10 ogrodów świata w jednym miejscu. Zapraszamy na wycieczkę po Gärten der Welt.

Ciekawi jesteście kolejnej propozycji na jednodniową wycieczkę? Tym razem chcielibyśmy Was zaprosić do Berlina, a dokładniej do dzielnicy Marzan-Hellersdorf. Znajduje się tutaj kompleks znany jako  Gärten der Welt  – Ogrody Świata. Na jego terenie zwiedzić można 10 ogrodów z najodleglejszych zakątków świata – od angielskiego po orientalny  – oraz skorzystać z wielu innych atrakcji.

Obecnie na terenie parku odbywa się Międzynarodowa Wystawa Ogrodnicza – IGA 2017, która trwać będzie do 15 października 2017. Wiąże się to niestety z podniesieniem cen biletów wstępu. W związku z imprezą wybudowano jednak dodatkowe atrakcje, które urozmaicają pobyt i rekompensują wyższą cenę. Należą do nich m.in.: kolejka linowa, platforma widokowa oraz tor bobslejowy. Poza tym w ramach imprezy IGA architekci krajobrazu z różnych państw stworzyli międzynarodowe gabinety ogrodowe. Kolejne niespodzianki znaleźć można idąc wzdłuż tzw. Aqua Promenady.

gärten der welt 67.jpg

My się tak trochę śmiejemy, że dzięki szczecińskiemu projektowi „Floating Garden 2050” doczekamy się jakiegoś bezpośredniego połączenia z tego parku do Szczecina, aby goście Ogrodów Świata mogli zobaczyć również innowacyjny pływający ogród z Polski. W końcu z Marzahn to już bliżej do polskiej granicy niż do zachodniego Berlina…:-).

Do głównych ogrodów tej atrakcji zalicza się:

  • chiński
  • japoński
  • koreański
  • orientalny
  • włoski
  • balijski
  • angielski
  • labirynt
  • chrześcijański
  • bylinowy

Każdy z nich jest piękny i interesujący. W labiryncie zarówno dzieci jak i dorośli będą się dobrze bawić. Po około 8 minutach poszukiwaczom przygód udaje  się odnaleźć małą wieżę widokową, która znajduje sie w sercu labiryntu.  Pilnujcie tylko swoich pociech, aby nie pomyślały, że naprawdę zabłądziły :-). Jedyny ogród, który znajduje się w zamkniętym pomieszczeniu to ogród balijski, gdzie podziwiać można tropikalną roślinność.

Do moich ulubionych zakątków należy ogród chiński z dość dużym jeziorem, kamiennym mostem i tradycyjnymi pawilonami.  Jego nazwa „Ogród odzyskanego księżyca” nawiązuje do zjednoczenia niegdyś podzielonego Berlina. Odwiedzający mają tutaj szansę skosztować drobnych smakołyków z Państwa Środka, napić się różnych rodzajów chińskiej herbaty oraz wziąć udział w ceremonii jej parzenia.

ogrody.jpg

Chcecie spojrzeć na park z trochę innej perspektywy? Przejedźcie się kolejką linową. Kursuje między wejściami na teren IGA na trasie „Kienbergpark“ – Gärten der Welt” z jednym stopem po drodze. Zatrzymuje się przy platformie widokowej, z której można podziwiać panoramę wschodniej części Berlina.

gärten der welt 56.jpg

gärten der welt 11.jpg

W Ogrodach Świata znajdziecie również zwierzątka, małą plażę z leżakami i dużo  zielonych terenów, gdzie odwiedzający spragnieni ciszy i spokoju mogą zaszyć się z książką.

0E66C305-F931-4562-8C24-D8801C9A5B22.jpg

Liczne imbisy nie dadzą Wam umrzeć ani z głodu ani z pragnienia. Oczywiście  możecie też przynieść jakieś przekąski ze sobą.

Osoby, które kochają przyrodę i lubią spędzać czas na łonie natury docenią uroki tej berlińskiej atrakcji.

gärten der welt 76.jpg

Rodziny z dziećmi  zagospodarują odpowiednio swój czas  na placach zabaw i w innych przyjaznych dzieciom częściom parku.

gärten der welt 9.jpg

Ogrody Świata Marzahn to idealne miejsce na aktywną wycieczkę, leniwą niedzielę…lub sesję zdjęciową. Jako pasjonaci podróży stwierdziliśmy, że park, w którym możemy w ciągu jednego dnia przenieść się z Japonii do Chin, a następnie do Orientu będzie odpowiednią scenerią dla naszej sesji ślubnej.

sesja.JPG

sesja1.JPG

Na koniec parę wskazówek:

1. Teren parku jest dość rozległy i trzeba się trochę nachodzić, aby dotrzeć do bardziej oddalonych zakątków. Warto więc zabrać wózki,  rowerki czy inne sprzęty dla swoich pociech.

2. Oficjalny parking IGA, z którego bus dowozi odwiedzających do bramy wejściowej kosztuje 7€ za dzien. Możecie spróbować poszukać miejsc do parkowania na osiedlach, które sąsiadują z Ogrodami Świata.

3. Zwiedzanie parku polecamy zacząć od wejścia „Gärten der Welt” przy Blumberger Damm 44.

4. Poproście o mapę przy wejściu.

5. Koniecznie weźcie ze sobą aparat.

 

Więcej informacji znajdziecie na: https://gruen-berlin.de/en/gaerten-der-welt

oraz oficjalnej stronie IGA.

 

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

 

 

Kawaii Monster Café

Jakiś czas temu usłyszałam, że Azję dzieli się na kraje rozwijające się,  nowoczesne oraz Japonię. Kraj kwitnącej wiśni to nie tylko shinkanseny, manga, sushi i świątynie –  Japonia to stan umysłu. Miejsca i rzeczy, które można tam zobaczyć ciężko znaleźć w innych częściach świata.

Do ciekawych atrakcji należą kawiarnie tematyczne. Odnaleźć je już można nawet w Europie, ale te najbardziej specyficzne znajdują sie właśnie po drugiej stronie globu. Słyszeliśmy o kafejkach z kotami, sowami lub dla fanów wampirów. Popularne są również tzw. Maid Café, gdzie jedzenie serwują młode dziewczyny przebrane za pokojówki. W „serwis” wliczone jest klaskanie i wyśpiewywanie różnych piosenek  słodkim głosem, a goście witani są słowami „Witaj w domu, Goshujin-sama (Panie)”. Podczas naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy odwiedzić jedną z tych nietypowych atrakcji.

Przed wyjazdem zupełnie przypadkowo znalazłam informację o otwartej w 2015 roku  tokijskiej kawiarni Kawaii Monster Café. Została zaprojektowana przez sławnego designera sztuki Sebastania Masuda´e, którego prace charakteryzują elementy kultury „kawaii”.

DSCN5444

W Kawaii Monster Café unikatowy wystrój wnętrza przyprawia o zawrót głowy, a personel przykuwa wzrok przebraniami. Menu dostępne jest na dotykowym tablecie w kształcie ciasta. Zarówno zimne, jak i ciepłe potrawy podawane są w stylu kawaii. W końcu wszystko musi wyglądać uroczo. Cuteness everywhere!

Kawaii1.jpg

Do lokalu wchodzi się przez paszczę wielkiego potwora. Nagle goście przenoszą się do świata intensywnych kolorów, kul dyskotekowych, błyszczących przedmiotów i klubowej muzyki. Na środku sali umieszczono wielką karuzelę w kształcie tortu, na której dwa razy dziennie odbywa się występ pań przebranych za urocze potwory.

kawaii2.jpg

Pomieszczenie zostało urządzone różnorodnie i dzieli się na następujące obszary:

·    Mel-Tea Room

·    Mushroom Disco

·    Milk Stand

·    Bar Experiment

Idąc do toalety nie zapomnijcie aparatu… :-). Podpowiem tylko, że nawet w tej części kawiarni nie zabrakło artyście pomysłów.

Warunkiem spędzenia czasu w Kawaii Monster Cafe jest zamówienie posiłku. Jedzenie nie należy do najtańszych. Nie spodziewajcie sie również wybitnych przeżyć kulinarnych, celem tego miejsca nie  są doznania smakowe. W weekendy warto zrobić rezerwację, aby uniknąć stania w kolejce. Wózki dziecięce trzeba  zostawić przed paszczą potwora.  

Kawaii3.jpg

Pobyt w kawiarni zaliczamy do bardzo udanych. Na początku byliśmy trochę sceptyczni, ponieważ nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać. Przekonaliśmy sie jednak, że warto odwiedzić Kawaii Monster Café. Dodatkowym zaskoczeniem  był zachwyt naszego dziecka i córki przyjaciół, którzy towarzyszyli nam podczas wyjazdu. Z zainteresowaniem zwiedzały wszystkie zakamarki, wdrapywały się tam, gdzie to było tylko możliwe, podziwiały karuzelę i pijącego z butelki jednorożca oraz kołysały się w rytm muzyki.

Kawaii.jpg

Nasza córka oglądała show z takim zafascynowaniem, że nawet nie mogłam do niej podejść. Zostałam po prostu odepchnięta na znak tego, że przeszkadzam…

Kawaii Monster Café to zdecydowanie atrakcja dla wszystkich członków rodziny (z wyjątkiem czwartkowych wieczorów… ;-)). Choć po wyjściu zastanawiać się będziecie, gdzie Wy właśnie byliście… to zupełnie inny świat.

 Więcej szczegółów na:

https://www.facebook.com/kawaiimonstercafe/

http://kawaiimonster.jp/

 

 

 

 

Jak przygotować sie do podróży po Japonii?

Pytacie, ile czasu potrzebowaliśmy na przygotowanie naszej podróży po Japonii. Co załatwialiśmy wcześniej, a co dopiero na miejscu.

Planowanie naszej wycieczki podzielić można na 5 etapów:

  1. Zakup biletu lotniczego

Zdecydowanie najdłużej zajmuje znalezienie odpowiedniej promocji biletów lotniczych. Proces można oczywiście skrócić ignorując ceny i wybierając pierwsze lepsze połączenie do interesującej nas destynacji. Ten sposób pozbawia jednak radości, jaką daje samo szukanie.  Poza tym jeszcze nie wygraliśmy w lotto, dlatego staramy się być łaskawi  dla naszych portfeli. Doświadczenie nauczyło nas tego, że kupując bilety z dużym wyprzedzeniem mamy szansę na atrakcyjną cenę. Z reguły na 5-6 miesięcy przed planowaną wyprawą stajemy się szczęśliwymi posiadaczami potwierdzenia rezerwacji na wybrane połączenie lotnicze.  Wtedy wiemy już, że nie ma odwrotu i na pewno lecimy. Życie nauczyło nas, że im dłużej człowiek zwleka z zakupem, tym zwiększa się ryzyko, że z wyjazdu nic nie wyjdzie. Szczególnie jeżeli chcemy wyjechać w konkretnym miesiącu. Im dłużej czekamy, tym więcej dodatkowych terminów pojawia się w kalendarzu, które potem kolidują z wycieczką. Poza tym bez konkretnych dat wylotu ciężko planować kolejne kroki. Dla nas także sam okres oczekiwania na wyjazd jest ekscytujący. Dostarcza dodatkowej radości. Obowiązki w pracy też jakoś szybciej udaję się wypełnić, gdy przed oczami pojawia się perspektywa urlopu.

Bilet do Japonii zakupiliśmy na ponad 6 miesięcy przed datą odlotu. Dlaczego aż tak wcześnie? Musieliśmy się upewnić, że nasz przyjaciel, który deklarował gotowość wyjazdu, na pewno będzie mógł polecieć.

  1. Ustalenie trasy

Następnie – jednak dużo później niż zakup biletu – przychodzi czas na ustalenie trasy lub listę miast, które chcielibyśmy odwiedzić. Podróż z dzieckiem nie pozwala na taką spontaniczność, jak jeszcze parę lat temu. Wynika to z tego, że nie nocujemy już w hostelach, gdzie zawsze można trafić chociaż jedno wolne łóżko do spania (przynajmniej takie jest nasze doświadczenie). Wiemy, że rodzice z dziećmi nie mają tam czego szukać. Przecież żaden młody podróżnik, który oszczędza na wszystkim podczas swojego wyjazdu nie marzy o tym, aby słuchać za ścianą płaczu małej istoty… Jeżeli zależy nam na noclegu w rozsądnej cenie, to warto zająć się tym tematem wcześniej, a przede wszystkim najpierw wiedzieć, w jakim mieście będziemy nocować.

Zazwyczaj trasę planujemy na pierwsze dwa tygodnie. Resztę już w trakcie wyjazdu w zależności od samopoczucia naszej córki. Oczywiście wcześniej przygotowujemy parę pomysłów na pozostałe dni.

Japonia Sara

Do Japonii polecieliśmy na 2,5 tygodnia. Kraj kwitnącej wiśni ma wiele do zaoferowania, dlatego musieliśmy się dobrze zastanowić nad tym, co chcielibyśmy zobaczyć i gdzie chcielibyśmy spędzić najwięcej czasu. Wiązało się to z czytaniem przewodnika, a także różnych blogów i artykułów. Ostatnie dni planowaliśmy już na miejscu dopasowując intensywność wycieczki do naszego nastroju.

  1. Rezerwacja noclegów

Kolejnym krokiem jest rezerwacja noclegów. Tym tematem zajęliśmy sie na jakieś 3 miesiące przed wylotem. Mieliśmy jasno postawiony cel: gdy tylko będzie to możliwe NIE nocujemy w hotelach. W tę podróż wybrali się z nami nasi przyjaciele z 15-miesięczną córeczką. W grę wchodziły zatem tylko prywatne mieszkania, które dałyby młodym przestrzeń do zabawy, a nam miejsce do miłego spędzania wieczorów. Taka forma noclegu pozwala także na zakosztowanie życia prawdziwego Japończyka. Korzystasz z typowej japońskiej łazienki, śpisz na futonie w pokoju wyłożonym tatami. (O japońskim mieszkaniu przeczytacie w innym wpisie). Chodzisz do sklepu, aby kupić sushi, pierożki i piwo. Podziwiasz ciuchy sąsiadów rozwieszone na balkonie. Pozdrawiasz mieszkańców bloku słowami „Ohayou” lub „Konnichiwa. O i segregujesz śmieci! Jeżeli ogarnąłeś ten temat, to znaczy, że jesteś jak lokalni. Do dzisiaj zastanawiamy się, czy pojęliśmy ten nie do końca dla nas logiczny system.

japonia chata.jpg

Im wcześniej szuka się noclegów, tym lepsze i atrakcyjniejsze cenowo mieszkania można znaleźć. Prywatnych kwater szukaliśmy jak zwykle na portalu Airbnb.pl .

Podczas całego wyjazdu w pokoju hotelowym nocowaliśmy tylko raz i to nam wystarczyło. Malutki pokój, zwykła łazienka… co w tym egzotycznego?

Uważajcie tylko szukając hoteli… W Japonii (zresztą nie tylko tam) popularne są tzw. „love hotels”. Pojawiają się one często w internetowych wyszukiwarkach noclegów kusząc swoimi cenami i dość specyficznym wystrojem. Jak się możecie domyślać, idzie się tam zazwyczaj tylko w jednym celu. Oczywiście można tam też przenocować ;D.. Jednak z dziećmi nie liczcie na wejście… 🙂

  1. Zakup biletu na pociąg

Ostatnim etapem, który wiązał się z wydaniem większej sumy pieniędzy był zakup biletu na przejazdy (głównie) pociągami (Japanese Railway Pass). Zamówiliśmy go na miesiąc przed wyjazdem.

JPR.jpg

Kosztuje sporo, ale jeżeli mamy zamiar dużo jeździć, to inwestycja ta szybko się zwraca.  JR Pass można kupić poza terytorium Japonii  i do marca 2018  także w wybranych japońskich miastach. Pamiętajmy, aby bilety zamówić najwcześniej na 3 miesiące przed wylotem.

  1. Dogrywanie szczegółów

Na parę dni przed wyjazdem sprawdzaliśmy możliwości niedrogiego dojazdu z lotniska do centrum Tokio. Zamówiliśmy również tańszy bilet na przeprawę przez japońskie Alpy i ściągaliśmy przydatne aplikacje, np.: HyperDia.

Dowiedzieliśmy się również, że nie ma mapy Japonii w trybie offline na nasze telefony. Jak dobrze, że jechaliśmy z kimś, kto posiadał komórkę innej firmy. Zorientowaliśmy się też, że nasz bilet na pociąg kończy się dzień wcześniej niż zakładaliśmy…

Pod koniec przygotowań zawsze zdarzają się jakieś małe wpadki, to zapowiada początek dobrej przygody, prawda? 🙂

 

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

Dzień dziecka nie tylko w Dzień Dziecka

Przygotowaliśmy dla Was kolejną propozycję na jednodniową wycieczkę. To ciekawe miejsce na pewno ucieszy Wasze dzieci nie rujnując przy tym Waszego portfela.

Słyszeliście już o parku rozrywki Germendorf? Znajduje się około 120 km od zachodniej granicy Polski i ok. 41 km na północ od Berlina. Położony jest w bardzo malowniczej okolicy, tuż nad samym jeziorem. Na zewnątrz wygląda dość niepozornie. Od strony drogi widoczny jest jedynie parking gotowy na przyjazd dużej liczby odwiedzających. Dopiero po przejściu bramy wejściowej widać ogrom tego terenu oraz jego atrakcyjne położenie. Oprócz krajobrazów, które cieszą oko,  wielką niespodzianką będą także ceny, na widok których portfele odetchną z ulgą.

(Parking za cały dzień 0,50 €, wstęp dla dorosłych 4,50 €, dla dzieci między 2-6 rokiem życia 1,50 €, a dla starszych pociech 2,00 €. Karuzele, ciuchcie itp. 0, 50€ – 1 €.)

Park oferuje wachlarz atrakcji, z których mogą skorzystać osoby w różnym wieku. Znajdziecie tutaj małe zoo, place zabaw i wesołe miasteczko.

Tierpark1

W przypadku złej pogody możecie się schować się w bawialni z kulkami. To jedyna atrakcja, którą umieszczono w budynku. Cała reszta znajduje się na świeżym powietrzu.  Trochę starsze dzieci mogą się wybrać z rodzicami na ryby lub skorzystać z dostępnych rozrywek wodnych. Jeżeli chodzi o gatunki zwierząt, które można podziwiać na miejscu, to biorąc pod uwagę cenę wstępu ich różnorodność jest dość zaskakująca. Znaleźć tu można flamingi,  zebry, strusie,  szopy pracze małpki i jeszcze więcej. Wszystko co ucieszy małego szkraba. Na samym terenie spotkać też można wolno biegające sarny czy karmić kózki.

Tierpark.JPG

Warto się również wybrać się do tej części parku, która stylizowana jest na czasy prehistoryczne. Oprócz placów zabaw przygotowano tutaj także element edukacyjny. W różnych miejscach umieszczono tabliczki z informacjami na temat stworzeń, które żyły w tym okresie.

Kolejną zaletą jest infrastruktura parku. Niczego tutaj nie brakuje. Przewijaki dla dzieci są w każdej (damskiej) toalecie. Małe punkty gastronomiczne zachęcają posiłkami w przystępnych cenach oraz wygodnymi stolikami. Spragnieni pamiątek mogą się zaopatrzyć w dobrze wyposażonym sklepiku i nabyć jakiś „kurzołap” upamiętniający spędzone tu chwile. Przygotowane zostały również miejsca na pikniki.

W Tierpark Germendorf Wasze duże i małe pociechy spędzą miło i aktywnie czas, a Wy nie zrujnujecie domowych finansów. Więcej informacji znajdziecie na: http://www.freizeitpark-germendorf.de/index.php/tipps-angebote.html.

Czyż nie brzmi to kusząco? Być może to właśnie tu spędzicie nadchodzący Dzień Dziecka lub jeden z letnich dni.

 

Jak przeżyć lot z małym dzieckiem i nie odlecieć?

Rodzice, którzy mają przed sobą pierwszy lot z małym dzieckiem często nie wiedzą czego się spodziewać. Zastanawiają się, czy i jak uda im się przetrwać  tę podróż.  Potwierdzają to także zapytania, które od Was dostajemy.

Pytacie głównie o to, czy istnieje jakiś złoty środek, który pomógłby ujarzmić brzdąca podczas (szczególnie długiego) lotu.

Być może zawiodę teraz niektórych rodziców, a jeszcze bardziej bezdzietnych współpasażerów, ale nie, nie ma żadnego uniwersalnego sposobu, ani magicznego zaklęcia, które gwarantowałoby spokojne spędzenie x godzin w samolocie, gdy na pokładzie  jest dziecko.

Każdy maluch jest inny i inaczej reaguje w takich sytuacjach. Nasza córka co prawda nie zapłakała ani razu podczas lotu do Kanady, nadrobiła jednak „straty”  podczas wycieczki do Sofii. Zatem czy dziecko będzie płakać NIE zależy od długości lotu. Wiadomo, wielogodzinna podróż zwiększa prawdopodobieństwo płaczu czy zniecierpliwienia ze strony potomstwa… Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Kto z nas sam nie miał czasem ochoty zawyć do księżyca, gdy lot dłużył się niemiłosiernie?

Na szczęście istnieje kilka metod, które na pewno ułatwią Wam przetrwanie podróży samolotem z własnymi dzieciakami. Przedstawiam Wam 8 sprawdzonych sposobów na „Jak przeżyć lot  z bobasem i nie odlecieć.”

1. Nie wychodź z domu bez nosidełka.

Moim zdaniem nosidło zalicza się do tzw. „must have” podczas podróży samolotem. Nadaje się nie tylko do usypiania dziecka podczas przechadzki po pokładzie maszyny, ale także do ujarzmiania go, gdy  zaczyna wydziwiać. Poza tym dzięki niemu poruszanie się po lotnisku staje się prostsze.

DSCN4080.JPG

2. „Polejcie mu.”

Niezależnie od tego czy karmisz piersią, podajesz dziecku mleko (zwykłe lub modyfikowane), czy wodę podczas startu warto mieć pod ręką butelkę lub cycka 😊. Gdy samolot się rozpędza, należy położyć dziecko na kolanach i wyciągnąć przygotowany „sprzęt”. Po pierwsze ułatwi to mu uporanie się ze zmieniającym się ciśnieniem. Po drugie maluch będzie miał zajęcie na czas, gdy zostanie unieruchomiony pasami. The last, but not least jest szansa, że zaśnie i prześpi część lotu.

dscn0031

3. Spanie dopiero w samolocie

W zależności od długości trwania podróży proponuję, przemęczyć dziecko i „pozwolić” mu zasnąć dopiero w samolocie. Maluch będzie tak zmęczony, że uśnie przy butelce lub najpóźniej przy kołysaniu w nosidle. Jeżeli naładuje baterie przed startem (czytaj: wyśpi się), to przy długim locie to Wam może zabraknąć sił, aby ujarzmić taką kulkę energii.

4. Przekupstwo

Podróż to idealny czas na prezent. Przed wyjazdem wybierzcie się na zakupy i wybierzcie dziecku odpowiednią wielofunkcyjną zabawkę. Mały towarzysz będzie się nią bawił dłużej niż znanymi mu już dotąd gadżetami z dziecięcego pokoju, a Wy będziecie mieli chwilę wytchnienia w trakcie lotu (może obejrzycie nawet 15 minut filmu ;D).

PS. Ze względu na pozostałych pasażerów jednym z kryteriów wyboru zabawki powinna być regulowana głośność.

5. Miejsce przy oknie

Kolejną formą urozmaicenia dziecku czasu w samolocie jest oglądanie widoków za oknem: czy to przy starcie, lądowaniu, czy nawet w trakcie samego lotu (nawet jeżeli przez większość trasy widać tylko chmury). Gdy podziwianie krajobrazów znudzi się naszemu małemu podróżnikowi, można zagrać z nim w grę „zamknij okienko”. Pokazujemy mu wtedy, że okiennicą można poruszać. Pod żadnym pozorem nie róbcie tego, gdy w samolocie akurat symulowana jest noc, a za oknem właśnie budzi się dzień. Inaczej Wasze dziecko zafunduje pobudkę promieniami wschodzącego słońca osobom, które siedzą obok Was.   Nie zapominajcie, że przedstawione metody mają Wam pomóc w zorganizowaniu dziecku czasu, a nie w zdenerwowaniu innych pasażerów.

6. Wycieczkę zacznij od zwiedzania samolotu.

Zwłaszcza w trakcie dłuższego lotu dziecko będzie chciało się ruszać i nie wysiedzi  ani na swoim miejscu, ani na Waszych kolanach. Ma do tego prawo. W tej sytuacji warto wybrać się z nim na spacer po pokładzie. Można też stanąć w tylnej części samolotu i poobserwować pracę załogi.

WP_20161125_19_17_01_Pro[1404] (3)1.jpg

7. Uspokojacze.

Jak w przypadku każdej wycieczki przygotuj ulubione snacki tzw. „uspokojacze”. Przydadzą się wtedy, gdy wszystko inne zawiedzie.

8. Keep calm and be patient.

Na którymś etapie podróży Wasze potomstwo może zacząć marudzić. To normalne, zdarza się nawet dorosłym pasażerom. Nie rozglądajcie się wtedy nerwowo dookoła szukając krytycznych spojrzeń. Nie dajcie się zestresować, a przede wszystkim zachowajcie spokój. Udawajcie, że to nie Wasze dziecko … ;-D.  A tak poważnie… Wiadomo, że niektórzy będą przewracać oczami i ostentacyjnie zaczną wyciągać stopery. Nie powinno być to dla Was istotne w tym momencie. Nie robicie nic nielegalnego zabierając swoje dziecko w podróż, oni też to kiedyś będą mieli to przed sobą. Nie zapomnijcie również o dużym zapasie cierpliwości, tego nie da się nigdzie kupić ;-).

Jeżeli twierdzicie, że „moje dziecko na pewno nie będzie płakało podczas lotu”, to cóż…mogę tylko rzecz, że oszukiwanie się, również stanowi jakaś metodę ;).

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

3 sposoby na niezapomniany Wietnam

Jakiś czas temu wspominaliśmy z Mężem podróż do Wietnamu. Przede wszystkim próbowaliśmy sobie przypomnieć co nas skłoniło do tego, żeby polecieć w ten rejon Azji. O dziwo nie znaleźliśmy odpowiedzi na to pytanie. Tak naprawdę nie wiem nawet, jakie mieliśmy oczekiwania w stosunku do tego kraju. Z perspektywy czasu mogę jednak powiedzieć, że ani kuchnia, ani ludzie, ani kultura Wietnamu  nie są wystarczającym powodem, aby udać się w to miejsce.

Ze wszystkich rejonów świata, które do tej pory widzieliśmy akurat ten zakątek Ziemi spodobał się nam najmniej. Podczas  naszej pierwszej wizyty w Indiach na początku również mieliśmy dość mieszane uczucia, jednak ostatecznie pokochaliśmy to państwo. Niestety w przypadku Wietnamu ten moment nie nastąpił. Kraj nie przekonał nas do siebie na tyle, żebyśmy za nim zatęsknili. Oczywiście to tylko nasza subiektywna opinia. Wiele osób twierdzi, że to wspaniałe miejsce. Wiadomo „de gustibus non est disputandum”, ale jednak trochę nam ulżyło, gdy spotkaliśmy na swojej drodze ludzi, którzy mieli podobne odczucia. Już się martwiliśmy, że jest coś z nami nie tak…

Bylibyśmy jednak niesprawiedliwi, gdybyśmy powiedzieli, że Wietnam nie oferuje ciekawych atrakcji. Jego piękna natura to zdecydowanie wystarczający powód, aby odwiedzić kraj sajgonek.

Poniżej przedstawiamy 3 miejsca, które koniecznie powinniście wpisać na swoją listę marzeń:

  • Trekking do jaskini Hang En

Należycie do aktywnych osób, lubicie się trochę spocić, nocować w namiocie i nie boicie się ciemności?  Trekking do Hang En  – trzeciej co do wielkości największej jaskini na świecie będzie zatem strzałem w dziesiątkę.

WP_20140706_0101.jpg

Przyznam, że na początku nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po tej wycieczce. Jednak z każdym krokiem, który zbliżał nas do jaskini, nasz zachwyt był większy.

wietnam5

Nigdy nie zapomnimy wrażenia, jakie wywarło na nas Hang En zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.

wietnam9

wietnam15

Możliwość noclegu w jaskini z dala od cywilizacji uczyniła naszą podróż niezapomnianą. Gorąco polecamy ten trekking, który okazał się highlight´em naszej podróży. Dla zachęty mogę dodać, że pierwszy dzień wyprawy kończy się kąpielą w znajdującej się wewnątrz jaskini lagunie. Po niej serwowana jest kolacja na plaży, która w pewnym momencie przeradza się w imprezę zakrapianą wietnamskim alkoholem.

dscf40281

Podczas spożywania tego wysokoprocentowego trunku zastanawialiśmy się, czy po przebudzeniu będziemy jeszcze widzieć… okazało się, że ani wzrok ani wyskokowy napój nas nie zawiódł i drugiego dnia też jeszcze niejedno zobaczyliśmy.

wietnam6

Dla mnie, jako osoby cierpiącej na klaustrofobie trekking był nie tylko przygodą, ale również walką ze swoimi słabościami. W nocy dostałam nagłego ataku paniki, przez który chciałam się  wspinać po głazach, aby tylko jak najszybciej móc się wydostać z jaskini. Dzięki postawie Męża i ulubionej muzyce, której słuchałam z telefonu w miarę szybko doszłam do siebie. Jeżeli macie podobne przypadłości lub np.: alergie nie zapomnijcie spakować do plecaka odpowiednich leków lub „uspokajaczy”. Jak już jesteśmy w temacie rzeczy, które warto zabrać ze sobą, to polecam spakowanie czołówki oraz jakiegoś okrycia głowy, aby ptaszki mieszkające w jaskini Wam nie narobiły na głowę…

wietnam12

Trekking zorganizowaliśmy przy współpracy z Oxalis Adventure Tours. To jedyny operator, który ma prawo organizować wycieczki do wnętrza Hang En. W tym samym czasie w jaskini i na szlaku przebywać może tylko jedna grupa. Dzięki temu nie trzeba obawiać się tłoku i hałasu, które są typowe dla miejsc z dużą ilością turystów. Plusem jest też to, że nikt nam nie przysłoni pięknych widoków.  

Szczegóły dotyczące trasy, wyprawy, dat i cen oraz alternatywnych wycieczek (np.: do największej jaskini na świecie) znajdziecie na stronie Oxalis: http://oxalis.com.vn/tour/hang-en-adventure-cave-camp/

  • Wyspa Cat Ba i rejs po zatoce Halong

Większość z nas na pewno chociaż raz w życiu zetknęła się z nazwą  Halong Bay. Ci, którzy mieli okazję ją zobaczyć potwierdzą, że jest przepiękna.

dscf41021

Przed wyprawą w to miejsce warto mieć na uwadze, że na jakość samej wycieczki dość istotny wpływ ma wybór miejsca rozpoczęcia rejsu. Start z wyspy Cat Ba spowoduje, że podróż będzie piękniejsza i bardziej interesująca. Decydując się na mniejszą łódź ma się możliwość dotarcia w bardziej odległe zakątki zatoki. Wiele osób startuje z miasta Halong i zwiedza to cudne miejsce w otoczeniu licznych statków i cruseir´ów. Szczerze to odradzam. Chyba, że czasowo nie możecie pozwolić sobie na dłuższy pobyt.  

Zatokę Halong można podziwiać nie tylko z pokładu statku, ale również pływając kajakiem po jej licznych lagunach z różnokolorowymi meduzami.

dscf42681Dodatkowe atrakcje stanowią spacer po Parku Narodowym Cat Ba, zwiedzanie  farmy pereł oraz pływanie w ciepłej i przejrzystej wodzie.

wietnam16.JPG

  • Plaże i miasteczko Hoi An

Biały piasek, błękitna woda, lokalne piwo i owoce morza w bardzo przystępnych cenach. Taka jest właśnie plaża w Hoi An. Z dala od przygotowanych pod zagranicznych turystów resortów w Da Nang czy Nha Trang z lokalnych touch´em w postaci drewnianego toitoi´a i trzech leżaków na krzyż.

Wietnam1

Przed południem plaża będzie należała tylko do Was. Spokój i piękne widoki gwarantowane. Mieszkańcy miasta gromadzą się na niej dopiero popołudniu, kiedy temperatura spada.

Wietnam2.JPG

Po mieście można się poruszać skuterami lub rowerami. Ten pierwszy środek transportu całkowicie odradzamy osobom, które nigdy nim nie jeździły. Oczywiście jest to super zabawa, ale dość  tragiczna w skutkach nawet przy niegroźnie wyglądającym wypadku. Zachowajcie rozwagę, mierzcie siły na zamiary i skorzystajcie z tego środka transportu, tylko jeżeli od lat jeździcie na motorze i niestraszne wam są tłumy na drogach. Inaczej przywieziecie ze sobą pamiątkę z wakacji o jakiej Wam się nawet nie śniło…

Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

Niezapomniany spacer wśród koron drzew – Beelitz

Przed nami coraz więcej ciepłych dni. Szkoda byłoby je zmarnować siedząc w czterech ścianach, dlatego zachęcamy do zaplanowania kilku aktywności poza domem. Uważamy, że nie trzeba jechać na drugi koniec świata, aby móc zobaczyć unikatowe zakątki Ziemi. Warto rozejrzeć się w swoim regionie za ciekawymi miejscami i udać się w przygodę w nieznane. Dziś prezentujemy Wam pierwszy wpis z nowej serii „Pomysł na jednodniową wycieczkę”.

120km od zachodniej granicy Polski i 50 km od Berlina  znajduje się  nieczynne uzdrowisko w Beelitz. Dziś pozostało po nim tylko wspomnienie w postaci opuszczonych budynków wyglądem przypominających  zamki. Ich mury były świadkami wielu wydarzeń, które miały miejsce nawet 100 lat temu. W 1944 roku doszło tutaj do wielkiego pożaru. Od tego czasu budowle zostały pozostawione same sobie, a miejsce ludzi zajęły drzewa i inne formacje roślinne tworząc w ten sposób nieco dziki krajobraz. Na dachach byłego sanatorium wyrósł najprawdziwszy las.

Beelitz1.jpg

Beelitz3.jpg

W tym miejscu historia, przyroda i architektura idealnie ze sobą współgrają. Budynki porośnięte dziś drzewami i pozbawione odgłosów mieszkających  w nich ludzi budzą ciekawość, ale i lekki niepokój. Udowadniają, że natura zawsze będzie starała się odzyskać  tereny, które zostały jej wydarte.  

Beelitz5.jpg

Aby ułatwić zwiedzającym podziwianie tej atrakcji wybudowano specjalną kładkę, która ciągnie się wśród koron drzew.

Beelitz2.JPG

Idąc nią można się przyglądać bujnej roślinności i opustoszałemu sanatorium.

Beelitz.jpg

Ze względu na ryzyko zawalenia wchodzić można jedynie do wybranych obiektów i tylko z przewodnikiem.

Beelitz4.jpg

Atrakcja  przystosowana jest zarówno dla rodziców z wózkami dziecięcymi, dla osób starszych, jak i osób niepełnosprawnych. Poszkodowani są jedynie właściciele psów, gdyż czworonogi nie mają tam wstępu. Na kładkę i 36-metrową platformę widokową dostać się można schodami lub za pomocą windy. Na terenie uzdrowiska znajduje się także restauracja z przebieralnią dla dzieci oraz plac zabaw. Istnieje również możliwość zorganizowania pikniku.

Kładka otwarta jest codziennie od kwietnia do października, w godzinach od 10:00 do 19:00, a zimą tylko w wybrane dni. Więcej informacji (dojazd, ceny, imprezy) znaleźć można na:  http://www.baumundzeit.de/informationen/polski.html.

Sanatorium w Beelitz to idealne destynacja na jednodniową rodzinną wycieczkę. Osoby w każdym wieku znajdą tutaj kąt dla siebie.

Muszę przyznać, że właściwości lecznicze klimatu uzdrowiska nadal działają, bo dzięki wczorajszej wyprawie pozbyliśmy się męczącego nas kataru ;-). To chyba dodatkowy atut tej atrakcji, prawda? 😉

10 rzeczy, które warto zrobić w Panamie!

Jeżeli marzy Ci się wycieczka do Ameryki Centralnej, proponujemy zacząć obcowanie z tą częścią świata od Panamy.

Mniej turystyczna i przyjaźniejsza niż sąsiadująca z nią Kostaryka, a z drugiej strony bezpieczniejsza (chyba, że wybieracie się do Darien) od jeszcze trochę dzikiej, lecz pięknej Nikaragui (to nasze drugie ulubione państwo tego regionu).

Wiele osób kojarzy ten kraj głównie z Kanałem Panamskim. Pytanie o inne atrakcje zazwyczaj wprawia rozmówce w zakłopotanie. Czy Panama oferuje coś więcej? Czy jest w stanie zapewnić wytrawnemu podróżnikowi wystarczającą ilość atrakcji?  Tak, i to w dodatku cały wachlarz! Co warto zobaczyć, gdzie pójść i co zjeść wyczytacie w przewodnikach i na różnych portalach internetowych. My przedstawiamy Wam 10 highlight´ów, które sprawią, że Wasza wycieczka po tym pięknym państwie będzie niezapomniana.

1.  Park Narodowy Coiba

Do Parku Narodowego Coiba  należy 38 wysp, w tym także sama Coiba – największa bezludna wyspa na świecie. Tak naprawdę nie jest całkowicie bezludna. Mieści się na niej baza strażników parku, którzy pracują dla rządowej organizacji na rzecz ochrony środowiska AMAN. Do ich zadań należy m.in.: wydawanie pozwoleń na wejście na teren parku. Gorąco polecamy nocleg na wyspie, który jest możliwy właśnie na terenie tej bazy.

W celu  skorzystania ze wszystkich atrakcji Parku Narodowego Coiba jest się skazanym na usługi lokalnego przewodnika. Nie uważam jednak, żeby było to coś złego. W przeciwnym wypadku to wyjątkowe miejsce zostałoby zadeptane przez turystów. Na rynku dostępnych jest sporo ofert. To w naszych rękach leży dobór odpowiedniego biura.

Jeżeli szukacie wyjątkowego przeżycia i chcecie spędzić nocleg na bezludnej wyspie w otoczeniu małpek, aguti oraz  aligatorów, to jest to właśnie to miejsce!  Znajdziecie tutaj dużo unikatowej fauny i flory – m.in. 760 gatunków ryb, płaszczki, żółwie, wieloryby i delfiny. Istny raj dla fanów snorkeling´u i nurkowania. Nam udało się zobaczyć większość żyjątek parku!

IMG_8723.JPG

Osoby preferujące „suche” atrakcje wybrać się mogą na hiking przez las tropikalny lub na wycieczkę łodzią przez las namorzynowy.

P1180716.JPG

Wiele lokalnych biur podróży oferuje tylko jednodniową wycieczkę dla osób zainteresowanych nurkowaniem lub parodniowy wyjazd na wyspę Coiba, ale z noclegiem na łodzi. My polecamy małżeństwo z Holandii, które oferuje fantastyczne kilkudniowe wycieczki dla małych grup. Współpracują z profesjonalnymi przewodnikami. Wierzcie mi, są warci każdych pieniędzy. Kontakt do nich znajdziecie na: http://tanagertourism.com/ .

2. Get lost in the villages of Veraguas and rescue the turtles!

Jeżeli znajdziecie się w prowincji Veraguas, dajcie pochłonąć  się atmosferze półwyspu Azuero. Małe wioski, które otoczone są rozległymi zielonymi terenami i  zamieszkałe przed dumnych, kochających swój kraj Panamczyków to idealne miejsce, aby zejść z ubitego turystycznego szlaku. Autostopem lub lokalnym minibusem z Santiago można dojechać do małych miejscowości półwyspu, m.in.: do Maleny.

P1180612.JPG

Znajduję się tam ochronka dla żółwi wodnych. Prowadzona jest przez miłe małżeństwo, którym nie jest obojętny los zwierząt. Marzyliście o tym, aby zobaczyć wylęg żółwi? Koniecznie odwiedźcie to miejsce. Obserwowanie, jak o własnych siłach próbują  dostać się do oceanu jest niezapomnianym przeżyciem. Można  tutaj także wziąć udział w  poszukiwaniu jaj, które ma na celu zabezpieczenie ich przed psami  i handlarzami. Najlepszym momentem na odwiedziny Maleny jest październik. PS. Zabierzcie ze sobą czołówki lub latarki.   

3.  Wjazd jeep´em na wulkan Baru

Jak można w oryginalny sposób dostać się na najwyższy szczyt Panamy? Jeepem! Wjazd na wulkan Baru w specjalnie przystosowanym do tego pojeździe oraz z profesjonalnym kierowcą, któremu niestraszne są leżące na drodze ogromne kamienie i kręte ścieżki, jest wspaniałą przygodą. Co prawda rzuca na boki i trzęsie ile wlezie, ale jaka to frajda! Adrenalina i uśmiech od ucha do ucha gwarantowany. Absolutnie nie polecamy osobom z chorobą lokomocyjną i  małym dzieciom.

DSCF4873.JPG

Nie zapominajmy  o cudownych widokach na wysokości  3477 m.n.p.m., ale to chyba oczywiste.

Zainteresowanym polecamy skorzystanie z usług firmy Boquete Safari: www.boquetesafari.com. Świetny serwis. Pracownicy mówią po angielsku oraz organizują wszystko zgodnie z umową, a nawet lepiej.

4.      Trekking na wulkan Baru

Alternatywną dla bardziej aktywnych jest możliwość zdobycia tego szczytu podczas samodzielnego trekking na wulkan. To bardziej męczący sposób, ale bogaty w piękne krajobrazy i bliski kontakt z naturą. Usatysfakcjonuje osoby, które lubią wyzwania. Dokładne i aktualne informacje na ten temat otrzymacie w Boquete, więc nie będę sie rozwodzić w temacie. Powiem tylko, że warto, ale ubierzcie się ciepło i zaplanujcie odpowiednią ilość czasu. Istnieje również możliwość wynajęcia przewodnika, m.in. przez Boquete Safari.

5. Rafting

Stęskniliście się za wodnymi atrakcjami będąc w B0quete? Co powiecie na rafting? Widoki, adrenalina i dobra zabawa! Dodatkowym bonusem jest pyszny lunch w lesie. Czego chcieć więcej. Ponownie polecamy Boquete Safari.

6.  W poszukiwaniu wielorybów…

Przyznaję, że wyprawa na wielorybie safari nie należy do najtańszych i w porównaniu do innych miejsc na świecie w Panamie jest zdecydowanie droższa. Wynika to z tego, że lokalni eksperci od turystki jeszcze nie zwęszyli w tym interesu, więc brakuje im konkurencji i zainteresowanych (dane z końcówki 2014 r). Zaletą tego stanu rzeczy jest możliwość odbycia wielorybiego safari w małej grupie i gwarancja, że będziemy jedynymi osobami w okolicy, które wypatrują tych tajemniczych zwierząt. Ann (www.whalewatchingpanama.com) – przewodniczka, która zorganizowała wycieczkę dla naszej czwórki – pochodzi ze Stanów. Bardzo wygodną motorówką zabrała nas na parogodzinną wyprawę na poszukiwanie wielorybów i delfinów oraz zwiedzanie wyspy Contadora. Misja zakończyła się sukcesem. Mieliśmy wiele zabawy wypatrując tych ogromnych ssaków, a jeszcze więcej, gdy pędziliśmy w ich kierunku, aby choć przez chwilę móc podziwiać je z bliska.         

7.  San Blas

Myśleliście, że w Panamie nie ma Indian? Nic bardziej mylnego! Jedno z plemion mieszka na cudownych wyspach San Blas i pozwala turystom zajrzeć do swojego odmiennego świata. Każda rodzina ma swoją własną wyspę. W zależności od tego, z którym z Indian z plemienia Kuna dobijesz targu, taka będzie Twoja wycieczka. Niezależnie od tego czy masz zamiar zostać na San Blas na noc czy nie, na pewno wyprawa w ten rejon Panamy będzie niezapomniana. Piękna natura, plaże pokryte muszlami, rozgwiazdy przy brzegu… Istny raj na ziemi. Na obiad zjesz to  co właśnie złapał Twój gospodarz. Niestety stan wody cały czas się podnosi, więc nie wiadomo czy w przyszłości te 365 wysp będzie jeszcze w ogóle istnieć.

P1180492.JPG

Jeżeli nie znasz języka lub nie masz czasu organizować wszystkiego sam, polecamy skorzystanie z pomocy biura Panama Travel. To firma, która współpracuje z jedną z rodzin z plemienia Kuna i pośredniczy między nią a zainteresowanymi wyprawą turystami.

8. Wycieczka na bezludną wyspę

Jak już jesteśmy w temacie dzikich wysp, to co powiecie na wycieczkę na taką, na której nikt nie mieszka? Z dala od imprezowego Bocas del Toro kryje się wyspa o nazwie Zapatillas. To istny raj na Ziemi. Myślę, że każdy dokładnie tak wyobraża sobie  Niebo.

DSCF5003.JPG

Popytajcie w Bocas del Toro w lokalnych biurach o możliwość dotarcia w to miejsce. Na wyspie Bastimentos udajcie się do właściciela TioTom´s Guesthouse (polecamy nocleg u Chrisa), który załatwi   Wam transport do wybranego przez Was zakątka tej części Panamy. Weźcie ze sobą zapas wody i jedzenia, ponieważ na wyspie nie ma nic oprócz natury.  Proszę, nie zostawcie śmieci w tym magicznym miejscu.

9.  Wycieczka na targ rybny

Z Panama City nie można wyjechać bez zjedzenia świeżych owoców morza w jednej z lokalnych knajpek przy targu rybnym. Głośna karaibska muzyka i zimne piwo są dopełnieniem tego pysznego i cenowo atrakcyjnego posiłku. Dla tego miejsca warto zrezygnować z odwiedzenia urokliwych (i drogich) restauracji w Casco Viejo.

10.  Tukany w Parku Narodowym Soberania

Osoby, które  zmęczył zgiełk miasta powinny się wybrać do Parku Narodowego Soberania na poszukiwanie Tukanów.  Bądźcie czujni i wypatrujcie ich na konarach drzew. Oczywiście spotkacie tam również inne zwierzęta. My trafiliśmy do parku jakimś nieoficjalnym wejściem i po tym, jak znaleźliśmy już ptaki o kolorowych dziobach musieliśmy przejść parę kilometrów, aby odnaleźć przystanek autobusowy.

Jeżeli zaciekawił Cię ten kraj lub  rozważasz wybranie się do tej części świata i  masz pytania m.in. co do trasy – pisz śmiało. Z chęcią pomożemy Ci ułożyć plan wycieczki lub podzielimy się informacjami dot. naszej trasy.

 

Bukareszt naszymi oczami

Jak na ciepłolubnego człowieka przystało każdej zimy marzy mi się wyjazd w jakieś gorące miejsce na ziemi. Z tego względu jako cel lutowej wycieczki zaproponowałam Rumunię…;-). Cóż, najwidoczniej muszę mieć w sobie coś z masochisty,  skoro na urlop wybieram miasto z jeszcze niższą temperaturą niż w miejscu zamieszkania. Pogodziłam się już z tym, że przez tyle lat naszą jedyną zimową wyprawą w cieplejsze rejony globu  był wyjazd do Walencji. Ach, do dziś pamiętam, kiedy w grudniu spacerowałam po jej ulicach w krótkim rękawku. Liczę na to, że któregoś dnia przestanę robić sobie na złość i wybiorę słońce, piasek i drinki z palemką.

Wiedziałam, że w Bukareszcie będzie dość zimno. Okazało się jednak, że warunki pogodowe trochę przerosły nasze oczekiwania. Stolica Rumunii przywitała nas sporą ilością śniegu i to już na płycie lotniska. Jeszcze więcej białego puchu czekało na nas w mieście. Wózkiem musieliśmy lawirować nie tylko między ludźmi, ale także między zaspami śniegu… (Wspominałam o tym już nieraz, ale powtórzę to ponownie: Jak dobrze, że mamy Stokke! Ani zimowa pogoda, ani nierówne podłoże nam z nim niestraszne!) Wielkie były również sople lodu, które majestatycznie zwisały nad głowami przechodniów i czekały na dogodny moment, aby spaść w dół (i w idealnym przypadku w kogoś trafić).

DSCN40951.JPG

Przyznam szczerze, że zignorowanie minusowych temperatur wymagało sporego samozaparcia. Jednak bezchmurne niebo, promienie słońca odbijające się od śniegu i puste żołądki zmotywowały  nas pierwszego dnia do wyjścia z naszej bazy mieszkalnej (ponownie skorzystaliśmy z portalu Airbnb – podziękowania dla przesympatycznej Leili).

Czy było warto marznąć na zewnątrz, chodzić z czerwonym nosem jak renifer Rudolf lub w przypadku niektórych, ubolewać nad przemoczonymi butami? Zdecydowanie tak! Zresztą staraliśmy się nie koncentrować na tak błahych sprawach, ponieważ Bukareszt nas całkowicie pochłonął!

B26C132D-7508-4739-9E5B-7CEE9042D8C71.jpg

Słyszeliśmy sporo niezbyt pochlebnych opinii na temat stolicy Rumunii i sami  mieliśmy niekoniecznie pozytywne wyobrażenie o tym mieście. Podczas tego wyjazdu przekonaliśmy się o tym, w jak wielkim błędzie byliśmy.

DSCN4086.JPG

Po pierwszych przejechanych kilometrach z lotniska w kierunku centrum Bukaresztu kłębiły się w mojej głowie różne skojarzenia. Zwisające na słupach i splątane ze sobą kable elektryczne, które ciągnęły się wzdłuż drogi przypominały mi kraje azjatyckie. Z drugiej strony nieukończone budynki, wybudowane przy ulicy, wzdłuż której poustawiane były słupy elektryczne przypominały miasta Ameryki Centralnej. Zastanawiałam się, jakie będzie to miasto.

Już pierwszy spacer dał nam odpowiedź na to pytanie. Najtańsza stolica Europy w niczym nie przypomina Sofii (a tego się spodziewaliśmy). Przede wszystkim ma normalnej wysokości krawężniki, a przynajmniej w większości ; -) (nawiązanie do wpisu: Z perspektywy rodzica – Sofia ). Poza tym mieszanka historycznej, socrealistycznej i nowoczesnej zabudowy tworzy urokliwą scenerię i powoduje, że miasto prezentuje się bardzo ładnie.

WP_20170210_14_27_39_Rich_LI1.jpg

Zarówno szerokie aleje, np. Aleja Zwycięstwa, jak i małe wąskie uliczki zachęcają do spacerów. Przechadzając się po nich, natknąć się można na przepięknie zdobione budowle, a także takie, po których widać, że czasy świetności mają już za sobą.  

DSCN4084.JPG

Mieszkańcy Bukaresztu nie mogą również narzekać na brak parków. Jednak przykryte białym puchem niespecjalnie rzucały się w oczy.

DSCN41031.JPG

Najwięcej sprzecznych emocji wywołał w nas Pałac Parlamentu (Pałac Ceausescu).  Jego rozmiar przytłacza. Po Pentagonie jest to drugi co do wielkości budynek na świecie.  Co ciekawe, okrzyknięto go najbrzydszą i równocześnie najpiękniejszą budowlą miasta. O gustach się nie dyskutuje, więc nie ma sensu debatować o tym, który tytuł został przyznany słusznie. Osobiście nie chciałabym go oglądać codziennie w drodze do pracy. Zresztą nie jest to tutaj istotne. Pytanie, które pojawiło się w mojej głowie, gdy tylko zbliżyliśmy się do Pałacu Parlamentu i które do dziś mnie nie opuściło brzmi: „Jak wielkim trzeba być megalomanem, aby wybudować tak ogromny i zupełnie niepotrzebny budynek?!” Chyba co najmniej tak wielkim, jak sam projekt budowlany. Nie wspominając już o smutnym losie biednych obywateli Rumunii, którzy przez 22 lata rządów Ceausescu już i bez jego szaleńczych zapędów przebudowy miasta wystarczająco się nacierpieli. W planie mieliśmy wycieczkę po wnętrzach dawnego Domu Ludowego. Próbowaliśmy przez 3 dni. Niestety z powodu protestów możliwość zwiedzania pomieszczeń tego najsłynniejszego zabytku Bukaresztu została tymczasowo wstrzymana. Mogliśmy wejść jedynie do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które mieści się w jednym ze skrzydeł Pałacu. Muszę przyznać, że im bliżej tego gmachu staliśmy, tym większe niezrozumienie wzbudzał w nas pomysł dyktatora. Może, gdy ponownie wrócimy do tego pięknego kraju i uda nam się wejść do środka gmachu Ceausescu będę w stanie choć w minimalnym stopniu zrozumieć ideę, która przyświecała temu projektowi.

WP_20170212_13_57_24_Rich_LI1.jpg

Dzięki pieszym wycieczkom i przejażdżką wynajętym samochodem mogliśmy obejrzeć miasto i okolice z różnych stron. Codziennie utwierdzaliśmy się w opinii, którą jednogłośnie wydaliśmy  pierwszego dnia. Bukareszt to bardzo urokliwe miasto. Jednak kierowcy mogliby stosować więcej przepisów ruchu drogowego, a mniej klaksonów.

Każdego dnia zastanawiałam się nad tym, dlaczego ktoś powiedział, że stolica Rumunii jest brzydka?! No właśnie… Dlaczego? To chyba głównie nasze uprzedzenia zbudowały nieprzychylny obraz stolicy Rumunii w naszych głowach. Na szczęście różni się on od napotkanej rzeczywistości. Niech to będzie lekcją dla nas wszystkich, że zdanie o danym kraju powinniśmy budować będąc już na miejscu i że z uprzedzeniami trzeba walczyć, m.in. za pomocą podróży.  

 

 

 

 

 

Narty z małym dzieckiem – czy warto?

Nie tylko lato mobilizuje do wycieczek. Zima to okres, w którym zmarzluchy uciekają do ciepłych krajów, a fani śniegowego puchu oddają się białemu szaleństwu w górach. Jest jeszcze kategoria osób, które ja określam jako „Chciałbym, ale nie mogę”.  Z namiętnością opowiadają, że z chęcią by gdzieś pojechały, ale coś stoi im na przeszkodzie. W porze zimowej są to np. zbyt niskie, a latem zbyt wysokie temperatury…

W naszej rodzinie to w kompetencjach Pana Męża spoczywa organizacja wyjazdów na narty. Jeżeli chodzi o moją osobę, to w styczniu/ lutym uciekłabym najchętniej w jakieś upalne miejsce. Mama uczyła mnie jednak, że bycie egoistką to kiepska cecha charakteru, dlatego nie bojkotuje jego pomysłów.  W tym roku pomysł wyjazdu na narty wydawał mi się jednak dość absurdalny. Mamy w domu 15-miesięczną córkę, która dopiero co odkryła, że nogi służą też do chodzenia. Co prawda wspaniale dotrzymuje nam kroku podczas wycieczek, ale przecież na narty jej nie wsadzę. Wiadomo, że z dzieckiem zostałabym ja. Nie należę do wielkich fanów jazdy na nartach i nie czułabym się poszkodowana tym, że omija mnie zabawa na stoku.  Jednak myślałam sobie „Co ja będę zatem robić w górach przez tydzień, jeżeli nie mogę jeździć na nartach”. Moje wątpliwości rozwiała informacja, że  na urlop jedziemy wspólnie z przyjaciółmi i szczęśliwymi rodzicami 11-miesięcznej córki. Perspektywa towarzystwa podczas m.in.: spacerów ostatecznie przekonała mnie do tego pomysłu.

Obecność dziecka podczas narciarskiego urlopu zmienia kryteria wyboru miejsca wyjazdu. Szczególnie, gdy zabieramy ze sobą pociechę, która jest za mała, aby opanować tajniki jazdy  na dwóch deskach. Do tej pory wybierając miejsce na zimową wycieczkę kierowaliśmy się przede wszystkim: ilością tras zjazdowych, odpowiednimi warunkami na stoku, ilością śniegu, cenami piwa i ewentualną szansą na słońce (to moje kryterium). W tym momencie warunkom noclegowym oraz możliwością spacerowym czy rodzinnym atrakcjom przypisuje się większe znaczenie niż ilości tras zjazdowych.

Czy urlop narciarski z małym dzieckiem ma zatem sens?

Cóż miałoby być w tym niesensownego (tak, teraz jestem taka mądra, bo przeżyłam to na własnej skórze parę dni temu 😉)? Zacznijmy od tego, że jeszcze nie słyszałam o przypadkach, aby górskie powietrze komuś zaszkodziło, a wręcz przeciwnie – uszczęśliwi całą rodzinę. Jestem przekonana o tym, że nawet osoby, które nie jeżdżą na nartach, nie pożałują wybrania się na taką wyprawę. Będą to chwile, które spędzimy razem z dala od codziennych obowiązków. Zyskamy przy tym odrobinę czasu dla siebie i dla dziecka. Poza tym, jak w przypadku każdego nowego doświadczenia dostarczamy naszemu szkrabowi nowych bodźców i oswajamy je ze światem. O tym czy warto podróżować z dziećmi pisałam już w poprzednim wpisie: https://bodychtravellers.com/2016/10/26/podroz-z-dzieckiem-czy-warto/

Wyjazd na narty z najmłodszym członkiem rodziny różni się jednak od innego rodzaju podróży. Na pewno ilość czasu, który spędzimy w składzie: mama, tata i potomek będzie mniejsza niż np.: podczas tygodniowej wycieczki samochodowej. Z tego względu w trakcie trwania narciarskiego urlopu nie wolno zapomnieć o sprawiedliwym podziale obowiązków. W przeciwnym razie któraś ze stron będzie czuła się wykorzystana i nie będzie czerpała radości z wyjazdu. Sprawi to, że wspólna wycieczka straci sens. Jeżeli nie jesteśmy wielkimi narciarzami, to pewnie łatwiej będzie nam odpuścić codziennie nakładanie na siebie narciarskiego wyposażenia. Jednak dobrze by było, gdyby partner, który szalał na stoku cały dzień odciążył nas wieczorem. W końcu nam też należy się trochę czasu dla siebie. W sytuacji, gdy oboje chętnie uprawiamy ten sport, pomyślmy o regularnej zmianie warty przy dziecku. Podczas naszego styczniowego urlopu w górach sama byłam świadkiem idealnego przykładu sprawiedliwego podziału obowiązków. W naszym hotelu spotkaliśmy wielopokoleniową rodzinę: najmłodszego członka – Evelyn, jej rodziców oraz dziadków. Każdego dnia dorośli zmieniali się na posterunku. Codziennie kto inny był odpowiedzialny za pilnowanie dziewczynki i wymyślanie coraz  to nowych zabaw. Jednego dnia do południa zajmował się nią dziadek, po południu babcia. Kolejnego ranka opiekę nad córką przejmował tata, a po nim mama. I tak przez cały tydzień. Każdy miał szansę pojeździć, ale też przyjemnie spędzić czas z dzieckiem. Wydaje mi się, że rozsądne byłoby też podzielenie opieki pod względem dni, np.: od niedzieli do wtorku włącznie jeździ jeden rodzic, a od środy do końca pobytu drugi.

74FA815E-F6C8-4966-8A4D-273A393382871.jpg

Wyjazd na narty z małym dzieckiem ma jednak jedną dużą wadę – wiąże się z lekkim poczuciem osamotnienia. Każdy z rodziców pozostaje przez większą część dnia sam. Jeden z nich opiekuje się dziećmi, drugi w pojedynkę szusa po stokach. Jeżeli nie czerpiesz przyjemności z samotnej jazdy lub spacerów z wózkiem bez rozmów, to zabierz ze sobą przyjaciół! 🙂

To właśnie Ty wylosowałeś opiekę nad dzieckiem i zastanawiasz się, co masz począć, aby urozmaicić sobie i dziecku pobyt w górach?

  • Spacer

Przede wszystkim spacery, dużo spacerów! Pchanie wózka w nowej scenerii jest urozmaiceniem codziennego dreptania udeptanymi drogami przy domu. Z doświadczenia wiem, że górskie powietrze działa na dziecko, jak środki nasenne na dorosłego.  Pamiętajmy, że spacer z wózkiem po śniegu ma być przyjemnością, a nie ciężką pracą fizyczną. Dlatego przed wyjazdem upewnijmy się, że nasz „dzieciowóz” posiada „zimówki’.  Wózki z plastikowymi kołami mogą mieć problemy. Nasz czterokołowiec firmy Stokke sprawdzał się już w różnych warunkach i na różnym podłożu.  Podczas tego urlopu mieliśmy szansę przetestować go na śniegu. Ponownie przekonaliśmy się, że ten zakup był strzałem w dziesiątkę. Polecamy Stokke Trailz!

  • Jazda na sankach

Omija Cię właśnie białe szaleństwo na nartach? Zastąp je sankami. W wielu ośrodkach można je wypożyczyć, a czasem nawet kupić. Uważam, że to fajna i praktyczna pamiątka z wycieczki. Sanki to na pewno świetny środek transportu na śniegu. Podczas spaceru można nimi zastąpić wózek. Dodatkowo ich klasyczne zastosowanie, czyli do zjazdów z górki wywoła uśmiech zarówno u dorosłego jak i u dziecka.

img-20170109-wa00111

  • Przejazd gondolą

Kolejną formą urozmaicenia sobie czasu jest przejazd gondolą. Zwróćmy tylko uwagę na wysokość, na którą wjeżdżamy, aby uniknąć problemów zdrowotnych u dzieci. Do gondoli można wejść z wózkiem (o ile zmieści się w drzwiach), ale nie z sankami. Przekonałyśmy się o tym z Ciocią Alą na własnej skórze. Nasz misterny plan spacerów po górach legł w gruzach, gdy obsługa kazała nam zostawić zimowy sprzęt na dole…Nie odpuściłyśmy sobie jednak przejażdżki. Wzięłyśmy córeczki na ręce i wsiadłyśmy do gondoli. Na szczycie dzieci chwilę pohasały na śniegu, a potem nagle ogarnęło je wielkie zmęczenie. Mówiłam już, ze górskie powietrze działa jak środki nasenne? Spacer skończył się w skibarze, gdzie „musiałyśmy” zrelaksować się na leżakach razem ze śpiącymi bobasami. Straszna wizja, prawda?! ;-P.

IMG-20170109-WA00161.jpg

  • Salon zabaw

W ramach urozmaicenia warto rozejrzeć się za salą zabaw dla dzieci.  W takich miejscach istnieje szansa poznania innych rodziców.

Teraz przyszedł czas na chwilę szczerości: Tak jak na początku nie byłam przekonana do tegorocznego wyjazdu, po fakcie stwierdzam, że był to jednak bardzo dobry pomysł. Tydzień, wypełniony nowymi zabawami i uśmiechami dzieciaków, szybko zleciał. Pan Mąż nie zawiódł. Specjalnie wracał wcześniej ze stoku, aby móc jeszcze oddać się szaleństwu na sankach lub w bawialni z naszą córką. Dzięki temu cała opieka nad nią nie spadła tylko na mnie. My z Ciocią Alą mogłyśmy sobie poplotkować podczas długich spacerów. Wieczorami siedzieliśmy razem z naszą małą grupą przy dobrym winku, jeszcze większej ilości jedzenia i odpoczywaliśmy po całym dniu pełnym wrażeń.

Narty z małymi dziećmi nie brzmią tak źle, prawda? My spędziliśmy miło czas, a nasze dziecko dostało nową dawkę pozytywnych wrażeń i miało szansę swoje nowe umiejętności , czyli stawanie kroków ćwiczyć na francuskiej ziemi.

Sezon narciarski dopiero się zaczął. Przekonajcie się sami o tym, że z małymi dziećmi nawet na narty warto pojechać!