  Zwiedziliśmy również stupę, która symbolizuje przebudzony umysł Buddy.  Sam budynek klasztoru wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej. Spodziewaliśmy się budowli podobnych do tych, które widzieliśmy w Azji. W to miejsce jednak warto przyjechać, aby zobaczyć z bliska życie mnichów, dowiedzieć się czegoś o buddyzmie oraz ze względu na rewelacyjne położenie klasztoru. Więcej informacji o Gampo Abbey znajdziecie tutaj: https://gampoabbey.org/tours-2/.

Pleasant Bay słynie również z najlepszego  wielorybowego safari na Cape Breton. Nie skorzystaliśmy jednak z tej opcji. Po pierwsze siedzenie na łodzi w deszczu to średnia przyjemność, a po drugie wieloryby udało nam się zobaczyć kilka tygodni wcześniej w Les Bergeronnes, w prowincji Quebec.

Nie zabawiliśmy długo w tej części wyspy. Ze względu na niewielką ilość turystów i kiepską pogodę za wiele się w tym miejscu nie działo, a leżenie na plaży z wiadomych względów nie wchodziło  w grę.

Postanowiliśmy pojechać dalej w kierunku Parku Narodowego Cape Breton Highlands. Niestety nie mieliśmy przy sobie żadnej mapy parku, w której zaznaczone byłyby szlaki, ich długość oraz stopień trudności. Pierwszego dnia naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapomnieliśmy o to zadbać przejeżdżając obok informacji turystycznej. Stwierdziliśmy, że prędzej czy później trafi się ponownie jakaś okazja na jej zdobycie.

DSCN3345.JPG

Za nim się taka szansa nadarzyła wypatrzeliśmy po drodze jedną z pieszych tras parku, która prowadzić miała do Beulach Ban Falls. Jako fani wodospadów stwierdziliśmy, że robimy tutaj kolejny stop naszej samochodowej wycieczki i idziemy.

DSCN3317.JPG

Spacer do celu okazał się niestety zbyt krótki.  Postanowiliśmy więc podążyć jeszcze innym szlakiem, który znajdował się w tym miejscu. Oczywiście nie znaleźliśmy jego długości przez co nie mogliśmy oszacować ile czasu potrzebujemy na tę wędrówkę. Droga wyglądała jednak na dość łatwą i szeroką, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy hiking bez informacji o szlaku.

Błąd! Jeżeli nie wiesz, ile kilometrów masz do przejścia, jaki poziom trudności ma trasa, nie dysponujesz odpowiednią ilością wody pitnej, a dodatkowo w nosidle niesiesz dziecko, nie wybieraj się na hiking.

Szkoda, że wtedy tacy mądrzy nie byliśmy. Dziś wiemy, że droga, którą szliśmy to 10 kilometrowy Aspy Trail, a wędrówka po nim nie jest zwykłym spacerem.

DSCN3333

Trasa z początku bardzo nam się podobała. Delektowaliśmy się ciszą i zapachami lasu.

DSCN3334.JPG

Co prawda brakowało jakichkolwiek oznaczeń, jak to w Kanadzie, ale za to co jakiś czas widzieliśmy ławeczki,  na których można było sobie spocząć.DSCN3340

Im dalej w las, tym ścieżka robiła się węższa. Po jakimś czasie dotarliśmy do małej chatki, która służyła jako schronienie dla osób, które się zgubiły, źle oszacowały czas lub chcą się ukryć przed niedźwiedziem. Na szczęście żaden z tych przypadków nie dotyczył nas.

W środku znaleźliśmy zarys trasy. Wyczytaliśmy z niego, że do końca mamy jeszcze 4 km. Zdecydowaliśmy się więc na dalszą wędrówkę. Niestety od tego momentu zmienił się poziom trudności. Ścieżka zaczęła prowadzić w górę i była coraz węższa.

DSCN3342.JPG

Jak na złość zaczął padać deszcz. Poza tym informacja dotycząca długości szlaku na mapie w chatce okazała się fałszywa lub my ją źle odczytaliśmy, więc jak się zapewne domyślacie do przejścia mieliśmy więcej niż 4 kilometry. Na naszej drodze coraz częściej zaczęły pojawiać się odchody zwierząt. Nie jestem ekspertem od zwierzęcych „numerów dwa”, więc nie wiem kto zostawił dla nas taką niespodziankę. Nawet gdyby był to łoś, to w tych okolicznościach nie miałabym ochoty na bliskie spotkanie. Wtedy albo musielibyśmy uciekać w las albo turlać się w dół po stromym, zalesionym zboczu. Rajcujące opcje, nieprawdaż? Miejscami wędrówka zmieniała się we wspinaczkę, połączoną ze ślizganiem na błocie. Zastanawialiśmy się, w jakim stanie będzie trasa, gdy będziemy wracali do samochodu. Oczywiście nadal deklarowaliśmy chęć dojścia do końca trasy.

DSCN3343

Jednak  wraz z zagęszczającą się mgłą i zwiększającymi się opadami zaczął odzywać się w nas głos rozsądku, który kazał nam zawracać. W pamięci mieliśmy też naszą przygodę sprzed paru lat. Podczas schodzenia z wulkanu Concepción na wyspie Ometepe w deszczu wywróciłam się i wybiłam sobie nadgarstek.  Przez resztę trasy byłam skazana na asystę Pana Męża. Teraz towarzyszyła nam nasza córka, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na takie dodatkowe wrażenia. Przecież jesteśmy rodzicami i to odpowiedzialnymi…ponoć. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że musimy podjąć „męską” decyzję: iść dalej czy zawracać.

Stwierdziliśmy, że wolimy być żywymi leszczami niż wrócić z podróży jako kaleki i idioci, którzy wybrali się na hiking bez informacji o trasie. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie na wypadek, gdyby to miałoby być nasze ostatnie wspólne zdjęcie i zaczęliśmy zawracać. Schodząc w dół modliliśmy się o to, aby ścieżka jeszcze istniała. Powrót przebiegł na szczęście bez przygód. Trafiliśmy bez przeszkód na parking, gdzie czekał na nasz nas samochód i woda pitna.

Tego dnia nie mieliśmy już więcej ochoty na spacery i obiecaliśmy sobie, że bez mapki nie chodzimy na piesze wędrówki. Grzecznie pojechaliśmy dalej, zatrzymując  się od czasu do czasu przy kolejnym punkcie widokowym.

DSCN3369

Ścieżek dla pieszych minęliśmy sporo, ale trzymaliśmy się umowy, choć pokusa była duża. Największa, gdy przejeżdżaliśmy obok Skyline Trail. Doszliśmy jednak do wniosku, że w taką pogodę i w przemoczonych ciuchach hiking nawet po najładniejszej trasie nie ma sensu. Na szczęście pod koniec dnia, gdy dojechaliśmy do Cheticamp wypogodziło się.

WP_20160815_17_21_27_Rich_LI

Zanim udaliśmy się do naszej noclegowni w Margaree Harbour pozwoliliśmy więc sobie na krótki spacer po plaży i po Cheticamp.

WP_20160815_17_20_22_Rich_LI.jpg

Końcowy odcinek Cabot Trail nas zachwycił. Ustaliliśmy więc, że następnego dnia przejedziemy ten odcinek jeszcze raz  i wrócimy do parku, aby przejść się Skyline Trail. Poza tym nie spotkałam jeszcze łosia, a bez tego doświadczenia nie miałam zamiaru wyjeżdżać z Kanady.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część II

Życie to nie koncert życzeń, więc następnego dnia oczywiście zabrakło słońca. Rano obudził nas deszcz, który uderzał w parapet okna. Nasze dobre humory zniknęły razem z błękitnym niebem.  W końcu przyjechaliśmy tutaj dla widoków i szwędania się po szlakach dla pieszych. W takim deszczu to ani przyjemnie ani bezpieczne, a widoczność średnia. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy licząc na to, że pogoda się polepszy. Dojechaliśmy do najbardziej oddalonego na północ punktu Wyspy Cape Breton: Meatcove.

DSCN3236.JPG

Tam zobaczyliśmy jeszcze lepszą miejscówkę do spania niż nasza. Pole campingowe na klifie. Człowiek budzi się rano i jedyne co dzieli go od oceanu, to parometrowa przepaść. Marzenie.

DSCN3254.JPG

Choć niekoniecznie idealne miejsce na nocleg, gdy towarzyszą Wam małe dzieci. Wokół tylko natura i żadnych domów w pobliżu. Niestety warunki pogodowe nie pozwalały na hiking przez las, więc pospacerowaliśmy po kamienistej plaży.

DSCN3260.JPG

Następnie pojechaliśmy do White Point.  Aby dostać się w to miejsce z północy wyspy trzeba ponownie przejechać krótki odcinek Cabot Trail. Kiedyś znajdowała się tu francuska wioska rybacka, gdzie trudniono się połowem homara. Dziś pozostały po niej tylko kamienie i groby nieznanych marynarzy.

DSCN3296.JPG

Odwiedzający trafiają do tego miejsca obecnie głównie ze względu na możliwość hiking´u po okolicznych wzniesieniach.

WP_20160814_15_33_59_Rich_LI.jpg

W deszczu przeszliśmy większą część dostępnego szlaku, który nawet przy tak niesprzyjającej pogodzie był bardzo atrakcyjny.

DSCN3300.JPG

WP_20160814_15_44_18_Rich_LI.jpg

Przemarznięci i przemoczeni postanowiliśmy rozgrzać się przy jakimś dobrym jedzonku. W tym celu udaliśmy się samochodem do miejscowości Neil´s Harbour. Podczas gdy my wcinaliśmy  ciepłą zupę, za oknem szalał wiatr i deszcz, a w małej zatoczce kołysały się kutry rybackie. Idealna pogoda do spędzenia czasu na zewnątrz, prawda? 😉

WP_20160814_16_59_40_Pro_LI.jpg

Nie zniechęciło nas to jednak do dalszego zwiedzania. Ustaliliśmy tylko, że rezygnujemy ze spacerów, bo szkoda nam było naszej córki. Tak naprawdę była to tylko wymówka. Dziecko wyglądało na zadowolone, po prostu my nie chcieliśmy już moknąć.

Gdy jechaliśmy Cabot Trail zauważyliśmy znak, który pokazywał, że w okolicy znajduje się miejsce, do którego przybył żeglarz John Cabot w 1497 roku. Spodziewaliśmy się, że będzie to  na którymś odcinku właśnie tej drogi widokowej. Okazało się, że na tej słynnej trasie jest tylko znak. Po jakiś 30 minutach szukania, kręcenia kółeczek ostatecznie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Na plaży,  która oczywiście znajdowała się poza szlakiem (…logiczne, nie? :-P), odnaleźliśmy tablicę pamiątkową oraz pomnik Cabot`a.  

Po tym punkcie naszego programu z czystym sumieniem mogliśmy wrócić do motelu w Bay St. Lawrence i się trochę podsuszyć. Zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepiku, aby mieć z czego przygotować kolację. Późne popołudnie przeznaczyliśmy na podpatrywanie oceanu z okien naszego pokoju i suszenie ubrań.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część I

Latem 2016 roku  w ramach naszej 6-tygodniowej podróży po Kanadzie zwiedziliśmy m.in. Wyspę Cape Breton. Higlight´em tego regionu jest Cabot Trail. Szlak Cabot‘ a to 300 km trasa widokowa, która prowadzi przez Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz wzdłuż wybrzeża wyspy. Zaczyna się ona w Cheticamp, a kończy w Baddeck. Więcej o niej przeczytacie tu.

Spośród wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy podczas naszego wyjazdu, to spodobało nam się najbardziej. Można by rzec, że była to wisienka na naszym kanadyjskim torcie.

Wiele osób przejeżdża 300 km szlak Cabota´a w ciągu jednego dnia. Jako osoby kochające naturę i preferujące parki narodowe niż centra zachodnich miast z góry zadecydowaliśmy, że poświęcimy na tę trasę więcej czasu. W naszej decyzji utwierdzaliśmy się za każdym razem, gdy każdy napotkany Kanadyjczyk po tym, gdy dowiedział się, że wybieramy do tej części Kanady reagował z zachwytem i zazdrością. „To musi być jakieś fantastyczne miejsce” myśleliśmy sobie.

DSCN2942.JPG

Zwiedzanie Wyspy Cape Breton rozpoczęliśmy w Baddeck, które leży na zachodnim brzegu Jeziora Bras d’Or. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na odwiedzenie dwóch muzeów. Pierwsze było poświęcone wynalazcy telefonu, a drugie Guglielmo Marconiemu, który wynalazł radio. Fani Marconiego muszą się udać do Glace Bay w celu odwiedzenia tego muzeum. Niestety nie zdążyliśmy już do kopalni węgla kamiennego, którą również można w tym miejscu zwiedzić.

Wieczorem zastanawialiśmy się, co zaoferuje nam Kanada w kolejnych dniach. Ja miałam jeden cel: Zobaczyć łosia.

Następnego dnia  ruszyliśmy szlakiem Cabot´a. W pełnym słońcu  przejechaliśmy trasę od Baddeck przez Ingonish aż po Cape North.

WP_20160813_17_18_36_Rich_LI.jpg

Po drodze mijaliśmy piaszczyste plaże, na których wypoczywała nasza córka, urokliwe restauracje i hotele położone w malowniczych miejscach oraz zatrzymywaliśmy się w licznych punktach widokowych.

DSCN3063.JPG

Wzbijaliśmy się w górę naszym autem, aby za chwilę toczyć się w dół. Podziwialiśmy przy tym błękitny ocean wyłaniający się zza kolejnych zakrętów.

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce o nazwie Bay St. Lawrence. Była to jedna z najładniej położonych noclegowni, jaką mieliśmy w historii 10 lat naszego podróżowania. Aby się tam dostać musieliśmy zjechać z Cabot Trail i udać się na północ w bardziej opustoszałą część Wyspy Cape Breton. Nasz motel znajdował się na wzgórzu. Otaczał nas tylko ocean, drzewa… i pewnie jakieś dzikie zwierzęta, które czaiły się w krzakach. Wolałam się jednak nad tym nie zastanawiać. Szczególnie, że tydzień wcześniej w prowincji Nowy Brunszwik nie byłam w stanie cieszyć się relaksującymi chwilami w jacuzzi na tarasie naszego domku. Oczami wyobraźni widziałam  niedźwiedzie i kojoty, które czekały tylko na to, aby nas zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Ucząc się na własnych błędach nie chciałam popsuć nam kolejnych miłych chwil tego wyjazdu i udawałam, że widzę tylko piękny zachód słońca na horyzoncie.

WP_20160813_20_28_15_Rich_LI1.jpg

Brakowało jeszcze butelki szampana jak na filmach i wzbilibyśmy się na wyżyny romantyzmu w naszym związkuKładąc się spać liczyliśmy na to, że kolejnego dnia również  będziemy mogli zwiedzać ten zakątek ziemi w pięknym słońcu. 

Czytaj dalej tu.

Believe it or not

Jednym z głównych celów naszej podróży do Kanady była wycieczka nad Wodospad Niagara, który składa się z kaskady amerykańskiej i kanadyjskiej. Znajduje się on w zachodniej części prowincji Ontario przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Atrakcja ta przyciąga miliony turystów rocznie, głównie tych z drugiego brzegu rzeki Niagara. Jak w każdym popularnym miejscu turystycznym również tutaj liczyliśmy się z pewnym poziomem komercji. Jednak to co tam zostaliśmy przerosło nasze nawet najśmielsze oczekiwania…

Na początku myślałam, że jedyną przesadą tego miejsca są ceny parkingów, które przyprawiały o zawrót głowy (nawet po 4-5 kanadyjskich dolarów za godzinę). Na szczęście im dalej od wodospadu, tym było taniej. Troszkę pokrążyliśmy i  ostatecznie udało nam się znaleźć parking dość blisko centrum i w miarę rozsądnej cenie – $8 CAD za cały dzień. Okazało się jednak, że to nie wysokość opłat za parking będzie dla nas niemiłym zaskoczeniem.

Wodospad oglądać można z promenady Clifton Hill, do którego prowadzi Victoria Avenue. Gdy udało się nam już dotrzeć do tej ulicy z 5 litrami wody i kilogramem kremu przeciwsłonecznego (tego dnia było upalnie i słonecznie), zaniemówiliśmy i w sumie też prawie ogłuchliśmy.                                                                                                                                 Naszym oczom ukazał się jeden wielki park rozrywki z restauracjami, domami strachu, karuzelami, wodnym parkiem, neonami i docierającym do nas ze wszystkich stron hałasem wydobywającym się z porozstawianych głośników. To było takie mini Las Vegas skoncentrowane na krótkiej ulicy z wąskim chodnikiem. Na jej początku umieszczono duży napis  „Believe it or not”(pol. uwierz lub nie), który według mnie świetnie podsumowywał to co zobaczyliśmy.

dscn03261

Ten widok złamał moje serce. Oczywiście czytaliśmy o tym, że wokół wodospadów zbudowano jedno wielkie centrum rozrywki, jednak nie spodziewałam się takiego natężenia komercyjnych rozrywek. Niestety każda atrakcja odwiedzana masowo przez Amerykanów zmienia się w Disneyland. Świadkami tego fenomenu byliśmy chociażby w Cancun czy w Chichén Itzá. Pytania obywateli USA o WI-FI na trekkingu do Machu Picchu do dziś wywołują uśmiech na mojej twarzy. Wszelkie miejsca skażone stonką amerykańską (tak nazywam masy turystów ze Stanów Zjednoczonych ) kończą właśnie w ten sposób. Niesamowite, że człowiek jest w stanie wybudować tak blisko pięknego daru natury betonową pustynię z wielką ilością świateł. Rozumiem, że trzeba na czymś zarobić, zwłaszcza, że samo oglądanie wodospadu nic nie kosztuje, ale można to zrobić ze smakiem.                                                                                                                                                   Miłość do przyrody i ogromna chęć zobaczenia Wodospadu Niagara wygrała jednak z naszym zniesmaczeniem. Gdyby nie to, na pewno byśmy zawrócili.  Manewrując  wózkiem między ludźmi i nie odzywając się do siebie przez większość drogi, ponieważ nie byliśmy w stanie przekrzyczeć głosów  z głośników i ulicznego zgiełku, dotarliśmy na promenadę  Clifton Hill. I tutaj zastała nas pierwsza miła niespodzianka tego dnia. Zupełnie bez problemu mogliśmy podejść do specjalnie przygotowanych tarasów widokowych. Nie musieliśmy z nikim bić się o miejsce! Nie zrozumcie mnie źle, turystów nie brakowało. Jednak spodziewaliśmy się dzikich tłumów walczących o najlepszą miejscówkę do zrobienia selfie.  Trafiliśmy zatem na najlepszy moment, aby w  miarę spokojnie móc delektować się tą kanadyjską atrakcją. Tłoczno zrobiło się, gdy zbieraliśmy się już do powrotu.

Kolejną miłą niespodzianką był przejazd statkiem rzeką Niagara. Obie kaskady można podziwiać na różne sposoby. Z pokładu helikoptera, z wieży, zjeżdżając na linie, wchodząc przez tunele wykute w skałach…Dla nas rejs  wydawał się najlepszą opcją. Mimo pełnego obładowania statku każdy miał szansę wsłuchać się w szum spadającej wody i przyjrzeć się dokładnie majestatycznym wodospadom, ponieważ statek podpływał bardzo blisko nich. Wbrew pozorom było to jedyne miejsce, gdzie w ciągu tego całego dnia zaznaliśmy odrobiny spokoju. Z tego co zaobserwowaliśmy to przelot helikopterem czy zjazd na linie nad Niagarą nie jest specjalnie porywający. Z tego typu atrakcji warto skorzystać w innych miejscach, np. w Parku Tysiąca Wysp. Gdy dostaliśmy się z powrotem na ląd, postanowiliśmy zrobić krótką przerwę. Usiedliśmy w ogródku piwnym blisko brzegu, czyli z daleka od wszystkich lokali przy tarasach widokowych . Jeżeli ktoś myśli, że mogliśmy się w ciszy napawać ostatnimi chwilami nad Wodospadem Niagara, to jest w błędzie. Jak nie tłum turystów i irytujące odgłosy z głośników, to kapele i piosenkarze nie pozwały nam na 5 minut bez hałasu. Normalnie bardzo chętnie słuchamy muzyki na żywo, ale akurat nad Niagarą nie było to nikomu do niczego potrzebne. Nic nas  tak nie wykończyło tego dnia, jak zbyt duże natężenie odgłosów oraz oczopląs spowodowany dostępnymi tam rozrywkami. Wróciliśmy do domu zmęczeni, ale pełni wrażeń.

dscn0350

Czy było warto? Oczywiście, że tak! Mimo napotykanego na każdym kroku „neonowego piekiełka”, hałasu i zniesmaczenia widok wodospadów rekompensuje wszystko. Piękno natury pozwala choć na chwilę zapomnieć o pozostawionym w tyle mini Las Vegas. Jednak życzyłabym sobie, aby masowa turystyka nie niszczyła wyjątkowości cudów natury, które dane nam jest jeszcze zwiedzić. Wodospad Niagara byłyby jeszcze piękniejszy, gdyby nie wybudowano wokół niego wielkiego centrum rozrywki.