Lecimy do Kanady

W trakcie ciąży rozmawialiśmy o tym dokąd moglibyśmy się udać w pierwszą dalszą wycieczkę z dzieckiem w ramach urlopu macierzyńskiego/tacierzyńskiego (kto nazwał to urlopem?). Przychodziły nam do głowy najróżniejsze pomysły. Stwierdziliśmy,  że tym razem wybór nie może być przypadkowy. Nie mogliśmy zakręcić globusem, tak jak zrobiliśmy to w przypadku wyboru miejsca na podróż poślubną. W końcu chcieliśmy zabrać ze sobą  9-miesięcznego bobasa i chociaż stwarzać pozory bycia odpowiedzialnymi rodzicami.

Założyliśmy, że:

– musi być to kraj, w którym będziemy w stanie przejechać chodnikiem/ drogą naszym wielkim wózkiem,

–  nie będziemy musieli się obawiać o jakość wody (Dziecko nasze chętnie pije wodę…także podczas kąpieli…)

–  kraj powinien być bogaty w różnorodną ofertę atrakcji na świeżym powietrzu, ponieważ  długie wycieczki po muzeach i galeriach nie wchodzą z dzieckiem w grę

– unikamy  kraju o dość niskim poziomie rozwoju cywilizacyjnego.

Obawialiśmy się, że kumulacja czynników takich jak trudne warunki panujące w danym miejscu, dziecko, które dopiero poznawaliśmy i  my zupełnie nowej roli spowoduje, że więcej nie zdecydujemy się na podróż w trójkę. Zanim wypracowaliśmy kryteria wyboru, to zastanawialiśmy się nad Brazylią w czasie Igrzysk Olimpijskich. Bardzo głupi pomysł. W tym przekonaniu utwierdziliśmy się później słysząc historie przyjaciółki, która tam właśnie w tym okresie była. Rozważaliśmy również Japonię, ale doszliśmy do wniosku, że dwa miesiące w kraju kwitnącej wiśni to trochę za długo. Poza tym ciężko tam ponoć o pieluchy, więc nie wiem, ile paczek pampersów musielibyśmy upchnąć w plecaku kosztem czystej bielizny.

Pewnego dnia Mąż po powrocie z pracy natchniony rozmową z kolegą o byciu ojcem i wspólnych wyjazdach zaproponował, że weźmie w wakacje dwa miesiące tacierzyńskiego, abyśmy mogli polecieć do Kanady. Kolega roztoczył przed nami wizję Kanady jako kraju przyjaznego dzieciom i bogatego w piękną faunę i florę, a ja przecież koniecznie chciałam przeżyć bliskie spotkanie z łosiem.  W sumie już nie było o czym dyskutować, bo pomysł wydawał się doskonały.   Pozostało „tylko” kupić bilety, zaplanować całą podróż i oznajmić wesołą nowinę świeżo upieczonym Dziadkom. Tak jak biletów niespecjalnie się naszukaliśmy, bo Ciocia Ada podesłała nam kuszącą ofertę lotów, to  wierzcie mi, że ostatnie zadanie okazało się najtrudniejsze. Serio zastanawialiśmy się, czy Rodzina naśle na nas demonizowany w Polsce Jugendamt (niemiecki odpowiednik MOPR-u).  Teściowie próbowali nam przedstawić tysiące alternatyw, m.in.: krótki pobyt na Malcie lub 2 tygodnie na jakiejś greckiej wyspie.  Chyba wątpili w to, że jesteśmy świadomi tego na co się piszemy. Przyznam, że mogło to tak wyglądać. Gdy zakupiliśmy bilety lotnicze, byliśmy dopiero rodzicami z tygodniowym stażem i sami zastanawialiśmy się, czy nie porywamy się z motyką na słońce. Przez to, że nasze dziecko nie dało się nam zbyt we znaki w pierwszych dobach swojego życia, (optymistycznie) stwierdziliśmy, że jaki pierwszy tydzień, taki cały rok. Nie chcieliśmy dać się pokonać myśli, że zawsze może być gorzej. Żartowaliśmy też, że to córka musi się do nas dopasować, a nie odwrotnie.

Z poinformowaniem moich Rodziców zwlekaliśmy dość długo. Najpierw musiałam przygotować się do „quizu”, w który „gramy” z nimi przed każdą wyprawą. Nie chciałam go przecież przegrać. „Quiz” polega na odpowiadaniu na przygotowane przez moich Rodziców pytania z zakresu bezpieczeństwa i koncepcji naszego wyjazdu.  Oczywiście zawsze udzielam dość oględnych odpowiedzi. Przede mną było nowe wyzwanie, bo musiałam przygotować się również na pytania dotyczące bezpieczeństwa ich ukochanej wnuczki. Nawet nie miałam zamiaru wspominać, że w planie mamy przelot helikopterem…   „Quiz” zakończył się pomyślnie dla nas. Dziadkowie jako  nagrodę pocieszenia wybrali sobie obietnice, że przywieziemy ich wnuczkę całą i zdrową, a w kolejną podróż udamy się sami zostawiając córkę z nimi. Chyba nie muszę dodawać, że zobowiązaliśmy się jedynie do przywiezienia dziecka w jednym kawałku.

Ostatecznie polecieliśmy do Kanady na 6 tygodni. Odwiedziliśmy 4 prowincje: od Ontario po Nową Szkocję i zjechaliśmy łącznie około 9500 km. Co my tam robiliśmy tyle czasu? Chłonęliśmy cudowną kanadyjską atmosferę, rozkoszowaliśmy się pięknymi widokami i spędzaliśmy czas na spacerach i rozmowach z przemiłymi Kanadyjczykami. Oprócz tego udało się nam zaliczyć parę dodatkowych atrakcji jak np. przelot helikopterem nad Parkiem Narodowym Tysiąca Wysp, oglądanie wielorybów, które wpływają do rzeki Św. Wawrzyńca czy hiking przez Park Narodowy Cape Breton Highlands (mój osobisty highlight wyjazdu – polecam).

Jesteśmy przykładem na to, że spełnianie marzeń jest możliwe również z dzieckiem, szczególnie wtedy, gdy pozwolimy mu uczestniczyć w ich realizacji. Nie traktujmy naszych pociech jako przeszkodę, tylko dodatkową „atrakcję” podróży.  Wyjazd na wakacje z potomstwem nie sprowadza się do siedzenia przez cały czas na placu zabaw. Jeżeli je odpowiednio zainteresujemy i włączymy w zwiedzanie, to spacer przez park/las/ dżungle czy centrum miasta może się okazać niesamowitą przygodą. Oczywiście nie oczekujmy, że nasz mały podróżnik wytrzyma dwie godziny w muzeum. To jednak tylko dziecko, a naszym zadaniem jest dobór odpowiednich atrakcji dla wszystkich członków wyprawy. Podróże z pociechą są inne. Inne nie oznacza jednak gorsze. 

kanadaok

 

4 myśli na temat “Lecimy do Kanady

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s