Szlakiem Cabot´a – część IV

Ostatni dzień naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapowiadał się dobrze już od samego rana. Wyjątkowo nie obudził nas dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet okna, a niebo było niebieskie.  Po sytym śniadaniu i miłych rozmowach z innymi gośćmi w naszym Bed & Breakfast w Margaree Harbour ruszyliśmy na ostatnią przejażdżkę po Cabot Trail. Ta trasa skąpana w promieniach słońca prezentowała się jeszcze piękniej, więc przez większość drogi zbieraliśmy szczęki z ziemi.

Głównym celem tego dnia była wędrówka po Skyline Trail w Parku Narodowym Cape Breton Highlands. Ten pieszy szlak słynie z oszalamiających widoków i dużej ilości gatunków zwierząt, które można spotkać po drodze. Nie marzyłam o bliskim spotkaniu z niedźwiedziem, ale liczyłam, ze chociaż zza drzew wypatrzę łosia. Los sprawił, że spotkałam tego zwierzaka w tym dniu dwa razy. 

Gdy dojechaliśmy na parking chwilę po nas podjechało kolejne auto. Wyskoczyła z niego pani, która oznajmiła wszem i wobec, że łosie właśnie przeszły przez szosę. Pewnie zmierzały do tej części parku, więc szansa, że zaraz znajdą się blisko nas była bardzo duża.  Chwilę później naszym oczom ukazały się urocze stworzenia. 

DSCN3412.JPG

Pani łoś wraz ze swoimi dziećmi próbowała przejść przez parking. Jedyną przeszkodą byliśmy my, ludzie. Bylo nas więcej, więc zwierzęta widziały w nas zagrożenie.  Niektóre osoby zamiast stanąć z boku i się na chwilę uciszyć, to biegały za nimi z aparatami wzdłuż ścieżki pokrzykując przy tym wesoło. Zwierzęta nie mogły wejść na drogę. Stwierdziłam, że nie mogę na to patrzeć. Powiedziałam więc zgromadzonym, że łosie próbują przejść na drugą stronę, a nasza obecność i krzyki je stresuje. Podziałało. Spragniona wrażeń gromadka uspokoiła się, zwierzaki udały się w wybrane miejsce, a ja zobaczyłam je z bliska w najmniej spodziewanym momencie. Czekałam na to parę tygodni. Byłam więc usatysfakcjonowana. Na szlaku mogłam zatem spokojnie skupić sie na pięknym krajobrazie oraz  na tym , aby NIE spotkać niedźwiedzia. Po tym, jak w moje ręce wpadła ulotka parku, która dotyczyła sposobów postępowania na wypadek bliskiego spotkania z drapieżnikami, to ostatnie na co miałam ochotę to walka z „Mihem”, jakby to powiedziała  nasza córka. Złota rada kanadyjskich ekspertów na przeżycie spotkania z tym zwierzakiem brzmi:

Jeżeli wypatrzyłeś niedźwiedzia, a on Ciebie i nie było mu to obojętne, to sposób w jaki musisz się w takiej sytuacji zachować zależy od jego postawy. Jeżeli niedźwiedź nie chce Cię wyeliminować tylko jako ewentualnego niebezpieczeństwa, tylko jest to atak drapieżny, powinneś walczyć wszystkim, co przy sobie masz. Błędem jest kładzenie się na ziemi i udawanie trupa.

Jak u licha zwykły Kowalski ma w przeciągu paru sekund ocenić, czy zwierzę się tylko broni czy zobaczyło w nas smaczny kąsek? Poza tym wiedziałam, że z przedmiotami, które schowaliśmy do plecaka nasze szanse na zwycięstwo wynoszą O %, więc wynik tej bitwy był z góry przesądzony.  

Idąc szlakiem rozmawialiśmy głośno zgodnie z zaleceniami z ulotki, aby nie zaskoczyć kryjącej się w krzakach zwierzyny. Problem był w tym, że niezawsze chciało nam się prowadzić konwersacje. Widoki byly takie cudowne, że woleliśmy skupić  się na otaczającej nas przyrodzie. Przez jakiś odcinek drogi szliśmy więc w ciszy. No i stało się. Po lewej stronie ścieżki zza drzew usłyszeliśmy szelest. Następnie wypatrzeliśmy pana łosia z wielkim porożem, który był tak samo zaskoczony naszą obecnością, jak my jego. Zaczęliśmy powoli się wycofywać nie spuszczając go przy tym z oka. Pan łoś postanowił przyjrzeć się nam z bliska i powoli kierował się w naszym kierunku.

Co zrobić, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji? Kanadyjski ekspert radzi:

Gdy zobaczysz łosia nie uciekaj w panice. Szansa, że uda się wtedy za Tobą w pogoń  jest bardzo duża. Zacznij powoli się cofać nie spuszczając go z oczu. Jeżeli ruszy w Twoim kierunku w przyspieszonym tempie zadbaj o to, aby między Wami znalazły sie drzewa. To spowoduje, że nie będzie on mógł wymachiwać porożem ani swobodnie się poruszać.  Ty w ten sposób zredukujesz ryzyko, że zostaniesz przez niego stratowany.

Byliśmy zatem gotowi w każdej chwili wskoczyć w głęboki las i ukryć się między drzewami. Dziecko mieliśmy w nosidle, zatem mogliśmy się całkiem sprawnie poruszać. Powoli oddaliliśmy się cały czas bacznie obserwując każdy jego ruch.

Łoś wszedł majestatycznie na ścieżkę i ukazał nam się w całej swojej okazałości. 

DSCN3422

Spojrzał się na nas, stwierdził: „Phi, żadne z Was zagrożenie“ i poszedł dalej. Uffff, odetchnęliśmy  z ulgą, a zastrzyk adrenaliny sprawił, że nawet nie wiem kiedy oddaliliśmy się od miejsca naprawdę bliskiego spotkania. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście  tego dnia.

DSCN3425.JPG

Dalej czekały już na nas tylko cudowne widoki, błękit oceanu i świergot ptaków. Na końcu trasy spoczęliśmy w specjalnie przygotowanych do tego miejscach (tak, Kanada to kraj ławek w lesie 😆) i razem z innymi turystami podziwialiśmy otaczającą nas naturę, a przy okazji chwaliliśmy się im jak dzieci, tym co nas spotkało.

DSCN3461.JPG

Gdybyśmy jeszcze ze znajdującej się tam platformy widokowej na wzgórzu wypatrzyli wieloryby, to ten dzień byłby więcej niż perfekcyjny. Wiadomo jednak, w życiu nie można mieć wszystkiego :P.

Z tego względu, że Skyline Trail spełnił wszystkie nasze oczekiwania, a ja mogłam zrealizować swoje marzenie,  nie mieliśmy juz potrzeby szukania dalszych wrażeń ani w parku ani na Cabot Trail.

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej.

DSCN3473.JPG

Po drodze pooglądaliśmy jeszcze trochę  krajobrazów z przydrożnych punktów widokowych. Następnie udaliśmy się  do naszej ostatniej atrakcji na Cape Breton. Zwiedziliśmy destylarnie whisky Glen Breton, gdzie również można skosztować tego trunku. Znajduje się ona w miejscowości  Glenville. Glen Breton  Rare to pierwsza single malt whisky wyprodukowana w Ameryce Północnej. Trochę na nią w tej części świata poczekali, bo udało się to dopiero w 2000 roku. Więcej informacji dostępnych jest na: http://www.glenoradistillery.com/glenora-whiskey/   

Zadowoleni z realizacji naszego planu w 200% w tej części Kanady i pełni wrażeń udaliśmy się w drogę powrotną w kierunku Toronto.

Wspólnie z Panem Mężem odwiedziliśmy już wiele zakątków świata. Ten zapiera dech w piersiach i dostarcza wielu wrażeń. W rankingu naszych ulubionych regionów Cape Breton zajął bardzo wysoką pozycję. To miejsce, które zdecydowanie przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. W końcu nie bez powodu okrzyknięto  Cape Breton jedną z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Szlakiem Cabot´a – część III

Następnego dnia pogoda nie mogła się zdecydować, czy chce nam zafundować trochę słońca czy postraszyć deszczem. Warunki były jednak o wiele przyjemniejsze i zachęcały do aktywności na zewnątrz.  W planie mieliśmy m.in.: przejechanie ostatniego odcinka Cabot Trail aż do Cheticamp.

Po drodze odwiedziliśmy rybacką wioskę Pleasant Bay, w której mieszka ok. 150 osób. Mieszkańcy cenią sobie życie z dala od zgiełku dużych metropolii.

DSCN3375.JPG

Oprócz dziewiczej natury w tej okolicy znajduje się buddyjski klasztor Gampo Abbey. Założony został w 1983 roku przez buddyjskiego mnicha Chögyam Trungpa. Niestety nie załapaliśmy się na wycieczkę po jego wnętrzach.

DSCN3376

Udało nam się obejrzeć jedynie budowlę z zewnątrz.  Zwiedziliśmy również stupę, która symbolizuje przebudzony umysł Buddy.  Sam budynek klasztoru wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej. Spodziewaliśmy się budowli podobnych do tych, które widzieliśmy w Azji. W to miejsce jednak warto przyjechać, aby zobaczyć z bliska życie mnichów, dowiedzieć się czegoś o buddyzmie oraz ze względu na rewelacyjne położenie klasztoru. Więcej informacji o Gampo Abbey znajdziecie tutaj: https://gampoabbey.org/tours-2/.

Pleasant Bay słynie również z najlepszego  wielorybowego safari na Cape Breton. Nie skorzystaliśmy jednak z tej opcji. Po pierwsze siedzenie na łodzi w deszczu to średnia przyjemność, a po drugie wieloryby udało nam się zobaczyć kilka tygodni wcześniej w Les Bergeronnes, w prowincji Quebec.

Nie zabawiliśmy długo w tej części wyspy. Ze względu na niewielką ilość turystów i kiepską pogodę za wiele się w tym miejscu nie działo, a leżenie na plaży z wiadomych względów nie wchodziło  w grę.

Postanowiliśmy pojechać dalej w kierunku Parku Narodowego Cape Breton Highlands. Niestety nie mieliśmy przy sobie żadnej mapy parku, w której zaznaczone byłyby szlaki, ich długość oraz stopień trudności. Pierwszego dnia naszego pobytu na Wyspie Cape Breton zapomnieliśmy o to zadbać przejeżdżając obok informacji turystycznej. Stwierdziliśmy, że prędzej czy później trafi się ponownie jakaś okazja na jej zdobycie.

DSCN3345.JPG

Za nim się taka szansa nadarzyła wypatrzeliśmy po drodze jedną z pieszych tras parku, która prowadzić miała do Beulach Ban Falls. Jako fani wodospadów stwierdziliśmy, że robimy tutaj kolejny stop naszej samochodowej wycieczki i idziemy.

DSCN3317.JPG

Spacer do celu okazał się niestety zbyt krótki.  Postanowiliśmy więc podążyć jeszcze innym szlakiem, który znajdował się w tym miejscu. Oczywiście nie znaleźliśmy jego długości przez co nie mogliśmy oszacować ile czasu potrzebujemy na tę wędrówkę. Droga wyglądała jednak na dość łatwą i szeroką, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy hiking bez informacji o szlaku.

Błąd! Jeżeli nie wiesz, ile kilometrów masz do przejścia, jaki poziom trudności ma trasa, nie dysponujesz odpowiednią ilością wody pitnej, a dodatkowo w nosidle niesiesz dziecko, nie wybieraj się na hiking.

Szkoda, że wtedy tacy mądrzy nie byliśmy. Dziś wiemy, że droga, którą szliśmy to 10 kilometrowy Aspy Trail, a wędrówka po nim nie jest zwykłym spacerem.

DSCN3333

Trasa z początku bardzo nam się podobała. Delektowaliśmy się ciszą i zapachami lasu.

DSCN3334.JPG

Co prawda brakowało jakichkolwiek oznaczeń, jak to w Kanadzie, ale za to co jakiś czas widzieliśmy ławeczki,  na których można było sobie spocząć.DSCN3340

Im dalej w las, tym ścieżka robiła się węższa. Po jakimś czasie dotarliśmy do małej chatki, która służyła jako schronienie dla osób, które się zgubiły, źle oszacowały czas lub chcą się ukryć przed niedźwiedziem. Na szczęście żaden z tych przypadków nie dotyczył nas.

W środku znaleźliśmy zarys trasy. Wyczytaliśmy z niego, że do końca mamy jeszcze 4 km. Zdecydowaliśmy się więc na dalszą wędrówkę. Niestety od tego momentu zmienił się poziom trudności. Ścieżka zaczęła prowadzić w górę i była coraz węższa.

DSCN3342.JPG

Jak na złość zaczął padać deszcz. Poza tym informacja dotycząca długości szlaku na mapie w chatce okazała się fałszywa lub my ją źle odczytaliśmy, więc jak się zapewne domyślacie do przejścia mieliśmy więcej niż 4 kilometry. Na naszej drodze coraz częściej zaczęły pojawiać się odchody zwierząt. Nie jestem ekspertem od zwierzęcych „numerów dwa”, więc nie wiem kto zostawił dla nas taką niespodziankę. Nawet gdyby był to łoś, to w tych okolicznościach nie miałabym ochoty na bliskie spotkanie. Wtedy albo musielibyśmy uciekać w las albo turlać się w dół po stromym, zalesionym zboczu. Rajcujące opcje, nieprawdaż? Miejscami wędrówka zmieniała się we wspinaczkę, połączoną ze ślizganiem na błocie. Zastanawialiśmy się, w jakim stanie będzie trasa, gdy będziemy wracali do samochodu. Oczywiście nadal deklarowaliśmy chęć dojścia do końca trasy.

DSCN3343

Jednak  wraz z zagęszczającą się mgłą i zwiększającymi się opadami zaczął odzywać się w nas głos rozsądku, który kazał nam zawracać. W pamięci mieliśmy też naszą przygodę sprzed paru lat. Podczas schodzenia z wulkanu Concepción na wyspie Ometepe w deszczu wywróciłam się i wybiłam sobie nadgarstek.  Przez resztę trasy byłam skazana na asystę Pana Męża. Teraz towarzyszyła nam nasza córka, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na takie dodatkowe wrażenia. Przecież jesteśmy rodzicami i to odpowiedzialnymi…ponoć. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że musimy podjąć „męską” decyzję: iść dalej czy zawracać.

Stwierdziliśmy, że wolimy być żywymi leszczami niż wrócić z podróży jako kaleki i idioci, którzy wybrali się na hiking bez informacji o trasie. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie na wypadek, gdyby to miałoby być nasze ostatnie wspólne zdjęcie i zaczęliśmy zawracać. Schodząc w dół modliliśmy się o to, aby ścieżka jeszcze istniała. Powrót przebiegł na szczęście bez przygód. Trafiliśmy bez przeszkód na parking, gdzie czekał na nasz nas samochód i woda pitna.

Tego dnia nie mieliśmy już więcej ochoty na spacery i obiecaliśmy sobie, że bez mapki nie chodzimy na piesze wędrówki. Grzecznie pojechaliśmy dalej, zatrzymując  się od czasu do czasu przy kolejnym punkcie widokowym.

DSCN3369

Ścieżek dla pieszych minęliśmy sporo, ale trzymaliśmy się umowy, choć pokusa była duża. Największa, gdy przejeżdżaliśmy obok Skyline Trail. Doszliśmy jednak do wniosku, że w taką pogodę i w przemoczonych ciuchach hiking nawet po najładniejszej trasie nie ma sensu. Na szczęście pod koniec dnia, gdy dojechaliśmy do Cheticamp wypogodziło się.

WP_20160815_17_21_27_Rich_LI

Zanim udaliśmy się do naszej noclegowni w Margaree Harbour pozwoliliśmy więc sobie na krótki spacer po plaży i po Cheticamp.

WP_20160815_17_20_22_Rich_LI.jpg

Końcowy odcinek Cabot Trail nas zachwycił. Ustaliliśmy więc, że następnego dnia przejedziemy ten odcinek jeszcze raz  i wrócimy do parku, aby przejść się Skyline Trail. Poza tym nie spotkałam jeszcze łosia, a bez tego doświadczenia nie miałam zamiaru wyjeżdżać z Kanady.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część II

Życie to nie koncert życzeń, więc następnego dnia oczywiście zabrakło słońca. Rano obudził nas deszcz, który uderzał w parapet okna. Nasze dobre humory zniknęły razem z błękitnym niebem.  W końcu przyjechaliśmy tutaj dla widoków i szwędania się po szlakach dla pieszych. W takim deszczu to ani przyjemnie ani bezpieczne, a widoczność średnia. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy licząc na to, że pogoda się polepszy. Dojechaliśmy do najbardziej oddalonego na północ punktu Wyspy Cape Breton: Meatcove.

DSCN3236.JPG

Tam zobaczyliśmy jeszcze lepszą miejscówkę do spania niż nasza. Pole campingowe na klifie. Człowiek budzi się rano i jedyne co dzieli go od oceanu, to parometrowa przepaść. Marzenie.

DSCN3254.JPG

Choć niekoniecznie idealne miejsce na nocleg, gdy towarzyszą Wam małe dzieci. Wokół tylko natura i żadnych domów w pobliżu. Niestety warunki pogodowe nie pozwalały na hiking przez las, więc pospacerowaliśmy po kamienistej plaży.

DSCN3260.JPG

Następnie pojechaliśmy do White Point.  Aby dostać się w to miejsce z północy wyspy trzeba ponownie przejechać krótki odcinek Cabot Trail. Kiedyś znajdowała się tu francuska wioska rybacka, gdzie trudniono się połowem homara. Dziś pozostały po niej tylko kamienie i groby nieznanych marynarzy.

DSCN3296.JPG

Odwiedzający trafiają do tego miejsca obecnie głównie ze względu na możliwość hiking´u po okolicznych wzniesieniach.

WP_20160814_15_33_59_Rich_LI.jpg

W deszczu przeszliśmy większą część dostępnego szlaku, który nawet przy tak niesprzyjającej pogodzie był bardzo atrakcyjny.

DSCN3300.JPG

WP_20160814_15_44_18_Rich_LI.jpg

Przemarznięci i przemoczeni postanowiliśmy rozgrzać się przy jakimś dobrym jedzonku. W tym celu udaliśmy się samochodem do miejscowości Neil´s Harbour. Podczas gdy my wcinaliśmy  ciepłą zupę, za oknem szalał wiatr i deszcz, a w małej zatoczce kołysały się kutry rybackie. Idealna pogoda do spędzenia czasu na zewnątrz, prawda? 😉

WP_20160814_16_59_40_Pro_LI.jpg

Nie zniechęciło nas to jednak do dalszego zwiedzania. Ustaliliśmy tylko, że rezygnujemy ze spacerów, bo szkoda nam było naszej córki. Tak naprawdę była to tylko wymówka. Dziecko wyglądało na zadowolone, po prostu my nie chcieliśmy już moknąć.

Gdy jechaliśmy Cabot Trail zauważyliśmy znak, który pokazywał, że w okolicy znajduje się miejsce, do którego przybył żeglarz John Cabot w 1497 roku. Spodziewaliśmy się, że będzie to  na którymś odcinku właśnie tej drogi widokowej. Okazało się, że na tej słynnej trasie jest tylko znak. Po jakiś 30 minutach szukania, kręcenia kółeczek ostatecznie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Na plaży,  która oczywiście znajdowała się poza szlakiem (…logiczne, nie? :-P), odnaleźliśmy tablicę pamiątkową oraz pomnik Cabot`a.  

Po tym punkcie naszego programu z czystym sumieniem mogliśmy wrócić do motelu w Bay St. Lawrence i się trochę podsuszyć. Zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepiku, aby mieć z czego przygotować kolację. Późne popołudnie przeznaczyliśmy na podpatrywanie oceanu z okien naszego pokoju i suszenie ubrań.

Czytaj dalej tu.

Szlakiem Cabot´a – część I

Latem 2016 roku  w ramach naszej 6-tygodniowej podróży po Kanadzie zwiedziliśmy m.in. Wyspę Cape Breton. Higlight´em tego regionu jest Cabot Trail. Szlak Cabot‘ a to 300 km trasa widokowa, która prowadzi przez Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz wzdłuż wybrzeża wyspy. Zaczyna się ona w Cheticamp, a kończy w Baddeck. Więcej o niej przeczytacie tu.

Spośród wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy podczas naszego wyjazdu, to spodobało nam się najbardziej. Można by rzec, że była to wisienka na naszym kanadyjskim torcie.

Wiele osób przejeżdża 300 km szlak Cabota´a w ciągu jednego dnia. Jako osoby kochające naturę i preferujące parki narodowe niż centra zachodnich miast z góry zadecydowaliśmy, że poświęcimy na tę trasę więcej czasu. W naszej decyzji utwierdzaliśmy się za każdym razem, gdy każdy napotkany Kanadyjczyk po tym, gdy dowiedział się, że wybieramy do tej części Kanady reagował z zachwytem i zazdrością. „To musi być jakieś fantastyczne miejsce” myśleliśmy sobie.

DSCN2942.JPG

Zwiedzanie Wyspy Cape Breton rozpoczęliśmy w Baddeck, które leży na zachodnim brzegu Jeziora Bras d’Or. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na odwiedzenie dwóch muzeów. Pierwsze było poświęcone wynalazcy telefonu, a drugie Guglielmo Marconiemu, który wynalazł radio. Fani Marconiego muszą się udać do Glace Bay w celu odwiedzenia tego muzeum. Niestety nie zdążyliśmy już do kopalni węgla kamiennego, którą również można w tym miejscu zwiedzić.

Wieczorem zastanawialiśmy się, co zaoferuje nam Kanada w kolejnych dniach. Ja miałam jeden cel: Zobaczyć łosia.

Następnego dnia  ruszyliśmy szlakiem Cabot´a. W pełnym słońcu  przejechaliśmy trasę od Baddeck przez Ingonish aż po Cape North.

WP_20160813_17_18_36_Rich_LI.jpg

Po drodze mijaliśmy piaszczyste plaże, na których wypoczywała nasza córka, urokliwe restauracje i hotele położone w malowniczych miejscach oraz zatrzymywaliśmy się w licznych punktach widokowych.

DSCN3063.JPG

Wzbijaliśmy się w górę naszym autem, aby za chwilę toczyć się w dół. Podziwialiśmy przy tym błękitny ocean wyłaniający się zza kolejnych zakrętów.

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce o nazwie Bay St. Lawrence. Była to jedna z najładniej położonych noclegowni, jaką mieliśmy w historii 10 lat naszego podróżowania. Aby się tam dostać musieliśmy zjechać z Cabot Trail i udać się na północ w bardziej opustoszałą część Wyspy Cape Breton. Nasz motel znajdował się na wzgórzu. Otaczał nas tylko ocean, drzewa… i pewnie jakieś dzikie zwierzęta, które czaiły się w krzakach. Wolałam się jednak nad tym nie zastanawiać. Szczególnie, że tydzień wcześniej w prowincji Nowy Brunszwik nie byłam w stanie cieszyć się relaksującymi chwilami w jacuzzi na tarasie naszego domku. Oczami wyobraźni widziałam  niedźwiedzie i kojoty, które czekały tylko na to, aby nas zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Ucząc się na własnych błędach nie chciałam popsuć nam kolejnych miłych chwil tego wyjazdu i udawałam, że widzę tylko piękny zachód słońca na horyzoncie.

WP_20160813_20_28_15_Rich_LI1.jpg

Brakowało jeszcze butelki szampana jak na filmach i wzbilibyśmy się na wyżyny romantyzmu w naszym związkuKładąc się spać liczyliśmy na to, że kolejnego dnia również  będziemy mogli zwiedzać ten zakątek ziemi w pięknym słońcu. 

Czytaj dalej tu.

Wyspa Cape Breton

W związku z drugimi urodzinami naszej córki wzięło mnie na wspomnienia z naszych podróży w trójkę. Stwierdziłam, że na blogu nigdy nie wspomniałam szerzej o naszej podróży do Kanady w 2016 roku, a przecież to właśnie w tym kraju trafiliśmy do jednego z naszych ulubionych miejsc na ziemi.

W północno-wschodniej części Nowej Szkocji  znajduje się Wyspa Cape Breton. Głównym higlight´em tej części Kanady jest szlak John´a Cabot´a (tzw. Cabot Trail). To jedna z najładniejszych tras widokowych świata o 300 km długości, która prowadzi przez  Park Narodowy Cape Breton Highlands oraz zapierające dech w piersiach krajobrazy wyspy.  

DSCN31031

W 1497 roku dotarł w te okolice jako pierwszy Europejczyk włoski żeglarz John Cabot (Giovanni Caboto), któremu ta malownicza droga zawdzięcza swoje imię. Celem jego wyprawy była Azja. Los sprawił jednak, że wylądował on po przeciwnej stronie globu. Przypadek zaprowadził go w dziką część Ameryki Północnej, która znana była tylko rdzennej ludności wyspy, Indianom Mi´kmaq . Tak właśnie Cabot odkrył wyspę Cape Breton i otworzył furtkę do tej części świata mieszkańcom Europy. W 1734 Francuzi zbudowali na wyspie pierwszą latarnię w Kanadzie, która była również w tym czasie jedyną w całej w Ameryce Północnej. 

Ponad 200 lat później – w 1961 roku – miejscowości leżące na szlaku Cabot`a zostały połączone ok 300 km  odcinkiem utwardzanej drogi. To ułatwiło przemieszczanie się między miejscowościami zamieszkałym tam Indianom, jak i europejskim osadnikom. W tym samym czasie ruszyła promocja  tego regionu wśród turystów, a parędziesiąt lat później okrzyknięto go jednym z najładniejszych miejsc na ziemi.

DSCN3109

Obecny Cape Breton zdecydowanie odbiega od obrazu, który ukazał się oczom John Cabot´a w średniowieczu. Nadal mieszkają tu Mikmakowie, ale również potomkowie Szkotów, Irlandczyków, Brytyjczyków czy Francuzów. Doświadczyć tu można nie tylko indiańskich rytuałów, ale również celtyckiej muzyki. 

Cape Breton wraz z napływem turystów nie uniknął zmian spowodowanych działaniami ręki człowieka. Zaczęły się tu pojawiać hotele, restauracje, zadbane plaże, infrastruktura w parku. Przyznajemy jednak, że w tym przypadku nie osiągnięto takiego poziomu komercji, jak przy wodospadzie Niagara. Udogodnienia pojawiają się tam, gdzie odwiedzający potrzebuje odrobiny komfortu, a znikają, gdy tylko zejdzie się kawałek z utartego szlaku.

Większość osób przyjeżdża na Wyspę Cape Breton, aby w ciągu jednego dnia przejechać 300 km Cabot Trail. Odwiedzający mogą podziwiać cudowne krajobrazy z licznych punktów widokowych.

DSCN3360

Szlak Cabot´a rozpoczyna się w Cheticamp, a kończy się w Baddeck. My zwiedziliśmy go poruszając się  w przeciwnym kierunku. Skąd taka decyzja? Powód jest bardzo prosty. Chcieliśmy jak najdłużej delektować się niesamowitymi widokami. Przemierzając tę trasę niezgodnie z ruchem wskazówek zegara rowerzysta czy pasażer  w aucie ma szansę dłużej oglądać krajobraz za oknem, ponieważ całą drogę jedzie się wtedy po zewnętrznym pasie.

DSCN3403

Przejazd Cabot Trail trzyma w napięciu, każdy odcinek tej trasy jest inny. Raz jest szeroką szosą, a raz wąską drogą, na której ledwo mieszczą się dwa samochody. Za każdym zakrętem pojawić się może jakieś zwierzę, punkt widokowy w jakimś oszałamiającym miejscu lub nadjeżdżające z naprzeciwka auto 😊

DSCN3143.JPG

26 szlaków pieszych w Parku Narodowym, wielorybowe wycieczki, plażing czy odwiedzenie buddyjskiego klasztoru to jedne z atrakcji, które czekają na Was na szlaku Cabot`a. 

DSCN3461.JPG

Przyznajemy, że przeznaczenie na tą część świata tylko jednego dnia sprowadzi się do tego, że „przelecicie” tylko tę trasę bez delektowania się nią. Będziecie za to mogli odhaczyć kolejny punkt na Waszej liście podróżniczych marzeń. Jednak czy poznacie to magiczne miejsce w taki sposób na jaki zasługuje, czy poczujecie jego klimat? Czy uda Wam się wypatrzyć łosia lub niedźwiedzia? Raczej nie. Oczywiście piękne widoki towarzyszyć Wam będą od początku do końca, niezależnie jak długo tu zostaniecie.  Jednak im więcej czasu zainwestujecie w to miejsce, tym bardziej odpłaci się Wam ono niezapomnianymi wrażeniami. Im dalej od głównej trasy, tym piękniej i tajemniczo się robi. Na to wszystko potrzeba jednak dodatkowych dni.

O tym, jak my to zrobiliśmy dowiecie się w kolejnym poście.

Co zrobić, aby wyjechać?

Z roku na roku coraz więcej ludzi decyduje się na samodzielną wycieczkę w nieznane. Nadal spotkać można jednak wiele osób, które marzą o takiej przygodzie, lecz pomimo to nie dążą do realizacji swojego pomysłu. Dlaczego? Co powstrzymuje niektórych przed wyjazdem? Brak pomysłu, czasu czy pieniędzy?

Z rozmów z Wami i pytań, które nam stawiacie wynika, że nie przeraża Was perspektywa wybrania się na indywidualną wycieczkę. Zresztą nie powinna. Przez ostatnie lata podróżowanie stało się o wiele łatwiejsze, a ceny biletów lotniczych czy autokarowych zdecydowanie spadły. Gdy pytacie nas o to, jak się zmotywować do wyjazdu lub prosicie o pomoc w procesie decyzyjnym odnosimy wrażenie, że to samo podjęcie decyzji o wyjeździe jest głównym czynnikiem hamującym Wasz zapał. Wszystkie inne powody to często tyko zwykłe wymówki.

Zastanawiacie się, jak my to robimy, że pakujemy plecak i jedziemy, tak po prostu, bez większego zastanowienia. W dzisiejszym poście podpowiadamy, jak zmotywować się do wyjazdu i jak zabrać się za jego organizację.

DSCN7251

1.  Nie czekamy na spełnienie marzeń, robimy plany.

Czekacie na wróżkę, która przyniesie Wam voucher na gotową wycieczkę lub  na milion dolarów, który spadnie z nieba? Wierzcie nam, prędzej Wam kaktus na dłoni wyrośnie  niż to się wydarzy. Nie uzależniajcie Waszych marzeń od czynników, na które nie macie wpływu. Weźcie sprawy w swoje ręce i zróbcie plan. Przede wszystkim ustalcie, dokąd chcecie pojechać. W zależności od Waszych charakterów możecie zakręcić globusem (to nie żart, my tak zrobiliśmy. O tym więcej tu), skorzystać z rad znajomych lub prowadzić długie dyskusje o tym, dokąd się udać. 

2. Marzenia kontra portfel.

Podstawowy błąd to dywagacje o tym, czy Was na to stać. Wiadomo, że jest to istotny temat, ale nie stawiajcie go na pierwszym miejscu. Gwarantuję, że w 80 % zawsze dojdziecie do wniosku, że macie ważniejsze wydatki. Poprawne pytanie brzmi: Z czego moglibyście zrezygnować, aby sfinansować swoją wycieczkę? Z papierosów, nowych butów, komórki, telewizora, a może jedzenia w restauracjach…? Od budżetu zależeć będzie styl i długość Waszej podróży, a nie destynacja. Im dłuższy wyjazd i droższy kraj, tym oszczędniej do sprawy będziecie musieli podejść. Pamiętajcie jednak, że mają to być wakacje, a nie obóz przetrwania. Nie żebrajcie też na ulicach. Begpacking to forma podróżowania, której nie pochwalamy. Macie dwie ręce i dwie nogi? To spróbujcie gdzieś parę groszy dorobić, ale nie róbcie za europejskich żebraków na drugim końcu świata. W podróżowaniu chodzi o obcowanie z inną kulturą, zobaczenie ciekawych miejsc oraz poznanie nowych osób, a nie o wykorzystywanie dobrego serca mieszkańców danego miejsca.

3. „Nigdy”, „kiedyś” i „później” – wykreśliliśmy te słowa z naszego słownika.

Nigdy nie mówcie nigdy, kiedyś lub później. Moja Mama zarzekała się, że nigdy nie poleci samolotem…I co? W lutym poleciała pierwszy raz, a pod koniec roku czeka ją kolejny lot.  Co prawda zastosowaliśmy mały szantaż, ale niektórym trzeba pomóc w spełnieniu marzeń. Wtedy wszystkie chwyty są dozwolone.

Mówiąc, że zrobicie coś później sami się oszukujecie. Ten właściwy moment nie  nadejdzie lub jeżeli się akurat pojawi, to istnieje ryzyko, że go przegapicie. Później lub kiedyś będziecie mieli może więcej pieniędzy, ale za to mniej urlopu. Być może będziecie mieć więcej czasu, ale zdrowie już nie pozwoli na dalsze wycieczki.

4.  Dobra promocja nie jest zła.

Wiecie dokąd chcecie jechać? Nie ma zatem na co czekać! Chyba, że w planie macie lot samolotem. Wtedy wypadałoby najpierw zapolować na dobrą promocję biletów lotniczych. Zapisanie się do newsletter`ów (np.: Fly4free) czy skorzystanie z odpowiednich wyszukiwarek typu www.momondo.com ułatwi Wam to zadanie. Nie oczekujcie jednak, że polecicie za darmo. Trzeba ustalić własny próg bólu i wszystko poniżej traktować jak ofertę do rozważenia. Warto zorientować się również, ile kosztowały loty w wybrane miejsce w ostatnim czasie, aby mieć punkt odniesienia. Jeżeli czekacie na bilet do Nowej Zelandii za 200 €, to możecie się niemiło zdziwić.  Jasne, że zawsze trafić się może jakaś dzika promocja 50-godzinnego lotu przez 3 kontynenty. Pytanie tylko, czy gra jest warta świeczki. Przykładowo studenci ze względu na większą ilość wolnego czasu mogą sobie na to pozwolić. Natomiast pracownik na etacie, dla którego każdy dzień urlopu jest bezcenny niekoniecznie będzie traktował takie połącznie jako ofertę nie do odrzucenia. Odkąd podróżujemy z małym dzieckiem tego typu „promocje” nie wchodzą dla nas w grę…Dbamy o zdrowie psychiczne nasze i współpasażerów.

Jedna z zasłyszanych historyjek od znajomych mówi o ciężkim powrocie świeżo upieczonej rodzinki z Nowej Zelandii. Ich 40-godzinny lot powrotny dłużył się niemiłosiernie i mieli już dość wszystkiego, a dzieciątko również dołożyło swoje trzy grosze do pogorszenia nastrojów. Pod koniec lotu odzywali się już do siebie tylko służbowo oraz ustalali, kto będzie sprawował opiekę nad dzieckiem po rozwodzie. Oczywiście do rozstania nie doszło, a dziś się z tego śmieją.  Wiemy, że trochę straszna ta historia, ale prawdziwa  😉. Jednak nie martwcie się, każdy ma swoje własne granice wytrzymałości.

5. Spontan nie dla każdego.

Jeżeli nie jesteście typem osoby spontanicznej, zakupcie bilet na wycieczkę lub zarezerwujcie noclegi dużo wcześniej. Wtedy nie ma już odwrotu. Skończą się wymówki, że nie możecie polecieć, bo macie szkolenia, zastępstwa w pracy czy inne zobowiązania. Będziecie planować terminy w swoim kalendarzu w taki sposób, aby znalazł się czas na wyjazd.

Wiedząc już kiedy i dokąd lecicie powinniście przygotować wstępny plan wycieczki i zarezerwować nocleg na przynajmniej pierwszą noc. To pozwoli Wam w większości wypadków oszczędzić sporo pieniędzy. W nieznanym Wam kraju i w nienajlepszej kondycji fizycznej po wielu godzinach w drodze łatwo paść ofiarą naciągaczy. Jeżeli więc nie chcecie zostać frajerem roku i trafić do najdroższej noclegowni w mieście, to zainwestujcie parę minut przed wyjazdem i wybierzcie jakąś rozsądną ofertę.

6. „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”

Pamiętajcie o ubezpieczeniu. W większości wypadków – mamy nadzieję – nie będzie Wam potrzebne.  Z tego względu, że los bywa czasem złośliwy, to najbardziej będziecie go potrzebować z reguły wtedy, gdy się nie ubezpieczycie. Lepiej więc dmuchać na zimne i nie wystawiać swojego szczęścia na próbę. Zainwestujcie parę gorszy w ubezpieczenie zdrowotne,  abyście nie musieli po wystawaniu rachunku przez szpital spłacać tej wycieczki do końca życia.

W naszym poście o przygotowaniach do wyjazdu po Japonii przeczytacie, jak wygląda organizacja naszych wycieczek krok po kroku. 

Oczywiście nie mamy zamiaru przed Wami ukrywać,  że zorganizowanie samodzielnego wyjazdu wymaga pewnej dyscypliny, kreatywności oraz miłości do przygody. Poza tym czasem nawet najlepiej zaplanowana podróż może z powodów obiektywnych ulec zmianie czy opóźnieniu. Niewykluczone, że trzeba będzie sprostać jakiejś innej nieprzewidzianej sytuacji, np.: spóźnimy się na samolot, zgubimy paszport czy wylądujemy w szpitalu lub zostaniemy nielegalnymi imigrantami. Wtedy jesteśmy zdani tylko na siebie oraz na pomoc mieszkańców danego miejsca. Wierzcie  nam jednak, wszystkiemu da się zaradzić oraz  nie ma sytuacji bez wyjścia. Po kilku godzinach lub dniach stresu na końcu zostaje wspomnienie zabawnej przygody.

Kanada

Podczas walki z brakiem zdecydowania zastosujcie naszą zasadę „3 x NIE”:

·       Nie martwcie się więc na zapas.

·       Nie pozwólcie, aby strach przed nieznanym czy niezaplanowanym wpłynął niekorzystnie na Waszą decyzję o wyjeździe.

·       Nie szukajcie kolejnych wymówek, które powstrzymają Was od realizacji marzeń.

Dlaczego? Dlatego, że są to tylko marne wymówki! Musicie sobie to tylko uświadomić i pamiętać, że można wszystko, jeżeli się tego pragnie!

 

Podobał się Wam nasz wpis? Dajcie znać w komentarzach pod tekstem!

A Wy jak się motywujecie do wyjazdu? Zapraszamy do dyskusji

 

Magiczna Zielona Wyspa

W 2007 roku po raz pierwszy polecieliśmy do Irlandii. Podczas pobytu, którego głównym celem było odwiedzenie znajomych, zwiedziliśmy tylko Dublin. Przyznam, że stolica nas nie zachwyciła. Po powrocie bezlitośnie skreśliliśmy ten kraj z naszej listy wymarzonych destynacji.

Nie przypuszczałam, że 10 lat później nadarzy się możliwość, aby ponownie wybrać się w ten zakątek świata. Tym razem do Irlandii sprowadziła nas wyjątkowa uroczystość – ślub znajomej pary. Co prawda nie planowaliśmy w lipcu żadnych wyjazdów i chcieliśmy chwilę „pomieszkać” w domu. Stwierdziliśmy jednak, że jeżeli dostąpiliśmy zaszczytu i znaleźliśmy się na liście gości, to nie możemy się nie pojawić. Ostrożnie więc, gdy nas gdzieś zapraszacie! Na 99% przybędziemy i dodatkowo znajdziemy czas, aby zwiedzić miejsce/ kraj, w którym mieszkacie 😊. W tym przypadku też nie było inaczej. Pokombinowaliśmy i „wyczarowaliśmy” parę dni urlopu. Czasu starczyło, aby towarzyszyć naszej koleżance w tak ważnej dla niej chwili, a przy okazji dać Irlandii drugą szansę. 

Tym razem dotarliśmy do południowej części Zielonej Wyspy. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od drugiego największego miasta Irlandii – Cork. Nie zabawiliśmy tu jednak długo. Musieliśmy przed południem dotrzeć w wyznaczone miejsce, aby się wyszykować, a przede wszystkim nie spóźnić. Poza tym postanowiliśmy trzymać się z dala od dużych miast, tak aby jak najwięcej skorzystać z naturalnych uroków wyspy.  

DSCN7219

Uroczystość miała miejsce  w cudownym Barnabrow Country House, który znajduje się 45 min drogi z Cork. Wzruszająca ceremonia zaślubin rozpoczęła się o 13:30.  Nasze dziecko wyczuło chyba podniosłą atmosferę, ponieważ w trakcie ani razu nie odezwało. Bardzo przypadł jej do gustu zaśpiewany podczas zaślubin utwór „Hallelujah”, który podśpiewuje do dzisiaj. Udane wesele skończyło się ponad 12 godzin później (nasze córka zasnęła w wózku przy parkiecie, a my mogliśmy trochę potańczyć). Po smacznym śniadaniu pożegnaliśmy młodą parę oraz ich sympatyczne rodziny i ruszyliśmy w kierunku Ring of Kerry.

Ring of Kerry to 179 kilometrowa trasa widokowa, która biegnie częściowo wzdłuż wybrzeża, a także  przez pagórki, pola, małe miasteczka i ciche wioski. Zaczyna się i kończy w Killarney, gdzie na odwiedzających czekają pierwsze atrakcje. 

DSCN7016.JPG

DSCN7031

Trasę można przejechać w ciągu jednego dnia. Warto spędzić w tym rejonie jednak więcej czasu, ponieważ oferuje on oprócz przepięknych widoków wiele atrakcji, jak np.: piesze szlaki, przejazdy statkiem w poszukiwaniu fok czy zwiedzenie zamków.

DSCN7041

Polecamy zacząć wycieczkę od Killarney  i jechać zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. To gwarantuje mniejszy ruch na trasie oraz uniknięcie jazdy za autokarami. Przez pierwsze kilometry będziecie się z nimi mijać zastanawiając się, czy po tym „spotkaniu” będziecie mieli jeszcze lusterko (jeżeli jedziecie samochodem). Więcej o Ring of Kerry przeczytacie tutaj.

Druga trasa widokowa, którą warto się przejechać, to Skellig Ring. Ciągnie się przez 18 kilometrów po wąskich drogach w regionie, w którym nie zagościła  jeszcze masowa turystyka.

DSCN7251

Niezapomniane krajobrazy, kolorowe domki,  dzika natura oraz zapierające dech w piersiach widoki nie pozwolą na nudę.

DSCN7207

20232134_1914453555495624_211037906358416295_o

Nie można również zapomnieć o dwóch skalistych wyspach Skellig, które podziwiać można nie tylko ze stałego lądu, ale również z pokładu łodzi.  Na Skellig Michael znajdują się ruiny wczesnośredniowiecznego klasztoru, do którego prowadzą strome schody.

DSCN7337

To niesamowite, że akurat tą trudną do zdobycia wyspę upodobali sobie mnisi, aby założyć swoje opactwo.

DSCN7338

Dotarcie do tego miejsca to nie lada wyzwanie.  Poza tym jest to również tzw. must see dla fanów filmu „Gwiezdne Wojny”, ponieważ kręcono tam dwa epizody – „Ostatniego Jedi” oraz „Przebudzenie mocy”. Natomiast Little Skellig słynie z jednej z największych populacji głuptaków na świecie.  

 

DSCN7369

DSCN7382

Obie trasy pokrywają się z południowym odcinkiem Wild Atlantic Way. Jeżeli macie więcej czasu, to myślę, że warto zapuścić się dalej na północ. Wycieczka wzdłuż wybrzeża Irlandii, to idealne miejsce jako cel np.: rowerowej wyprawy. 

20369502_1914453658828947_432196456766391765_o

Irlandzkie miasta nie urwą d*** osobom, które widziały już w swoim życiu szwajcarskie miejscowości.  Choć przyznaję, że Kilkenny, do którego zawitaliśmy w drodze powrotnej akurat przypadło nam du gustu. 

DSCN7498.JPG

Jesteśmy jednak o tym przekonani, że krajobrazy Zielonej Wyspy, które znajdują się poza miastami docenią nawet najbardziej wymagający podróżnicy.

Cieszymy się, że wraz z udziałem w fantastycznym ślubie mieliśmy dodatkowo szansę przekonać się o pięknie Irlandii. Mamy nadzieję, ze wkrótce nadarzy się kolejna okazja, aby zawitać do tego kraju i przejechać całą Wild Atlantic Way. 

Z perspektywy rodzica- Japonia

Dziś w ramach artykułu z serii „Z perspektywy rodzica” prezentujemy Wam Japonię. Ten azjatycki kraj od zawsze zajmował jedną z czołowych pozycji na naszej liście marzeń. Co prawda jeszcze parę lat temu wyobrażałam sobie, że polecimy tam we dwójkę, a nie jako rodzina. Jednak im więcej czytałam o tej części świata, tym bardziej byłam o tym przekonana, że podróżowanie z dzieckiem po tym państwie nie jest żadną czarną magią. Przyznam szczerze, że to co zastaliśmy na miejscu przerosło nasze oczekiwania. 

CZY WARTO WYBRAĆ KRAJ KWITNĄCEJ WIŚNI JAKO CEL RODZINNEJ WYCIECZKI?

  • Udogodnienia

Udogodnień, które oferuje Japonia dla podróżujących rodzin nie spotkaliśmy dotąd w Europie.  Wszystkie toalety, które mieliśmy okazję „odwiedzić” posiadały przewijaki. Nieważne, czy było to na dworcu, w pociągu, w parku, czy na terenie kompleksu świątynnego. Po pewnym czasie przestaliśmy się zastanawiać nad tym, czy w danym miejscu będzie WC i czy będzie, jak wygodnie zmienić pieluchę. Co ciekawe, przewijaki znaleźć można było także w większości męskich toalet oraz w pomieszczeniach dla niepełnosprawnych. Najwyraźniej Japończycy, tak samo jak Kanadyjczycy wpadli na to, że ojciec też jest w stanie przebrać dziecku pampersa.

Dodatkowym punktem zasługującym na wyróżnienie jest siedzonko toaletowe (Przynajmniej ja to tak nazywam. Nie wiem, czy ma jakąś oficjalną nazwę). Co to takiego? To żaden kosmiczny wynalazek.  To krzesełko, które przymontowano do ściany  kabiny, aby rodzic mógł posadzić w nim dziecko. Pozwala to opiekunowi małej pociechy na bezstresowe załatwienie swoich potrzeb. Nie trzeba się zastanawiać nad tym, gdzie postawić wózek albo   jak utrzymać malucha na rękach tak, żeby móc się w miarę komfortowo skorzystać z toalety. Banalne, a jakie praktyczne, prawda?

toaleta

W każdym kraju, który odwiedzamy napotykamy mniejsze lub większe problemy. W Kraju Kwitnącej Wiśni to właśnie podróżowanie z wózkiem stanowi pewnego rodzaju wyzwanie. Nie wszędzie się z nim zmieścicie, np.: w restauracjach ze względu na wąskie wejście lub brak miejsca w środku. Osoby z wózkami mogą zapomnieć o przejażdżce autobusami w Kioto w godzinach szczytu.  Na szczęście to nie jedyny środek transportu w tym mieście. Istnieje jeszcze metro i pociągi. Inaczej nie dotarlibyśmy do Arashiyama.

W dużych japońskich miastach na peronach głównych stacji dostępne są windy lub ruchome schody. W niektórych kompleksach świątynnych znaleźć można rampy. Zdarzały się jednak dni, kiedy musieliśmy nosić wózek. Wtedy zawsze nie wiadomo skąd pojawiała się przy nas jakaś dobra dusza, która była chętna nam pomóc.

Przed wyjazdem warto zastanowić się nad wyborem odpowiedniego dzieciowozu. O tym, jak wybrać odpowiedni model dowiecie się tutaj.

W większości restauracji wieczorem ciężko znaleźć wolne miejsce. Zadanie to jest utrudnione, gdy jest się w towarzystwie dziecka w dzieciowozie. Trzeba to mieć na uwadze planując porę kolacji.  W niektórych miastach (nie dotyczy to Tokio i Osaki) między 14:00 a 17:00 nie serwuje się jedzenia. W Japonii nie grozi Wam jednak ani głód ani pragnienie.

japonia stoiska.jpg

Liczne sklepy czy stoiska z przekąskami oraz automaty z napojami pozwolą w każdej chwili zaspokoić pierwsze potrzeby Waszych małych towarzyszy.

Automat.jpg

  • Środki transportu

O środkach transportu moglibyśmy napisać wiele. Doceniliśmy punktualność i czystość  pojazdów, częstotliwość połączeń oraz toalety z przewijakami na stacjach i w pociągach. Pamiętajcie jednak, że poruszanie się z wózkiem w godzinach szczytu może nie być łatwe. Kilka razy nie mogliśmy wyjść z autobusu, ponieważ nie zmieściliśmy się z wózkami w przejściu. Wywołaliśmy tym złość u kierowcy. Powód: przyczyniliśmy się do 30 sekundowego opóźnienia względem rozkładu jazdy! Jednak z wyjątkiem paru takich sytuacji, nie mieliśmy większych problemów.

Komunikacja publiczna zarówno między miastami jak i w mieście spełnia oczekiwania nawet najbardziej wymagających użytkowników. Turyści nie tracą czasu na transport z punktu A do punktu B, co pozwala na zwiedzenie wielu zakątków Japonii w dość krótkim czasie.

Zastanawiacie się pewnie, jak wyglądała nasza podróż  pociągiem. O dziwo odległości między fotelami pozwalają na bezproblemowy przejazd wózkiem przez wagon oraz ustawianie go  w rzędzie, w którym siedzimy. Oczywiście to też zależy od szerokości Waszego wózka. Nasz Quinny dawał radę.

Więcej o tym, jak wygląda przejazd pociągiem z dziećmi w Japonii dowiecie się z kolejnego postu.

  • Asortyment dziecięcy

Produktów dla dzieci nie znajdziemy ani w małych sklepach typu 7-eleven ani drogeriach (w nielicznych widzieliśmy pieluchy).

Słoiczki i innego rodzaju przysmaki dla małych podróżników dostępne są w większych supermarketach, np. Seiyu. W Japonii nie brakuje również sieciówek typu Babies r us lub ich japońskich odpowiedników. O niektórych z nich nie można powiedzieć, że są to  zwykłe sklepy. Byliśmy w takich, które wyglądały jak mini parki rozrywki  z automatami do gier, kącikami zabaw i  basenami z kulkami. Wasze dzieci na pewno nie będą się tam nudzić. 

WP_20170531_10_11_10_Rich_LI.jpg

W wymienionych sklepach nadaremnie możecie szukać znanych marek słoiczków. Dostępne są tylko lokalne produkty. Niestety ich jakość nie zachwyca. Nasza szkrab wolał kurczaka lub ośmiornicę z naszego talerza. Oczywiście nie oznacza to wcale, że Wasze pociechy nie pokochają japońskich przetworów. Córka naszych przyjaciół zjadała dzielnie wszystko, co jej podano.

Jako fani praktycznych gadżetów dla dzieci również podczas tego wyjazdu rozglądaliśmy się za jakimś ciekawym produktem. Osobiście spodziewaliśmy się większego wyboru, ale być może trafiliśmy do nie najlepiej wyposażonego sklepu. Naszym highlightem były specjalne pałeczki do nauki posługiwania się nimi.  

Ceny niektórych produktów (np.: mleka modyfikowanego) wypadają zdecydowanie niekorzystnie. Pieluszki w przeliczeniu na sztukę również wychodzą drożej niż w Polsce. Natomiast przystępne ceny zabawek zachęcają do przywiezienia jednej z nich w ramach pamiątki lub prezentu, np. zabawkowy pociąg shinkansen.

  • Atrakcje dla całej rodziny

Japonia ma do zaoferowania wiele atrakcji, które znajdują się na łonie natury. Należą do nich położone w urokliwych parkach lub sąsiadujące z pięknymi ogrodami świątynie czy zamki.

Dla oszałamiających widoków i świeżego powietrza warto wybrać się w japońskie Alpy.

japonia widoku.JPG

Polecamy przeprawę szlakiem Tateyama Kurobe Alpine Route.  Dla starszych dzieci dodatkową atrakcją będzie przejazd różnymi środkami lokomocji, które oferowane są na tej trasie.

DSCN5687.JPG

W Osace warto wybrać się do Kaiyukan. To jedno z największych oceanariów na świecie, gdzie każdy członek rodziny będzie się dobrze bawił. Natomiast w Tokio rozrywką dla Was i Waszych pociech będzie odwiedzenie Kawaii Monster Café. Więcej o tym miejscu przeczytacie tutaj.

Nara oferuje bliskie spotkanie z nachalnymi sarenkami na zielonej łące. Szczerze powiedziawszy nie pochwalamy tej atrakcji.  Szkoda mi tych zwierzątek, za którymi uganiają się turyści, a gdy tylko zwierzaki stają się zbyt natarczywe i role się odwracają, to człowiek przejawia wobec nich niezbyt miłe zachowanie… Dla samych zwierzaków byśmy nie odwiedzili tego miejsca. Kto wie, może akurat Wam się spodoba 😊.

sarenki.JPG

Dopiero sarenki napotkane w lesie wzdłuż ścieżki do kompleksu świątynnego robią wrażenie i pozwalają na spokojne przyjrzenie się tym mieszkańcom Nary. One z odpowiednim dystansem obserwują przechodniów spomiędzy drzew i tylko od czasu do czasu wychodzą odwiedzającym naprzeciw.

DSCN6316.JPG

Do tej miejscowości wybrać się jednak warto głównie ze względu na zachwycającą świątynie Tōdai-ji.

W miastach znajduje się wiele parków oraz placów zabaw. To idealne miejsce, aby odpocząć od zgiełku ulic oraz poobserwować, jak spędzają czas japońskie rodziny.  Chętnie piknikują w cieniu drzew. W sumie spożywają posiłki zawsze, kiedy tylko nadarzy się ku temu odpowiednia okazja. W końcu jedzenie to również japońska rozrywka. Gdy tylko skosztujecie pierwszych dań, zrozumiecie Japończyków. Zapomnieć nie można również o licznych wesołych miasteczkach.

  • Nastawienie wobec dzieci

Japończycy nie tylko nie przewracają oczami, gdy wchodzisz z dziećmi do restauracji, sklepu czy muzeum, ale wręcz nie mogą powstrzymać zachwytu na ich widok.  Są zawsze uśmiechnięci i próbują stanąć na głowie, aby zadbać o komfort małej pociechy i jej opiekunów. Ta wypowiedź nie dotyczy tylko pracowników danego miejsca, ale także innych gości. To powoduje, że człowiek nie siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu na oburzone spojrzenia, gdy dziecko krzyknie, zapłacze lub będzie zachowywało się głośniej niż inni. Zresztą nawet płaczący szkrab jest dla nich kawaii (pol. urocze).                                                                                

W niektórych restauracjach obsługa ma przygotowany zestaw miseczek i sztućców dla najmłodszych gości, które przynosi zawsze bez względu na to, czy zamówiony został dla nich posiłek. Poza tym często podarowuje dzieciom małe upominki. Konduktorzy w pociągach rozdają naklejki najmłodszym pasażerom.  

Kraj Kwitnącej Wiśni to naszym zdaniem idealna destynacja na rodzinne wakacje. Nie trzeba się zastanawiać nad jakością wody czy spożywanych posiłków ani obawiać ewentualnych nachalnych naganiaczy czy oszustów. Nie musząc martwić się o dodatkowe stresogenne faktory podczas wycieczki mamy więcej siły na „walkę” z małymi towarzyszami, które nie każdego dnia dostałaby dyplom za wzorowe zachowanie. Po Japonii podróżuje się łatwo i przyjemnie. Wszelkiego rodzaju udogodnienia ułatwiają zwiedzanie z małymi podróżnikami, a liczne atrakcje nie pozwalają na nudę. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę, to odpowiedni wózek, aby nie utknąć w jakimś przejściu… 😊.

 

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

10 ogrodów świata w jednym miejscu. Zapraszamy na wycieczkę po Gärten der Welt.

Ciekawi jesteście kolejnej propozycji na jednodniową wycieczkę? Tym razem chcielibyśmy Was zaprosić do Berlina, a dokładniej do dzielnicy Marzan-Hellersdorf. Znajduje się tutaj kompleks znany jako  Gärten der Welt  – Ogrody Świata. Na jego terenie zwiedzić można 10 ogrodów z najodleglejszych zakątków świata – od angielskiego po orientalny  – oraz skorzystać z wielu innych atrakcji.

Obecnie na terenie parku odbywa się Międzynarodowa Wystawa Ogrodnicza – IGA 2017, która trwać będzie do 15 października 2017. Wiąże się to niestety z podniesieniem cen biletów wstępu. W związku z imprezą wybudowano jednak dodatkowe atrakcje, które urozmaicają pobyt i rekompensują wyższą cenę. Należą do nich m.in.: kolejka linowa, platforma widokowa oraz tor bobslejowy. Poza tym w ramach imprezy IGA architekci krajobrazu z różnych państw stworzyli międzynarodowe gabinety ogrodowe. Kolejne niespodzianki znaleźć można idąc wzdłuż tzw. Aqua Promenady.

gärten der welt 67.jpg

My się tak trochę śmiejemy, że dzięki szczecińskiemu projektowi „Floating Garden 2050” doczekamy się jakiegoś bezpośredniego połączenia z tego parku do Szczecina, aby goście Ogrodów Świata mogli zobaczyć również innowacyjny pływający ogród z Polski. W końcu z Marzahn to już bliżej do polskiej granicy niż do zachodniego Berlina…:-).

Do głównych ogrodów tej atrakcji zalicza się:

  • chiński
  • japoński
  • koreański
  • orientalny
  • włoski
  • balijski
  • angielski
  • labirynt
  • chrześcijański
  • bylinowy

Każdy z nich jest piękny i interesujący. W labiryncie zarówno dzieci jak i dorośli będą się dobrze bawić. Po około 8 minutach poszukiwaczom przygód udaje  się odnaleźć małą wieżę widokową, która znajduje sie w sercu labiryntu.  Pilnujcie tylko swoich pociech, aby nie pomyślały, że naprawdę zabłądziły :-). Jedyny ogród, który znajduje się w zamkniętym pomieszczeniu to ogród balijski, gdzie podziwiać można tropikalną roślinność.

Do moich ulubionych zakątków należy ogród chiński z dość dużym jeziorem, kamiennym mostem i tradycyjnymi pawilonami.  Jego nazwa „Ogród odzyskanego księżyca” nawiązuje do zjednoczenia niegdyś podzielonego Berlina. Odwiedzający mają tutaj szansę skosztować drobnych smakołyków z Państwa Środka, napić się różnych rodzajów chińskiej herbaty oraz wziąć udział w ceremonii jej parzenia.

ogrody.jpg

Chcecie spojrzeć na park z trochę innej perspektywy? Przejedźcie się kolejką linową. Kursuje między wejściami na teren IGA na trasie „Kienbergpark“ – Gärten der Welt” z jednym stopem po drodze. Zatrzymuje się przy platformie widokowej, z której można podziwiać panoramę wschodniej części Berlina.

gärten der welt 56.jpg

gärten der welt 11.jpg

W Ogrodach Świata znajdziecie również zwierzątka, małą plażę z leżakami i dużo  zielonych terenów, gdzie odwiedzający spragnieni ciszy i spokoju mogą zaszyć się z książką.

0E66C305-F931-4562-8C24-D8801C9A5B22.jpg

Liczne imbisy nie dadzą Wam umrzeć ani z głodu ani z pragnienia. Oczywiście  możecie też przynieść jakieś przekąski ze sobą.

Osoby, które kochają przyrodę i lubią spędzać czas na łonie natury docenią uroki tej berlińskiej atrakcji.

gärten der welt 76.jpg

Rodziny z dziećmi  zagospodarują odpowiednio swój czas  na placach zabaw i w innych przyjaznych dzieciom częściom parku.

gärten der welt 9.jpg

Ogrody Świata Marzahn to idealne miejsce na aktywną wycieczkę, leniwą niedzielę…lub sesję zdjęciową. Jako pasjonaci podróży stwierdziliśmy, że park, w którym możemy w ciągu jednego dnia przenieść się z Japonii do Chin, a następnie do Orientu będzie odpowiednią scenerią dla naszej sesji ślubnej.

sesja.JPG

sesja1.JPG

Na koniec parę wskazówek:

1. Teren parku jest dość rozległy i trzeba się trochę nachodzić, aby dotrzeć do bardziej oddalonych zakątków. Warto więc zabrać wózki,  rowerki czy inne sprzęty dla swoich pociech.

2. Oficjalny parking IGA, z którego bus dowozi odwiedzających do bramy wejściowej kosztuje 7€ za dzien. Możecie spróbować poszukać miejsc do parkowania na osiedlach, które sąsiadują z Ogrodami Świata.

3. Zwiedzanie parku polecamy zacząć od wejścia „Gärten der Welt” przy Blumberger Damm 44.

4. Poproście o mapę przy wejściu.

5. Koniecznie weźcie ze sobą aparat.

 

Więcej informacji znajdziecie na: https://gruen-berlin.de/en/gaerten-der-welt

oraz oficjalnej stronie IGA.

 

Podoba Ci się ten tekst? Zostaw komentarz, like´a albo udostępnij!

 

 

 

Kawaii Monster Café

Jakiś czas temu usłyszałam, że Azję dzieli się na kraje rozwijające się,  nowoczesne oraz Japonię. Kraj kwitnącej wiśni to nie tylko shinkanseny, manga, sushi i świątynie –  Japonia to stan umysłu. Miejsca i rzeczy, które można tam zobaczyć ciężko znaleźć w innych częściach świata.

Do ciekawych atrakcji należą kawiarnie tematyczne. Odnaleźć je już można nawet w Europie, ale te najbardziej specyficzne znajdują sie właśnie po drugiej stronie globu. Słyszeliśmy o kafejkach z kotami, sowami lub dla fanów wampirów. Popularne są również tzw. Maid Café, gdzie jedzenie serwują młode dziewczyny przebrane za pokojówki. W „serwis” wliczone jest klaskanie i wyśpiewywanie różnych piosenek  słodkim głosem, a goście witani są słowami „Witaj w domu, Goshujin-sama (Panie)”. Podczas naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy odwiedzić jedną z tych nietypowych atrakcji.

Przed wyjazdem zupełnie przypadkowo znalazłam informację o otwartej w 2015 roku  tokijskiej kawiarni Kawaii Monster Café. Została zaprojektowana przez sławnego designera sztuki Sebastania Masuda´e, którego prace charakteryzują elementy kultury „kawaii”.

DSCN5444

W Kawaii Monster Café unikatowy wystrój wnętrza przyprawia o zawrót głowy, a personel przykuwa wzrok przebraniami. Menu dostępne jest na dotykowym tablecie w kształcie ciasta. Zarówno zimne, jak i ciepłe potrawy podawane są w stylu kawaii. W końcu wszystko musi wyglądać uroczo. Cuteness everywhere!

Kawaii1.jpg

Do lokalu wchodzi się przez paszczę wielkiego potwora. Nagle goście przenoszą się do świata intensywnych kolorów, kul dyskotekowych, błyszczących przedmiotów i klubowej muzyki. Na środku sali umieszczono wielką karuzelę w kształcie tortu, na której dwa razy dziennie odbywa się występ pań przebranych za urocze potwory.

kawaii2.jpg

Pomieszczenie zostało urządzone różnorodnie i dzieli się na następujące obszary:

·    Mel-Tea Room

·    Mushroom Disco

·    Milk Stand

·    Bar Experiment

Idąc do toalety nie zapomnijcie aparatu… :-). Podpowiem tylko, że nawet w tej części kawiarni nie zabrakło artyście pomysłów.

Warunkiem spędzenia czasu w Kawaii Monster Cafe jest zamówienie posiłku. Jedzenie nie należy do najtańszych. Nie spodziewajcie sie również wybitnych przeżyć kulinarnych, celem tego miejsca nie  są doznania smakowe. W weekendy warto zrobić rezerwację, aby uniknąć stania w kolejce. Wózki dziecięce trzeba  zostawić przed paszczą potwora.  

Kawaii3.jpg

Pobyt w kawiarni zaliczamy do bardzo udanych. Na początku byliśmy trochę sceptyczni, ponieważ nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać. Przekonaliśmy sie jednak, że warto odwiedzić Kawaii Monster Café. Dodatkowym zaskoczeniem  był zachwyt naszego dziecka i córki przyjaciół, którzy towarzyszyli nam podczas wyjazdu. Z zainteresowaniem zwiedzały wszystkie zakamarki, wdrapywały się tam, gdzie to było tylko możliwe, podziwiały karuzelę i pijącego z butelki jednorożca oraz kołysały się w rytm muzyki.

Kawaii.jpg

Nasza córka oglądała show z takim zafascynowaniem, że nawet nie mogłam do niej podejść. Zostałam po prostu odepchnięta na znak tego, że przeszkadzam…

Kawaii Monster Café to zdecydowanie atrakcja dla wszystkich członków rodziny (z wyjątkiem czwartkowych wieczorów… ;-)). Choć po wyjściu zastanawiać się będziecie, gdzie Wy właśnie byliście… to zupełnie inny świat.

 Więcej szczegółów na:

https://www.facebook.com/kawaiimonstercafe/

http://kawaiimonster.jp/